Ale dzień!
Friday, November 23, 2012 3:15:15 PM
Właśnie tak, co za dzień! Idealne słońce, lekkie chmurki na niebie, niezła rafa, odludne małe plaże, pyszny lunch i cudowny nastrój - być gdzieś na końcu świata, nie myśleć o niczym, uśmiechać się do samej siebie i cieszyć się chwilą, nawet jeśli trwa krótko. W zasadzie nie da się ubrać w słowa tego dnia. Bo przecież nic specjalnego się nie wydarzyło. Było po prostu dobrze, jasno i szczęśliwie. Był z nami jeszcze Amerykanin, który sobie jeździ po świecie i szuka wysepki bądź kawałka lądu, na którym mógłby wybudować mały zestaw bungalowów w ekologicznym wydaniu. Zwyczajnie pozytywnie mu zazdroszczę, wszak to moje marzenie, a on ma jego realizację w zasięgu ręki. I dlatego ucieszyłam się, kiedy powiedział, że przecież mam jeszcze czas, żeby je spełnić, bo on w moim wieku też nie myślał, że to możliwe. I że jak na mnie patrzy, to mu się wydaje, że ja umiem sięgać po to, czego chcę i że jestem konsekwentna w dążeniach
A skąd takie obserwacje u dopiero co poznanej osoby? Bo oto Kevin namówił mnie, żebym spróbowała snorklować bez kamizelki ratunkowej. I spróbowałam. I cały dzień pływałam sobie bez strachu o utratę kontaktu z podłożem. I poszłam krok dalej - nauczyłam się nurkować z fajką. Coś tak czuję, że w przyszłym roku patent PADI Open Water Diver będzie mój!
Cudowny dzień zakończył się małą bibką w naszej ulubionej Bamboo Hut, gdzie dołączyli do nas Czesi (kolejny zestaw wspomnień z młodości ze szczególnym uwzględnieniem Żeny za pultem, Krtka, Nemocnice na kraj mesta, itd...) oraz jeden dziwnie mówiący Holender.
Troszkę mam indiańską skórkę teraz, ale to niewielki koszt za najlepszy, jak dotąd, dzień na Filipinach.
A dzisiaj trzeba już było opuścić Port Barton, małą senną wioseczkę, gdzie łatwiej dotrzeć łodzią niż pojazdem kołowym, bo droga gliniano-szutrowa w czasie deszczu staje się trudno przejezdna. Niby jakies 150 km, ale jedzie się godzin pięć. I jak się ma pecha, tak jak nasz dziwnie mówiący Holender, to jeepney'a trzeba pchać i wygrzebywać z błocka. Na lotnisku w Puerto Princessa wisi list gończy ze zdjęciem byłego gubernatora wyspy - podobno zdefraudował pieniążki na budowę solidnej drogi, ale za to posiada teraz całkiem fajny hotel. Tylko nie wiem, czemu nie potrafią go znaleźć...
Nasza droga była już całkiem podsuszona po ostatnich deszczach, co nie oznacza, że sucha kompletnie. I tak trzy osoby - pan przede mną, ja i pan za mną przejeżdżając przez kałużę oberwały solidną porcję maseczki błotnej po twarzach, ciuszkach, włosach. W sumie było bardzo śmiesznie i wszyscy razem się z tego błotka wycieraliśmy i śmialiśmy się znowu i znowu wycierali. A pisałam już, że w jeepney'ach nie ma okien? No właśnie nie ma
. Jeepney zrobił nam jeszcze jedną niespodziankę i po paru hopskokach na kałużach wziął i się zepsuł. Panowie z obsługi - 4 małych Filipinków - wymontowali wszystko, co jeepney miał w brzuszku i po pół godzinie wpakowali wszystko z powrotem, ale pewnie w innej kolejności, bo auto ruszyło uwożąc nas w kierunku Puerto Princessa. Jeszcze muszę wspomnieć o systemie poboru opłat w naszym aucie. Ponieważ nie ma w nim przerw miedzy siedzeniami i obsłudze trudno byłoby przeciskać się między stłoczoną ciżbą ludzką pobór opłat odbywa się z zewnątrz i w trakcie jazdy. Po wąskim progu, gdzieś tak
pięciocentymetrowym, chyżo biega chłopak i wpychając łeb przez dziurę okienną inkasuje za bilety. W trakcie jazdy. Tak samo zamyka drzwi do jeepney'a. Dla mnie to trochę zawałogenne przeżycie, tzn. sama jego obserwacja i myślę, że biaława część pasażerów miała podobne odczucia.
Po drodze mieliśmy nawet przerwę na lunch w przydrożnej knajpeczce, gdzie serwuje się 3 dania do wyboru plus ryż i ewentualnie zupkę, przeprosiłam się z kurczakiem adobo. Naprawdę pyszny. Za naszą trójkę zapłaciłyśmy za pełen obiad niecałe 15 złociszy...
To był wstęp do przepraszania się z kuchnią filipińską. Dzisiejszego wieczoru poszłyśmy na pyszną kolację składającą się z przystawki: kinilaw - lokalnej odmiany ceviche, surowej ryby marynowanej w soku z cytrusów oraz półmicha smakołyków, czyli zapiekanych małży, dwóch krabów gotowanych na parze, steku z makreli, jednej grillowanej ryby nieznanej mi z imienia, kilku krewetek, zielonego mango, duszonego bakłażana, sałatki z pomidorów, grillowanego faszerowanego kalmara, pysznych świeżych glonów seagrapes i oczywiście ryżu. I shake'ów z mango i guanabany. To nasza pożegnalna kolacja, jutro dziewczyny lecą do Manili, a ja na Cebu i może od razu przepłynę na Bohol.
A skąd takie obserwacje u dopiero co poznanej osoby? Bo oto Kevin namówił mnie, żebym spróbowała snorklować bez kamizelki ratunkowej. I spróbowałam. I cały dzień pływałam sobie bez strachu o utratę kontaktu z podłożem. I poszłam krok dalej - nauczyłam się nurkować z fajką. Coś tak czuję, że w przyszłym roku patent PADI Open Water Diver będzie mój!Cudowny dzień zakończył się małą bibką w naszej ulubionej Bamboo Hut, gdzie dołączyli do nas Czesi (kolejny zestaw wspomnień z młodości ze szczególnym uwzględnieniem Żeny za pultem, Krtka, Nemocnice na kraj mesta, itd...) oraz jeden dziwnie mówiący Holender.
Troszkę mam indiańską skórkę teraz, ale to niewielki koszt za najlepszy, jak dotąd, dzień na Filipinach.
A dzisiaj trzeba już było opuścić Port Barton, małą senną wioseczkę, gdzie łatwiej dotrzeć łodzią niż pojazdem kołowym, bo droga gliniano-szutrowa w czasie deszczu staje się trudno przejezdna. Niby jakies 150 km, ale jedzie się godzin pięć. I jak się ma pecha, tak jak nasz dziwnie mówiący Holender, to jeepney'a trzeba pchać i wygrzebywać z błocka. Na lotnisku w Puerto Princessa wisi list gończy ze zdjęciem byłego gubernatora wyspy - podobno zdefraudował pieniążki na budowę solidnej drogi, ale za to posiada teraz całkiem fajny hotel. Tylko nie wiem, czemu nie potrafią go znaleźć...
Nasza droga była już całkiem podsuszona po ostatnich deszczach, co nie oznacza, że sucha kompletnie. I tak trzy osoby - pan przede mną, ja i pan za mną przejeżdżając przez kałużę oberwały solidną porcję maseczki błotnej po twarzach, ciuszkach, włosach. W sumie było bardzo śmiesznie i wszyscy razem się z tego błotka wycieraliśmy i śmialiśmy się znowu i znowu wycierali. A pisałam już, że w jeepney'ach nie ma okien? No właśnie nie ma
. Jeepney zrobił nam jeszcze jedną niespodziankę i po paru hopskokach na kałużach wziął i się zepsuł. Panowie z obsługi - 4 małych Filipinków - wymontowali wszystko, co jeepney miał w brzuszku i po pół godzinie wpakowali wszystko z powrotem, ale pewnie w innej kolejności, bo auto ruszyło uwożąc nas w kierunku Puerto Princessa. Jeszcze muszę wspomnieć o systemie poboru opłat w naszym aucie. Ponieważ nie ma w nim przerw miedzy siedzeniami i obsłudze trudno byłoby przeciskać się między stłoczoną ciżbą ludzką pobór opłat odbywa się z zewnątrz i w trakcie jazdy. Po wąskim progu, gdzieś tak pięciocentymetrowym, chyżo biega chłopak i wpychając łeb przez dziurę okienną inkasuje za bilety. W trakcie jazdy. Tak samo zamyka drzwi do jeepney'a. Dla mnie to trochę zawałogenne przeżycie, tzn. sama jego obserwacja i myślę, że biaława część pasażerów miała podobne odczucia.
Po drodze mieliśmy nawet przerwę na lunch w przydrożnej knajpeczce, gdzie serwuje się 3 dania do wyboru plus ryż i ewentualnie zupkę, przeprosiłam się z kurczakiem adobo. Naprawdę pyszny. Za naszą trójkę zapłaciłyśmy za pełen obiad niecałe 15 złociszy...
To był wstęp do przepraszania się z kuchnią filipińską. Dzisiejszego wieczoru poszłyśmy na pyszną kolację składającą się z przystawki: kinilaw - lokalnej odmiany ceviche, surowej ryby marynowanej w soku z cytrusów oraz półmicha smakołyków, czyli zapiekanych małży, dwóch krabów gotowanych na parze, steku z makreli, jednej grillowanej ryby nieznanej mi z imienia, kilku krewetek, zielonego mango, duszonego bakłażana, sałatki z pomidorów, grillowanego faszerowanego kalmara, pysznych świeżych glonów seagrapes i oczywiście ryżu. I shake'ów z mango i guanabany. To nasza pożegnalna kolacja, jutro dziewczyny lecą do Manili, a ja na Cebu i może od razu przepłynę na Bohol.













How to use Quote function: