Koncowka
Tuesday, December 4, 2012 5:23:10 PM
Koncowka pisana jest w Katarze, poniewaz moj netbuczek konsekwentnie odmawia wspolpracy. Ale jeszcze go nie wyrzucam do kosza, moze ktos go przywroci do stanu uzywalnosci po moim powrocie.
Nie powiem, polenilam sie troszke. Plazowalam i plazowalam na Malapascua. Skorka moja przybrala taki odcien, ze coraz wiecej ludzi rozpoczynajac rozmowe ze mna stosuje tagalog albo cebuano. Niektorzy mysla, zem repatriantka po latach i zapytuja po angielsku, czy pochodze z Bohol. Bardzo ciekawe. Takich zdolnosci mimikrycznych jeszcze nie przejawilam w dotychczasowych podrozach. A dziwniejsze jeszcze jest to, ze prowadzam sie z para Anglikow, towarzystwo jakby zatem dosyc jednoznacznie powinno wskazywac, ze jestem turystka po prostu.
Do obowiazkow lenia nalezy:
- Wstac o 10.00 najwczesniej (a to juz nie z powodu lenistwa tak naprawde, ale dlatego, ze wsciekle koguty malapascuanskie pieja, albo raczej dra gardziolka, od godziny 02.00 do 06.00. I spac sie wtedy nie da, tylko nalezy uprawiac przewracanie z boczku na boczek, ewentualnie zabijac komary. Poza tym moze sie zdarzyc, ze akurat lokalni zrobia sobie impreze tuz za twoja sciana, a to oznacza brak snu do godz. 05.00, bo wtedy koncza spiewac. Zreszta lokalni bardzo dbaja, abysmy sie w lenistwie zbytnio nie rozpasali, dlatego kazdego ranka o 05.30 wlaczaja magnetofon na pelna moc i delikatnie daja nam do zrozumienia, ze trzeba wstac.
- Zjesc sniadanie w Ging Ging's, bo tam najtaniej. Lub zaszalec i zrobic to tam, gdzie sie spi, czyli w Purple Snapper.
- Udac sie na plaze lub pozostac przy basenie. Oba obowiazki mozna dowolnie laczyc i przeplatac.
- Dac sie wymasowac na plazy przez godzine wprawnej masazystce w cenie 24 pln.
- Zjesc lunch w Ging Ging's i znowu spotkac tych samych ludzi, co wczoraj, przedwczoraj i dwa dni temu.
- Dalej nie robic nic, ewntualnie mozna poczytac ksiazke lub posluchac muzyki. Spacery w tym upale nie sa wskazane.
- Dla ambitnych: udac sie na wycieczke po wysepkach, snorklowanie lub zanurkowac, zeby zobaczyc tresher sharks, bo to jedno z niewielu miejsc na swiecie, gdzie one stacjonuja (kazda z tych opcji kloci sie wybitnie z pkt. pierwszym)
- Zjesc kolacje w ktoryms z wymienionych miejsc i uraczyc sie napojem alkoholowym, najczesciej rumem lub piwem San Miguel. W godzinach promocji 2 drinki w cenie jednego, czyli prawie za darmo.
Smieszna pani Filipinka, z Ging Ging's doprowadzila mnie i Angoli do lez ze smiechu, bo gdy zdecydowalismy sie na konsumpcje buteleczki rumu zmieszanej z cola, na ich prosbe o zmieszanie szlachetnego trunku o mocy 65 z czyms w wersji dla odchudkow, czyli lajt, odbyl sie taki dialog:
Angliki: Do you have coke light?
Filipinka: No.
- and coke zero?
- no.
- maybe sprite light?
- no.
- do you have anything light?
- yes! we have San Miguel Light!
Odrzucilismy propozycje konsumpcji koktajlu zlozonego z piwa i rumu.
Ale kiedys w koncu luksus sie konczy
Chociaz powrot byl niezgorszy. Uwielbiam tutejsze autobusy. Jezdza jak szalone, przy otwartych oknach czasami nie da sie oddychac, bo ped powietrza zatyka buzie. I po czterech godzinach jazdy czlowiek wysiada pokryty warstwa kurzu od stop do glow, z piachem w buzi, ale szczesliwy.
Autobus dowiozl mnie do Cebu City. Zabytki zaliczylam w niespelna godzine, troszke pokupowalam i troszke podjadlam. Na przyklad lechon, czyli pieczona swinie, a raczej prosiatko z chrupiaca skorka. Nawet smaczne.
A w sklepie mnie zaskoczylo. Co prawda tutejsza wersja katolicyzmu od poczatku wydawala mi sie troche przesadzona, przerysowana i przekolorowana, ale tego sie nie spodziewalam... Punktualnie o 18.00 z hipermarketowego glosnika wydobyl sie gong, a potem modlitwa. I wszyscy staneli, pochylili glowki i sie pomodlili. Jedni przy jajkach, inni przy wedlinie. I tak jest podobno 2 razy dziennie, codziennie. Przyznaje, bylam zaskoczona. Bo nawet w dosc ortodoksyjnych muzulmanskich krajach, jak ZEA, nie widzialam takiego zbiorowego i zgodnego wypelniania obowiazku pieciokrotnej modlitwy dziennie. Czyli zaskoczyly mnie tutejsze katoliki.
A potem to juz tylko samolot z Cebu do Manili 1,5h, 4 godziny czekania, 9 godzin lotu do Ad Dauhy, 4 godziny czekania, 6,5 h lotu do Frankfurtu, 2 h czekania i 1,1 h lotu do WRO... I znowu Qatarek mnie polechtal mile, bo nie kazal stac w kolejce z tlumem, tylko odprawilam sie w bizneowej klasie i dostalam kuponik na wizyte w lounge takze w Manili. Qatarki sa fajne
Nie powiem, polenilam sie troszke. Plazowalam i plazowalam na Malapascua. Skorka moja przybrala taki odcien, ze coraz wiecej ludzi rozpoczynajac rozmowe ze mna stosuje tagalog albo cebuano. Niektorzy mysla, zem repatriantka po latach i zapytuja po angielsku, czy pochodze z Bohol. Bardzo ciekawe. Takich zdolnosci mimikrycznych jeszcze nie przejawilam w dotychczasowych podrozach. A dziwniejsze jeszcze jest to, ze prowadzam sie z para Anglikow, towarzystwo jakby zatem dosyc jednoznacznie powinno wskazywac, ze jestem turystka po prostu.
Do obowiazkow lenia nalezy:
- Wstac o 10.00 najwczesniej (a to juz nie z powodu lenistwa tak naprawde, ale dlatego, ze wsciekle koguty malapascuanskie pieja, albo raczej dra gardziolka, od godziny 02.00 do 06.00. I spac sie wtedy nie da, tylko nalezy uprawiac przewracanie z boczku na boczek, ewentualnie zabijac komary. Poza tym moze sie zdarzyc, ze akurat lokalni zrobia sobie impreze tuz za twoja sciana, a to oznacza brak snu do godz. 05.00, bo wtedy koncza spiewac. Zreszta lokalni bardzo dbaja, abysmy sie w lenistwie zbytnio nie rozpasali, dlatego kazdego ranka o 05.30 wlaczaja magnetofon na pelna moc i delikatnie daja nam do zrozumienia, ze trzeba wstac.
- Zjesc sniadanie w Ging Ging's, bo tam najtaniej. Lub zaszalec i zrobic to tam, gdzie sie spi, czyli w Purple Snapper.
- Udac sie na plaze lub pozostac przy basenie. Oba obowiazki mozna dowolnie laczyc i przeplatac.
- Dac sie wymasowac na plazy przez godzine wprawnej masazystce w cenie 24 pln.
- Zjesc lunch w Ging Ging's i znowu spotkac tych samych ludzi, co wczoraj, przedwczoraj i dwa dni temu.
- Dalej nie robic nic, ewntualnie mozna poczytac ksiazke lub posluchac muzyki. Spacery w tym upale nie sa wskazane.
- Dla ambitnych: udac sie na wycieczke po wysepkach, snorklowanie lub zanurkowac, zeby zobaczyc tresher sharks, bo to jedno z niewielu miejsc na swiecie, gdzie one stacjonuja (kazda z tych opcji kloci sie wybitnie z pkt. pierwszym)
- Zjesc kolacje w ktoryms z wymienionych miejsc i uraczyc sie napojem alkoholowym, najczesciej rumem lub piwem San Miguel. W godzinach promocji 2 drinki w cenie jednego, czyli prawie za darmo.
Smieszna pani Filipinka, z Ging Ging's doprowadzila mnie i Angoli do lez ze smiechu, bo gdy zdecydowalismy sie na konsumpcje buteleczki rumu zmieszanej z cola, na ich prosbe o zmieszanie szlachetnego trunku o mocy 65 z czyms w wersji dla odchudkow, czyli lajt, odbyl sie taki dialog:
Angliki: Do you have coke light?
Filipinka: No.
- and coke zero?
- no.
- maybe sprite light?
- no.
- do you have anything light?
- yes! we have San Miguel Light!
Odrzucilismy propozycje konsumpcji koktajlu zlozonego z piwa i rumu.
Ale kiedys w koncu luksus sie konczy

Chociaz powrot byl niezgorszy. Uwielbiam tutejsze autobusy. Jezdza jak szalone, przy otwartych oknach czasami nie da sie oddychac, bo ped powietrza zatyka buzie. I po czterech godzinach jazdy czlowiek wysiada pokryty warstwa kurzu od stop do glow, z piachem w buzi, ale szczesliwy.
Autobus dowiozl mnie do Cebu City. Zabytki zaliczylam w niespelna godzine, troszke pokupowalam i troszke podjadlam. Na przyklad lechon, czyli pieczona swinie, a raczej prosiatko z chrupiaca skorka. Nawet smaczne.
A w sklepie mnie zaskoczylo. Co prawda tutejsza wersja katolicyzmu od poczatku wydawala mi sie troche przesadzona, przerysowana i przekolorowana, ale tego sie nie spodziewalam... Punktualnie o 18.00 z hipermarketowego glosnika wydobyl sie gong, a potem modlitwa. I wszyscy staneli, pochylili glowki i sie pomodlili. Jedni przy jajkach, inni przy wedlinie. I tak jest podobno 2 razy dziennie, codziennie. Przyznaje, bylam zaskoczona. Bo nawet w dosc ortodoksyjnych muzulmanskich krajach, jak ZEA, nie widzialam takiego zbiorowego i zgodnego wypelniania obowiazku pieciokrotnej modlitwy dziennie. Czyli zaskoczyly mnie tutejsze katoliki.
A potem to juz tylko samolot z Cebu do Manili 1,5h, 4 godziny czekania, 9 godzin lotu do Ad Dauhy, 4 godziny czekania, 6,5 h lotu do Frankfurtu, 2 h czekania i 1,1 h lotu do WRO... I znowu Qatarek mnie polechtal mile, bo nie kazal stac w kolejce z tlumem, tylko odprawilam sie w bizneowej klasie i dostalam kuponik na wizyte w lounge takze w Manili. Qatarki sa fajne














Unregistered user # Tuesday, December 4, 2012 10:48:03 PM
Unregistered user # Tuesday, December 4, 2012 10:49:59 PM
Kasiakania514 # Wednesday, December 5, 2012 11:03:44 AM
Oczywgipsie, że mnie poznasz. Aczkolwiek jestem lekko zbrązowiona... A śnieg... hm. No cóż. Musiało mnie zdenerwować juz od samego początku...
Unregistered user # Monday, December 10, 2012 3:02:59 PM
Unregistered user # Thursday, December 20, 2012 7:59:47 PM
Kasiakania514 # Friday, December 21, 2012 6:10:16 AM