Z powrotem - czyli dosyć długa podróż do Filipin
Thursday, April 25, 2013 3:49:48 PM
Skusiłam się. Na bilet za 1600 do Singapuru. Tak tanie bilety w przyrodzie występują bardzo rzadko, dlatego należy z nich korzystać, kiedy tylko można. Niestety to nie moja ulubiona linia lotnicza, ale za taką cenę trudno narzekać. Żabojadami z WAW do Paryża, potem do Singapuru, stamtąd tanimi filipińskimi na Cebu. Od wyjścia z domu do wylądowania w ostatecznej destynacji w sumie jedyne 31 godzin. Dlatego padam na nos i wciąż śpię, mimo że od wylądowania minęło już 30 godzin.
Francuzi w podróży spisali się nie najgorzej, grzechem jednak będzie nie wspomnieć o wikcie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale nasz narodowy przewoźnik zdecydowanie znajduje sie na czele stawki, jesli chodzi o sposób dbania o żołądki obywateli na krótkich trasach europejskich. Bo jako jedeyny mi znany daje kanapki, a nie czipsa, czekoladka czy inną miniaturę jedzenia. Żabojady dały mini opakowanie mikrokrakersów. I tyle. Dlatego zaraz po wylądowaniu na CDG popbiegam szukać jedzenia. Nie było. Takie wielkie lotnisko i mizerna oferta żywnościowa, i to w kraju, który uważa się za kulinarnego mistrza świata. Jakieś wege, szybko i zdrowo, ale mało smakowicie, albo makarony z plastiku do podgrzania w mikroweli. Za 2 kawalątki tarty łososiowo-jajecznej oraz szpinakowo serowej oraz kanapusię zabulczyłam 20 Eur. I prawie glodna wsiadłam do samolotu długotystansowego. Nie było dużo lepiej. Posiłek główny standardowy, ale śniadanie mizerne, więc zachowana z lotniska kanapka uratowała mi nastrój.
A potem wylądowałam na najlepszym lotnisku świata...
Tak, skoro nie lecę najlepszymi liniami, to chociaz lotnisko musi być najlepsze!
Zorganizowane perfekcyjnie, nie mam nawet pół zastrzeżenia z powodu, że jako pasażer taniutkiej linii lotniczej, która nie podpisała stosownych umów z lotniskiem, nie mogłam pozostać w strefie tranzytowej i musiałam przejść całą odprawę imigracyjno-celną tam i z powrotem, żeby zaraz zameldować się w drugim terminalu i w ciągu godziny przybyć do i opuścić Singapur. Tzn oficjalnie i papierowo. Bo w samym Singa pozostałam przez 6 godzin, a najbardziej na lotnisku. Boskim lotnisku. Które posiada na wyposażeniu ogrody na przykład. Orchideowy, paprociowy, bambusowy, słonecznikowy... Tak, na dachu terminalu 2 mieszka sobie ogród słonecznikowy. Z żywych i żyjących kwiatów. Żeby do niego dojść trzeba przejść obok darmowego kina z aktualnymi nowościami i strefy gier, gdzie pełno sprzętu wszelakiego do zabawy komputerowej. I jest tam jeszcze hotel tranzytowy Ambassador, gdzie można skorzystać ze spa, siłowni albo samego prysznica. Gdzieś tam indziej jest basen... Ale są też rzeczy malutkie, które cieszą. Jak na przykład szafki z zestawem małych drzwiczek, każde opatrzone nazwą producenta komórek i smartfonów. Szafeczki mają w sobie końcówki ładowarek - za darmo, nie trzeba mieć przejściówki, zamykane na kluczyk. Wszędzie czysto, ładnie, przytulnie, wykładzinowo. Nie to co sterylnie zimne europejskie lotniska... A jedzenie... W jednej z jedzeniowych części terminalu 2 zrobiłam rundkę dookoła i posmutniałam. Bo wszystko mnie kusiło! Laksa, dim sumy, kluski, indyjskie wegeckie, malezyjskie rendangi, tosty z kaya, sushi... Nie ma opcji, mogą sobie Francuzi włożyć swoje jedzenie dokładnie tam... Najlepsze jedzenie świata mieszka w Singapurze, nawet na lotnisku! W końcu zdecydowałam się na lekki wegecki posiłek indyjski - olbrzymi placek masala dosa z nadzieniem z ziemniaczków z liśćmi curry i gorczycą, do tego dwa sosy - miętowy i ostry sambal z chili, miseczka curry warzywnego i wielki kubeł słonego lassi. Za 16 dolarów singapurskich, które są jeszcze tańsze od amerykańskich. Więc powtórzę raz jeszcze, co sobie mogą żabojady zrobić ze swoim jedzeniem.... :-P
Cebu Pacific Airlines posadził mnie przy przejściu ewakuacyjnym, choć o to nie prosiłam. Prosiłam żabojadów, ale nie dali. Dla niewtajemniczonych: tam jest więcej miejsca na nóżki. Zatem w pojedynku na usługi pasażerskie i lotnicze w pojedynku Azja - Europa jest jakieś 12:1. Ten jedn daję za to, że nie zgubili bagażu
Francuzi w podróży spisali się nie najgorzej, grzechem jednak będzie nie wspomnieć o wikcie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale nasz narodowy przewoźnik zdecydowanie znajduje sie na czele stawki, jesli chodzi o sposób dbania o żołądki obywateli na krótkich trasach europejskich. Bo jako jedeyny mi znany daje kanapki, a nie czipsa, czekoladka czy inną miniaturę jedzenia. Żabojady dały mini opakowanie mikrokrakersów. I tyle. Dlatego zaraz po wylądowaniu na CDG popbiegam szukać jedzenia. Nie było. Takie wielkie lotnisko i mizerna oferta żywnościowa, i to w kraju, który uważa się za kulinarnego mistrza świata. Jakieś wege, szybko i zdrowo, ale mało smakowicie, albo makarony z plastiku do podgrzania w mikroweli. Za 2 kawalątki tarty łososiowo-jajecznej oraz szpinakowo serowej oraz kanapusię zabulczyłam 20 Eur. I prawie glodna wsiadłam do samolotu długotystansowego. Nie było dużo lepiej. Posiłek główny standardowy, ale śniadanie mizerne, więc zachowana z lotniska kanapka uratowała mi nastrój.
A potem wylądowałam na najlepszym lotnisku świata...
Tak, skoro nie lecę najlepszymi liniami, to chociaz lotnisko musi być najlepsze!
Zorganizowane perfekcyjnie, nie mam nawet pół zastrzeżenia z powodu, że jako pasażer taniutkiej linii lotniczej, która nie podpisała stosownych umów z lotniskiem, nie mogłam pozostać w strefie tranzytowej i musiałam przejść całą odprawę imigracyjno-celną tam i z powrotem, żeby zaraz zameldować się w drugim terminalu i w ciągu godziny przybyć do i opuścić Singapur. Tzn oficjalnie i papierowo. Bo w samym Singa pozostałam przez 6 godzin, a najbardziej na lotnisku. Boskim lotnisku. Które posiada na wyposażeniu ogrody na przykład. Orchideowy, paprociowy, bambusowy, słonecznikowy... Tak, na dachu terminalu 2 mieszka sobie ogród słonecznikowy. Z żywych i żyjących kwiatów. Żeby do niego dojść trzeba przejść obok darmowego kina z aktualnymi nowościami i strefy gier, gdzie pełno sprzętu wszelakiego do zabawy komputerowej. I jest tam jeszcze hotel tranzytowy Ambassador, gdzie można skorzystać ze spa, siłowni albo samego prysznica. Gdzieś tam indziej jest basen... Ale są też rzeczy malutkie, które cieszą. Jak na przykład szafki z zestawem małych drzwiczek, każde opatrzone nazwą producenta komórek i smartfonów. Szafeczki mają w sobie końcówki ładowarek - za darmo, nie trzeba mieć przejściówki, zamykane na kluczyk. Wszędzie czysto, ładnie, przytulnie, wykładzinowo. Nie to co sterylnie zimne europejskie lotniska... A jedzenie... W jednej z jedzeniowych części terminalu 2 zrobiłam rundkę dookoła i posmutniałam. Bo wszystko mnie kusiło! Laksa, dim sumy, kluski, indyjskie wegeckie, malezyjskie rendangi, tosty z kaya, sushi... Nie ma opcji, mogą sobie Francuzi włożyć swoje jedzenie dokładnie tam... Najlepsze jedzenie świata mieszka w Singapurze, nawet na lotnisku! W końcu zdecydowałam się na lekki wegecki posiłek indyjski - olbrzymi placek masala dosa z nadzieniem z ziemniaczków z liśćmi curry i gorczycą, do tego dwa sosy - miętowy i ostry sambal z chili, miseczka curry warzywnego i wielki kubeł słonego lassi. Za 16 dolarów singapurskich, które są jeszcze tańsze od amerykańskich. Więc powtórzę raz jeszcze, co sobie mogą żabojady zrobić ze swoim jedzeniem.... :-P
Cebu Pacific Airlines posadził mnie przy przejściu ewakuacyjnym, choć o to nie prosiłam. Prosiłam żabojadów, ale nie dali. Dla niewtajemniczonych: tam jest więcej miejsca na nóżki. Zatem w pojedynku na usługi pasażerskie i lotnicze w pojedynku Azja - Europa jest jakieś 12:1. Ten jedn daję za to, że nie zgubili bagażu














Unregistered user # Saturday, April 27, 2013 6:56:57 PM
Kasiakania514 # Saturday, April 27, 2013 7:18:05 PM
Unregistered user # Saturday, April 27, 2013 7:24:24 PM
Kasiakania514 # Saturday, April 27, 2013 7:27:38 PM
Unregistered user # Saturday, April 27, 2013 7:45:32 PM