Cebu, Bohol, Panglao i Siquijor w dwa dni
Tuesday, April 30, 2013 1:56:12 AM
Poranek rozpoczęliśmy od zwiedzania wujków, ciociów i kuzynów. Ta nieznana mi dotąd praktyka turystyczna oznacza zapuszczanie się w kompletnie nieturystyczne dzielnice miasta, jak również zapoznawanie się z przebogatym wachlarzem rodzajów domostw filipińskich. Od chatynki mikro mikro do piętrowych bloków murowanych będących w posiadaniu jednej właśnie rodziny. Czasami ciekawie, czasami dziwnie, a czasami po prostu normalnie. Ale skoro wątek kulinarny pasuje Wam najbardziej to dodam, że bardzo mnie zdziwiło, że Filipińczyki tak mało wiedzą o kuchni swoich sąsiadów. O pieczonym cholesterolu, czyli świni, gadać mogą godzinami, a który sprzedawca najlepszy, a co do środka, a ile marynować... A o sztandarowych potrawach swoich bliskich sąsiadów nigdy nie słyszeli. Zatem pytana o to, jak oceniam kuchnię autochtońską dyplomatycznie i wymijająco (choć ta podróż daleko lepiej w smakach się prezentuje niż ostatnia), że tak, i owszem, bardzo, czemu nie, ale może byśmy tak spróbowali, co tam słychać za granicą? No i wylądowaliśmy w Little Saigon, Big Bangkok, o którym przeczytałam na jakimś blogu. Było nas czworo przy stoliku, ale z powodów wyżej wymienionych tylko ja ogarniałam jakoś menu, więc zamawiałam dla wszystkich. Na stół wjechały zatem sajgonki świeże w wersji wege i z padliną, liście faszerowane orzechami, przyprawami, tamaryndem i czymś tam jeszcze, pad thai - czyli klasyczne tajskie danie uliczne w postaci smażonego makaronu z dodatkami, malezyski rendang z kurczaka, tajska wieprzowina smażona z czosnkiem i bazylią oraz rybka w sosie słodko-kwaśnym, która mogłaby się podpiąć pod menu wielu kuchni Azji. I osiągnęłam sukces edukacyjny! Potrawy spotkały się z wiecej niż uznaniem nie tylko biesiadników, bo resztki pańskiego stołu odwiedziły jeszcze wujków i ciocie. Knajpka została wpisana do telefonów komórkowych i innych urządzeń przenośnych. Po lanczoobiedzie kontynuowaliśmy zwiedzanie wujów i cioć. Fotografii nie załączam, gdyż nie wiadomo, jak to tutaj jest z ochroną wizerunku.
Po zwiedzaniu czas było zmienić adres. Franek nabył dwa bilety na prom na Bohol i wieczorem zameldowaliśmy się w porcie. Pan prom miał ze 4 klasy różne w sobie. Nasza była bardzo ładna i miała takie śmieszne drewniane pudełka z pryczami, trochę mi to przypominało klocki drewniane równo poukładane na pokładzie. W naszej klasie dodatkowo mieszkala klimatyzacja, więc było bardzo fajnie i od razu zasnęliśmy. O czwartej rano obudził mnie tłumek ludzi opuszcających pokład, więc sama zerwałam się do rozpoczącia dnia, ale Franek usadził mnie krótkim: not yet. Otóż prom owszem, zawinął, ale wcale nie oznacza to, że pasażerowie muszą zejść na ląd. Mogą sobie pospać, aż na przykład zaczną kursować ich autobusy, albo ulubiona knajpka otworzy swoje podwoje. Fajne.
Poranek zaczeliśmy od kawy i wyprawy do Panglao, gdzie mieszkają rodzice Franka. Na śniadaniowy lunch Franek postanowił zrobić kinilaw, z czego sie niezmiernie ucieszyłam, bo to moje ulubione danie. Zatem pojechaliśmy na zakupy motorkiem na targ. Dla mnie atrakcją byla zawartość targu, dla targu natomiast atrakcją byłam ja. Kupiliśmy co trzeba oprócz mleka kokosowego oraz jeszcze lato. To znaczy nie, że tam na targu można kupić porę roku, tylko tak się nazywa lokalnie glon morski, który uwielbiam osobiście, gdzie indziej nazywany sea grapes. Po powrocie do domu Franek zajął się siekaniem składników do kinilaw a ja czyściłam lato. Z powodu braku ważnej ingrediencji, czyli mleka kokosowego Fran 'wyskoczył na miasto' raz jeszcze i wrócił z wiórami kokosowymi w torebce. Pomyślałam, no cóż, brakło mleka, nie dowieźli, wykupili może... takie odpowiedzi podpowiada umysł europejski, dla którego mleko kokosowe mieszka w puszce zwykle. Franek świeże wióry wsypał do miski, zalał kilkoma łyżkami octu palmowego i zaczął ugniatać. Po czym odcedził. I tak powstał sos do kinilaw.
A pozostałe składniki? Proszę bardzo:
1. Świeża ryba morska pokrojona w kawałki 2x2 cm.
2. Cebulka w kostkę.
3. Imbir dla smaku, czyli tak z 3 cm, posiekany drobniutko.
4. Pomidor i ogórek w dowolnie fantazyjnych kształtach.
5. Przedstawiony powyżej sos z mleka kokosowego oraz octu palmowego.
6. Świeże chili i sól do smaku.
Wymieszać. Zjeść. Wciągnąć ze smakiem, prawie wylizać talerz. Lato ma prawie to samo, tylko bez sosu i ogórków. Skrapia się je dodatkowo sokiem z lokalnych limonek calamansi lub octem palmowym. Pycha.
Potem zaczęliśmy zwiedzanie Panglao. Kościoły dwa, jedno jezioro, które jeziorem nie jest, molo, odludna plaża, jaskinia z jeziorkiem, muzeum muszelek. Po czym pognaliśmy na kolejny wieczorny prom, tym razem na Siquijor.
Ale jeszcze przed zaokrętowaniem zjedliśmy kurczaka na części. Czyli połóweczkę, wątróbeczkę, chorizo pewnie nie z kurczaka oraz tak... kolejny challenge za mną: adidasa. Adidas to kurza stópka, a raczej ich parzysty zestaw
. Teraz jestem już na Siquijor i zasyłam gorące pozdrowienia. Raj, cudny domek na plaży z olbrzymią werandą, leżaczki, zadaszone miejsce do jedzenia prawie na plaży, widok na morze, palmy, pogoda, cisza, mało ludzi... A piszę, bo nie muszę martwić się o śniadanie. Franek gotuje. Tak, śniadanie będzie gotowane, ryż, wołowina z czymśtam i jajecznica z pomidorami.
Po zwiedzaniu czas było zmienić adres. Franek nabył dwa bilety na prom na Bohol i wieczorem zameldowaliśmy się w porcie. Pan prom miał ze 4 klasy różne w sobie. Nasza była bardzo ładna i miała takie śmieszne drewniane pudełka z pryczami, trochę mi to przypominało klocki drewniane równo poukładane na pokładzie. W naszej klasie dodatkowo mieszkala klimatyzacja, więc było bardzo fajnie i od razu zasnęliśmy. O czwartej rano obudził mnie tłumek ludzi opuszcających pokład, więc sama zerwałam się do rozpoczącia dnia, ale Franek usadził mnie krótkim: not yet. Otóż prom owszem, zawinął, ale wcale nie oznacza to, że pasażerowie muszą zejść na ląd. Mogą sobie pospać, aż na przykład zaczną kursować ich autobusy, albo ulubiona knajpka otworzy swoje podwoje. Fajne.
Poranek zaczeliśmy od kawy i wyprawy do Panglao, gdzie mieszkają rodzice Franka. Na śniadaniowy lunch Franek postanowił zrobić kinilaw, z czego sie niezmiernie ucieszyłam, bo to moje ulubione danie. Zatem pojechaliśmy na zakupy motorkiem na targ. Dla mnie atrakcją byla zawartość targu, dla targu natomiast atrakcją byłam ja. Kupiliśmy co trzeba oprócz mleka kokosowego oraz jeszcze lato. To znaczy nie, że tam na targu można kupić porę roku, tylko tak się nazywa lokalnie glon morski, który uwielbiam osobiście, gdzie indziej nazywany sea grapes. Po powrocie do domu Franek zajął się siekaniem składników do kinilaw a ja czyściłam lato. Z powodu braku ważnej ingrediencji, czyli mleka kokosowego Fran 'wyskoczył na miasto' raz jeszcze i wrócił z wiórami kokosowymi w torebce. Pomyślałam, no cóż, brakło mleka, nie dowieźli, wykupili może... takie odpowiedzi podpowiada umysł europejski, dla którego mleko kokosowe mieszka w puszce zwykle. Franek świeże wióry wsypał do miski, zalał kilkoma łyżkami octu palmowego i zaczął ugniatać. Po czym odcedził. I tak powstał sos do kinilaw.
A pozostałe składniki? Proszę bardzo:
1. Świeża ryba morska pokrojona w kawałki 2x2 cm.
2. Cebulka w kostkę.
3. Imbir dla smaku, czyli tak z 3 cm, posiekany drobniutko.
4. Pomidor i ogórek w dowolnie fantazyjnych kształtach.
5. Przedstawiony powyżej sos z mleka kokosowego oraz octu palmowego.
6. Świeże chili i sól do smaku.
Wymieszać. Zjeść. Wciągnąć ze smakiem, prawie wylizać talerz. Lato ma prawie to samo, tylko bez sosu i ogórków. Skrapia się je dodatkowo sokiem z lokalnych limonek calamansi lub octem palmowym. Pycha.
Potem zaczęliśmy zwiedzanie Panglao. Kościoły dwa, jedno jezioro, które jeziorem nie jest, molo, odludna plaża, jaskinia z jeziorkiem, muzeum muszelek. Po czym pognaliśmy na kolejny wieczorny prom, tym razem na Siquijor.
Ale jeszcze przed zaokrętowaniem zjedliśmy kurczaka na części. Czyli połóweczkę, wątróbeczkę, chorizo pewnie nie z kurczaka oraz tak... kolejny challenge za mną: adidasa. Adidas to kurza stópka, a raczej ich parzysty zestaw
. Teraz jestem już na Siquijor i zasyłam gorące pozdrowienia. Raj, cudny domek na plaży z olbrzymią werandą, leżaczki, zadaszone miejsce do jedzenia prawie na plaży, widok na morze, palmy, pogoda, cisza, mało ludzi... A piszę, bo nie muszę martwić się o śniadanie. Franek gotuje. Tak, śniadanie będzie gotowane, ryż, wołowina z czymśtam i jajecznica z pomidorami.












DreamingElf # Tuesday, April 30, 2013 5:39:22 AM
Kasiakania514 # Tuesday, April 30, 2013 8:56:18 AM
Unregistered user # Tuesday, April 30, 2013 10:20:24 AM
Unregistered user # Tuesday, April 30, 2013 11:09:17 AM
Kasiakania514 # Tuesday, April 30, 2013 11:32:20 AM
Agato zazdroszcząca, to nie ta Asia, ale też bardzo bardzo fajna, więc może da się naciągnąć na kinilaw. Jaasio, jak przyjdzie do Ciebie taka wysoka blondyna, jakby się właśnie wyrwała z sesji zjędciowej pt. słowiańskie piekno, to zrób jej to kinilaw, bo z niej też fajna dziewczyna, choć może oblizać nóż przy stole.... ;-) A zdjęcia zara bedo. Przynajmniej coś do tych wątków jedzeniowych wkleję.
DreamingElf # Tuesday, April 30, 2013 8:23:08 PM
Unregistered user # Wednesday, May 1, 2013 6:58:24 PM
Unregistered user # Thursday, May 2, 2013 8:50:30 AM
Unregistered user # Thursday, May 2, 2013 11:14:26 AM
Unregistered user # Thursday, May 2, 2013 11:17:00 AM
Kasiakania514 # Sunday, May 5, 2013 12:58:55 AM
Czy Agata może mi wyslać swój adres emajlowy? Bo miałam na karcie sim polskiej, która mi wyparowała.
Unregistered user # Saturday, May 11, 2013 10:41:17 AM