Panglao - czas fiesty
Sunday, May 5, 2013 12:50:29 AM
Czasami mam wrażenie, że jestem tu już jakiś rok czasu. Jakoś więcj rzeczy się wydarza i przydarza. I tyle ludzi… Siquijor pożegnało nas tropikalną burzą, szkoda, że tak krótko. Nocny prom do Tagbilaran, kupa grilowanego jedzenia: ze świni i z ptaka-kurczaka, kiełbaski chorizo, wątróbka. To miało być preludium. Preludium do najwiekszej wyżerki świata, czyli fiesty w Panglao.
Nie wiem do końca, na czym, oprócz jedzenia, polega fiesta. Na pewno na czymś musi polegać. Fiesta ma miejsce w miasteczku, mieście, barangay, czyli osadzie czy też wioseczce. Z okazji fiesty przyjeżdża Rodzina. Z całego kraju. Najczęściej kobiety z dziećmi, bo mężczyźni pracują w tym czasie. Bo fiesta wcale nie musi wypadać w dzień wolny. Jak dobrze rozumiem, chodzi tu o przyjazd do domu rodzinnego, skąd pochodzą dziadkowie Rodziny. Od tego miejsca zaczyna się odwiedzanie. A potem odwiedza się pozostałych członków Rodziny. I wszędzie się je. Nie jedno danie, nie dwa. Pięć to minimum. I desery. I następny dom, następna Ciocia. Następne jedzenie. Jak nie jesz – dostajesz jedzenie w torebce na wynos. Chciałam pomóc w przygotowaniach, ale nie pozwolono mi. Bo “krewna papieża nie bedzie przecież gotować!”
Nie pamiętam, ile domów odwiedziłam. Ale zjadlam za 10 osób… Rodzina ustaliła, że nastepnego dnia wybierzemy się wynajetym tylko dla nas jeepneyem na drugi koniec wyspy, do Anda, gdzie plaża I piasek są takie, jak na Boracay. Nie wiem, jak wygląda Boracay i nie zamierzam sie przekonać, ale w Anda jest bardzo ładnie. I nie ma turystów, ja ich nie widziałam, więc fajnie, bo lokalnie. Na plaży wynajęliśmy bambusowy domek dla naszej gromady (chyba 25 osób, na pewno nie cała Rodzina). Domek ze stołem oczywiście, bo przecież trzeba jeść. Na nim pojawiło się ze 20 garnków z różnościami. Ponieważ nie chciałam tak na krzywy ryjek kolejny dzień obżerać Rodzinę po drodze kupiliśmy z Frankiem trochę ryb. To ‘trochę’ musiało odpowiadać ilości zgromadzonych. Zatem na stół dodatkowo wjechaly nasze potrawy w charakterze lunchu: 1 metrowa grilowana ryba rasy nieznanej, acz olbrzymiej, zupa rybna z warzywami, wielka micha kinilaw, półmisek smażonych ryb, jakichś kolegów makreli, chyba z 15 sztuk. Do tego skrzynka piwa, napoje chłodzące, lód. I choć pewnie trudno w to uwierzyć ta uczta kosztowała mniej niż nasze polskie dwie stówki. Kiedy opowiadałam Rodzinie, że najbardziej lubię kinilaw i że trudno mi je zrobić w Polsce pytali, czy to dlatego, że nie mamy ryb. Ryby mamy, ale kinilaw, które jem tu najczęściej jest zrobione ze świeżego tuńczyka. Jak im powiedziałam, że kilo u nas kosztuje blisko 1000 peso (czyli jakieś 90 pln), to się autentycznie przeżegnali, jakby zobaczyli ducha.
Dzisiaj znowu plaża, może wodospad, może zakupy na targu – cel: krewetki do zgrillowania.
Jestem niby w tych samych miejscach, co w ubiegłym roku, ale nie do końca. Wcale nie widuje turystów, choć wiem, że gdzieś tam są, kiszą się w Alona Beach. To jak dwa światy równoległe, nie mające styku ze sobą. Niesamowite.
Nie wiem do końca, na czym, oprócz jedzenia, polega fiesta. Na pewno na czymś musi polegać. Fiesta ma miejsce w miasteczku, mieście, barangay, czyli osadzie czy też wioseczce. Z okazji fiesty przyjeżdża Rodzina. Z całego kraju. Najczęściej kobiety z dziećmi, bo mężczyźni pracują w tym czasie. Bo fiesta wcale nie musi wypadać w dzień wolny. Jak dobrze rozumiem, chodzi tu o przyjazd do domu rodzinnego, skąd pochodzą dziadkowie Rodziny. Od tego miejsca zaczyna się odwiedzanie. A potem odwiedza się pozostałych członków Rodziny. I wszędzie się je. Nie jedno danie, nie dwa. Pięć to minimum. I desery. I następny dom, następna Ciocia. Następne jedzenie. Jak nie jesz – dostajesz jedzenie w torebce na wynos. Chciałam pomóc w przygotowaniach, ale nie pozwolono mi. Bo “krewna papieża nie bedzie przecież gotować!”
Nie pamiętam, ile domów odwiedziłam. Ale zjadlam za 10 osób… Rodzina ustaliła, że nastepnego dnia wybierzemy się wynajetym tylko dla nas jeepneyem na drugi koniec wyspy, do Anda, gdzie plaża I piasek są takie, jak na Boracay. Nie wiem, jak wygląda Boracay i nie zamierzam sie przekonać, ale w Anda jest bardzo ładnie. I nie ma turystów, ja ich nie widziałam, więc fajnie, bo lokalnie. Na plaży wynajęliśmy bambusowy domek dla naszej gromady (chyba 25 osób, na pewno nie cała Rodzina). Domek ze stołem oczywiście, bo przecież trzeba jeść. Na nim pojawiło się ze 20 garnków z różnościami. Ponieważ nie chciałam tak na krzywy ryjek kolejny dzień obżerać Rodzinę po drodze kupiliśmy z Frankiem trochę ryb. To ‘trochę’ musiało odpowiadać ilości zgromadzonych. Zatem na stół dodatkowo wjechaly nasze potrawy w charakterze lunchu: 1 metrowa grilowana ryba rasy nieznanej, acz olbrzymiej, zupa rybna z warzywami, wielka micha kinilaw, półmisek smażonych ryb, jakichś kolegów makreli, chyba z 15 sztuk. Do tego skrzynka piwa, napoje chłodzące, lód. I choć pewnie trudno w to uwierzyć ta uczta kosztowała mniej niż nasze polskie dwie stówki. Kiedy opowiadałam Rodzinie, że najbardziej lubię kinilaw i że trudno mi je zrobić w Polsce pytali, czy to dlatego, że nie mamy ryb. Ryby mamy, ale kinilaw, które jem tu najczęściej jest zrobione ze świeżego tuńczyka. Jak im powiedziałam, że kilo u nas kosztuje blisko 1000 peso (czyli jakieś 90 pln), to się autentycznie przeżegnali, jakby zobaczyli ducha.Dzisiaj znowu plaża, może wodospad, może zakupy na targu – cel: krewetki do zgrillowania.
Jestem niby w tych samych miejscach, co w ubiegłym roku, ale nie do końca. Wcale nie widuje turystów, choć wiem, że gdzieś tam są, kiszą się w Alona Beach. To jak dwa światy równoległe, nie mające styku ze sobą. Niesamowite.













DreamingElf # Sunday, May 5, 2013 5:53:36 AM
Tutaj poczulem, ze istnieje tylko i wylacznie turystyka, podroznikow nie ma, lokalow zainteresowanych czymkolwiek innym niz tylko kasa nie ma, wszystko jest sztuczne i plastikowe i nie da sie nic z tym zrobic bo po prostu nie ma wyboru.
A Ty tu przypominasz, iz sa jednak miejsca, gdzie tak byc nie musi :-)
Kasiakania514 # Sunday, May 5, 2013 1:26:26 PM
Zatem wracajcie do Istanbunia. Tam można siedzieć godzinami w pijalni herbaty i nie gdać o niczym przez całe popołudnie, nie słysząc w tle debilnych emejzingów i nie być nagabywanym przez zewnętrzny świat.
DreamingElf # Sunday, May 5, 2013 4:12:23 PM
No wlasnie o poczuciu innosci tamtego swiata moze kiedys napisze ksiazke :-)
Aczkolwiek dzis pojechalismy z glupia frant do Aksaray i tym razem kombinujemy, czy daloby sie jednak tu zostac...
izaak-goldstein # Sunday, May 5, 2013 7:24:35 PM
Kasiakania514 # Sunday, May 5, 2013 11:46:23 PM
DreamingElf # Monday, May 6, 2013 4:40:21 AM
Kasiakania514 # Monday, May 6, 2013 10:16:17 AM