Bohol, Panglao i Camigiun - zwiedzamy
Wednesday, May 8, 2013 6:14:57 AM
Jak już pisałam w jednym z komentarzy - jestem tu praktycznie w jakimś równoległym świecie. Nie widuję turystów, nie atakuje mnie komercha, nie nagabują mnie oferenci dodatków wakacyjnych w postaci propozycji wynajęcia motorka, zakupu niezwykle atrakcyjnej wycieczki snorklingowej czy zjedzenia posiłku w lokalu z cenami wywindowanymi pod sufit. Wypoczywam, mam spokój, ciszę i wakacje jak na wsi. I kontakt z zachodnią cywilizacją ograniczony do minimum. Dlatego też mam lenia, kiedy mam pisać bloga. Ale żeby nie było, niniejszym sprawozdam, co się działo i dzieje, ale w telegraficznym:
Bohol - snorklowanie w Punta Cruz, kąpiel w wodospadach Mag-aso, zakupy na targu, krewetki, kraby, nowe owoce: chico i guayabano, na śniadanie smażone małe węgorze adobo, takie malutkie na 15 cm. Usilnie chciałam przygotowac coś do jedzenia ja, żeby nie było, że tylko Franek gotuje. Już jeśli nie polskiego, to przynajmniej europejskiego. Ale cały czas brakuje mnie tu wielu podstawowych składników. Oliwy, masła, cytryn, limonek, serów, pomidorów suszonych, pietruszki, pomidorów w puszce. Pytanie - co za problem, skoro są świeże. Ano jest. Ewidentnie nie praktykują tu konsumpcji pomidora dojrzałego. Jeśli już jakiś się zapomarańczowi na skórce jest odrzucany jako niezdatny do spożycia. OcZywiście wszystkie to produkty są do nabycia. W dużych miastach. A Panglao nie bardzo się mieści w tej kategorii. Zatem zrobiłam coś w rodzaju spaghetti. Prawdziwy makaron ugotowałam w garnku o średnicy 15 cm i wysokości 10. Nie łamalam makaronu, bo chciałam, żeby było prawdziwie. No i pewnie dlatego zapiszę się w annalach, jako pierwsza osoba, która spaliła makaron jeszcze przed ugotowaniem. Po prostu płomienie palnika osmaliłly część rurek, zanim te się chciały zgiąć i wskoczyć do wody. Jak Kopciuszek wybierałam te spalone po ugotowaniu i odcinałam mikro nożyczkami. wobec braku mięcha pomielonego nabyłam puszeczkę tyrolskiej, ino z wołowiny, ale ona się tu tak nie nazywa i wcale tak nie wygląda, jak tyrolska. W każdym razie kupiłam puszeczkę mięsiwa o smaku paskudnym, skroiłam w kostkę i zesmażyłam na oleju z cebulką i 7 ząbkami czosnku dla zabicia smaku. Oraz dodałam torebkę gotowego sosu pomidorowego 'italian style', który okazał się być keczupem, którym wszak pogardzam i nienawidzam. Roniąć łzy nad żenującym poziomem mej potrawy myślałam szybko, co by tu jeszcze... Tak, jedyne co się nadawało do dodania, to sok z calamansi (takich mikro limonek ichnich o srednicy 2 cm). Tak uczyniłam i... wcale nie było lepiej. W każdym razie wszyscy są tutaj bardzo ładnie wychowani i mówili, że bardzo smaczne. Kłamczuchy.
Czas wolny - wieczorami kibicuję Frankowi, jak gra w koszykówkę, w takiej drużynie dla oldbojów, bo trzeba mieć skończone 35 lat, żeby w niej grać. I nawet chopaki dają radę. Najfajniejszy jest ich grający trener, ma ADHD i nadpobudliwość ruchową, bardzo się przejmuje i krzyczy na wszystkich. A swoją drogą to bardzo fajne, że na takiej małej wysepce, jaką jest Panglao, jest 8 drużyn oldbojów i że chce im się grać i podchodzą do tego poważnie i mają ubranka drużynowe z nazwiskami i się ogólnie angażują.
Zwyczaje - jest tu taki zwyczaj błogosławieństwa na początek dnia. Otrzymują go młodsi od starszych w rodzinie. Polega to na tym, że wyciągnietą prawą dłonią z palcami skierowanymi do dołu osoby błogosławiącej dotyka się czoła osoby błogosławionej. Błogosławiony lekko się przy tym pochyla. Proste i ładne. A ponieważ dzieciaczki zaczęły mnie traktować jak członka rodziny, toteż tego błogosławieństwa im udzielałam. Postanowiłam też dopełnić obowiązku w 'drugą stronę' czyli względem starszych. Ino mnie się pomyliło i zrobiłam na odwrót, czyli pobłogosławiłam rodziców Franka.
A co! W końcu jestem krewną papieża!
Camiguin - czyta się Kamigin - właśnie od wczoraj jesteśmy na jednej z dzikszych wysepek filipińskich. Z tarasu mam widok na Mindanao. Za nim jest już koniec świata. A tutaj - plaże wulkaniczne, gorące i zimne źródła, góry i wulkany, raczej nieczynne, wodospay i jaskinie. I inne atrakcje, ale je dopiero będziemy odkrywać. A wczoraj zjedliśmy w końcu posiłek w restauracji. Tam był danie pt. pork schnitzel, to zamówiłam dla Franka, żeby wiedział, co u nas się je. Myślalam, że to będzie schaboszczak nasz z frytami, ale nie. Mięcha nie otulili w panierkę, ino oblali masłem i czosnkiem po obsmażeniu. I tak wyglądało pierwsze spotkanie Franka z pseudo polską kuchnią. Przeżył. Smakowałao. Ja zamówiłam sałatkę z paproci (takich naszych, leśnych) i kinilaw. To ostatnie nawet nie w 50% tak dobre, jak frankowe. A teraz leniucham sobie po śniadaniu i nie wyłażę z norki, tylko się owiewam wentylatorem. Z powodu tych upałów mogę wrócić do polskiej zjednoczonej całkiem bladawa...
A. I spreóbowałam nowego owoca, ma na imię lanzone, albo lanchone. Jest większy od liczi, ma milszą skórkę, a w środku mieszka nadzienie jak z wnętrza pomelo, tylko bardziej soczyste. I czasami nie ma w nim pestek.
Bohol - snorklowanie w Punta Cruz, kąpiel w wodospadach Mag-aso, zakupy na targu, krewetki, kraby, nowe owoce: chico i guayabano, na śniadanie smażone małe węgorze adobo, takie malutkie na 15 cm. Usilnie chciałam przygotowac coś do jedzenia ja, żeby nie było, że tylko Franek gotuje. Już jeśli nie polskiego, to przynajmniej europejskiego. Ale cały czas brakuje mnie tu wielu podstawowych składników. Oliwy, masła, cytryn, limonek, serów, pomidorów suszonych, pietruszki, pomidorów w puszce. Pytanie - co za problem, skoro są świeże. Ano jest. Ewidentnie nie praktykują tu konsumpcji pomidora dojrzałego. Jeśli już jakiś się zapomarańczowi na skórce jest odrzucany jako niezdatny do spożycia. OcZywiście wszystkie to produkty są do nabycia. W dużych miastach. A Panglao nie bardzo się mieści w tej kategorii. Zatem zrobiłam coś w rodzaju spaghetti. Prawdziwy makaron ugotowałam w garnku o średnicy 15 cm i wysokości 10. Nie łamalam makaronu, bo chciałam, żeby było prawdziwie. No i pewnie dlatego zapiszę się w annalach, jako pierwsza osoba, która spaliła makaron jeszcze przed ugotowaniem. Po prostu płomienie palnika osmaliłly część rurek, zanim te się chciały zgiąć i wskoczyć do wody. Jak Kopciuszek wybierałam te spalone po ugotowaniu i odcinałam mikro nożyczkami. wobec braku mięcha pomielonego nabyłam puszeczkę tyrolskiej, ino z wołowiny, ale ona się tu tak nie nazywa i wcale tak nie wygląda, jak tyrolska. W każdym razie kupiłam puszeczkę mięsiwa o smaku paskudnym, skroiłam w kostkę i zesmażyłam na oleju z cebulką i 7 ząbkami czosnku dla zabicia smaku. Oraz dodałam torebkę gotowego sosu pomidorowego 'italian style', który okazał się być keczupem, którym wszak pogardzam i nienawidzam. Roniąć łzy nad żenującym poziomem mej potrawy myślałam szybko, co by tu jeszcze... Tak, jedyne co się nadawało do dodania, to sok z calamansi (takich mikro limonek ichnich o srednicy 2 cm). Tak uczyniłam i... wcale nie było lepiej. W każdym razie wszyscy są tutaj bardzo ładnie wychowani i mówili, że bardzo smaczne. Kłamczuchy.
Czas wolny - wieczorami kibicuję Frankowi, jak gra w koszykówkę, w takiej drużynie dla oldbojów, bo trzeba mieć skończone 35 lat, żeby w niej grać. I nawet chopaki dają radę. Najfajniejszy jest ich grający trener, ma ADHD i nadpobudliwość ruchową, bardzo się przejmuje i krzyczy na wszystkich. A swoją drogą to bardzo fajne, że na takiej małej wysepce, jaką jest Panglao, jest 8 drużyn oldbojów i że chce im się grać i podchodzą do tego poważnie i mają ubranka drużynowe z nazwiskami i się ogólnie angażują.
Zwyczaje - jest tu taki zwyczaj błogosławieństwa na początek dnia. Otrzymują go młodsi od starszych w rodzinie. Polega to na tym, że wyciągnietą prawą dłonią z palcami skierowanymi do dołu osoby błogosławiącej dotyka się czoła osoby błogosławionej. Błogosławiony lekko się przy tym pochyla. Proste i ładne. A ponieważ dzieciaczki zaczęły mnie traktować jak członka rodziny, toteż tego błogosławieństwa im udzielałam. Postanowiłam też dopełnić obowiązku w 'drugą stronę' czyli względem starszych. Ino mnie się pomyliło i zrobiłam na odwrót, czyli pobłogosławiłam rodziców Franka.
A co! W końcu jestem krewną papieża!Camiguin - czyta się Kamigin - właśnie od wczoraj jesteśmy na jednej z dzikszych wysepek filipińskich. Z tarasu mam widok na Mindanao. Za nim jest już koniec świata. A tutaj - plaże wulkaniczne, gorące i zimne źródła, góry i wulkany, raczej nieczynne, wodospay i jaskinie. I inne atrakcje, ale je dopiero będziemy odkrywać. A wczoraj zjedliśmy w końcu posiłek w restauracji. Tam był danie pt. pork schnitzel, to zamówiłam dla Franka, żeby wiedział, co u nas się je. Myślalam, że to będzie schaboszczak nasz z frytami, ale nie. Mięcha nie otulili w panierkę, ino oblali masłem i czosnkiem po obsmażeniu. I tak wyglądało pierwsze spotkanie Franka z pseudo polską kuchnią. Przeżył. Smakowałao. Ja zamówiłam sałatkę z paproci (takich naszych, leśnych) i kinilaw. To ostatnie nawet nie w 50% tak dobre, jak frankowe. A teraz leniucham sobie po śniadaniu i nie wyłażę z norki, tylko się owiewam wentylatorem. Z powodu tych upałów mogę wrócić do polskiej zjednoczonej całkiem bladawa...
A. I spreóbowałam nowego owoca, ma na imię lanzone, albo lanchone. Jest większy od liczi, ma milszą skórkę, a w środku mieszka nadzienie jak z wnętrza pomelo, tylko bardziej soczyste. I czasami nie ma w nim pestek.













DreamingElf # Wednesday, May 8, 2013 11:37:21 PM
Kasiakania514 # Thursday, May 9, 2013 7:45:47 AM
DreamingElf # Thursday, May 9, 2013 8:59:02 AM
http://en.wikipedia.org/wiki/File:Butterjf.JPG
Kasiakania514 # Thursday, May 9, 2013 12:52:37 PM
DreamingElf # Thursday, May 9, 2013 2:20:17 PM
Unregistered user # Friday, May 10, 2013 6:53:04 AM
Kasiakania514 # Friday, May 10, 2013 1:30:11 PM
Unregistered user # Saturday, May 11, 2013 10:57:32 AM
Kasiakania514 # Sunday, May 12, 2013 12:01:00 AM