Camiguin
Friday, May 10, 2013 2:37:42 PM
Powolutku dopada mnie nostalgia. Jak dzisiaj, kiedy sprawdziłam, że mój samolot wylata z Cebu o 8.45 rano, co znaczy, że wcale nie spędzę 14 maja na Filipinach. Nawet śniadania pewnie nie zjem, bo czasu braknie. A mogłabym choć mango. Albo Tosilog. Albo nawet kluski zwykłe z pudełka. Albo bez śniadania, obiadu i kolacji, ale żeby dłużej. Tydzień. Miesiąc. Albo na zawsze. Nie wakacyjnie, normalnie.
Wpół do dziesiątej wieczór. Jest zupełnie ciemno od 2 godzin, zmrok tu zapada szybciej, bliżej równika dni są bardziej równomiernie podzielone pomiędy noc i czas aktywności. Wstaję o 5.00 rano (to wszak potrafię jeszcze z polskiej), kładę się spać o 20.00. Już nie chcę się opalać... jak inni, jak tu mieszkający, szukam cienia przez większość dnia. W przydrożnych restauracyjkach jem ręką, prawą oczywiście, nie sprawia mi też różnicy czy łazienka ma pysznic, czy wielki kubeł z wodą i plastikowy rondelek do polewania sięsiebie. W miejscach publicznych (lokalna plaża, gorące źródła czy wodospad) kąpię się w spodenkach i koszulce, bo taka jest tu norma. Czasami ktoś na targu powie coś do mnie w cebuano, lokalnym języku. Cieszę się jak dziecko, choć wiem, że mimo wszystko jestem wciąż tylko turystą...
Turysta zatem wciąż melduje się z Camiguin. Pewnie by mi się podobało tu bardziej, gdyby nie fakt, że jednak wciąż jestem z Polski. Więc nie ruszają mnie wodospady wysokie na 80 metrów w górskiej scenerii, bo wyglądają jak Wodogrzmoty Mickiewicza, ani też góry, jak nasze Beskidy, bo z daleka nie widać wcale, że rosną na nich palmy, a nie jodły, świerki i buczyna, ani też gorące źrodła, bo wcale nie gorące, ino letnie, a wyglądaja jak nasze górskie strumienie. Stąd taka popularność tej wyspy wśród miejscowych, bo jest tu inaczej, tylko szkoda, że tak europejsko. Co nie znaczy, że nie ma tu zupełnie nic dla mnie. Jest jeden pan wulkan, ale przy 35 stopniowym upale nie mam ochoty go skonsumować, zwłaszcza że wyprawa całodniowa. I mam dokładnie w pragębie widoki się rozpościrające. Gdyby była winda lub choćby osiołek... Aczkolwiek z oddali pan wulkan wygląda ładnie, dostojnie i okazale. I ponoć posiada jeziorko w środku, czyli w kraterze. Ale dla mojego lenistwa znajduję bardzo ładne i dogodne wytłumaczenie: Hibok-Hibok jest wciąż aktywny, a patrz post poniżej, więc lękam się o swoje jestestwo i dlatego pozostaję w oddali oraz z szacunkiem. Natomiast lęk swój wkłożyłam do kieszonki odwiedzając Sunken Cemetery. Zatopiony naprawdę cmentarz. Bo jak pan wulkan wybuchł jakiś czas temu, to cmentarz osunął się do morza i teraz tam mieszkają rybki oraz rafa koralowa. A ja tam byłam z maską i rurą słabo działającą. W życiu tyle nie przepłynęłam bez kamizelki. Będzie z dwiesta metra. W ramach asekuracji płynął koło mnie Franek oraz łódka z dwoma chłopczykami na pokładzie. Mieli prikaz od Franka, że na pu metra mają mnie nie odstępować, bo ja niby nie umiem pływać. Strasznie się śmiały chłopczyki na początku, że taka stara baba nie umi pływać, ale jak popłynęłam... Ho! Chłopczyki pokiwały główkami i powiedziały, że jednak umiem pływać. Więc chyba muszę im uwierzyć na słowo. Bo to nie może być, że z maską i rurą się przemieszczam, a bez nich już nie potrafię niby.
Oraz dzisiaj była Biała Wyspa. White Island. Bo Camiguin jest czarne, wulkaniczne, tu białe turysty nie znajdą białego piaseczku. Chyba że na White Island właśnie. W odległości 450 pesos od brzegu, czyli jakieś 40 pln, jest sobie biała wysepka z piasku, na której nie ma nic. Nawet palemki. Ale jest śliczna jak z bajki. Woda wokół niej jest jasnobłękitnoturkusowa. I płytka, można się taplać jak dziecko poprzez dzień cały. Albo siedzieć w cieniu ustawionego tam stoiska sprzedawczego. I powiedzieć, że jest się głodnym. I wtedy Franek wyczarowuje kinilaw z małych rybek akwariowych. To znaczy z morskich, ale wyglądają trochę jak danio, są malutkie na 4 cm, są bez główek i trochę chrupia delikatne ostki, gdy je się gryzie, ale są przepyszne...
Żeby pociągnąć wątek kulinarny... Jak ognia unikam restauracji, gdzie jedzą biali. Bo jedzą drogo. Zatem wsiadamy na motor i szukamy czegoś przy drodze. Ja nigdy nie umiem rozpoznać, czy miejsce jest jadłodajnią, czy domem prywatnym. Tak samo ludzie siedzą przy stole, tak samo otwarte wejście. No chyba że grill, jak dzisiaj, to widać, bo się dymi. W ofercie kurczaczyna we wszelakiej postaci: udeczko, piersiątko, połóweczka, wątróbka, skórka, szyjka, marynowane w pysznym czymśtam, do tego ryż, sos do maczania, piwo, za 30 pln do granic przejedzenia... A czemu w polskiej tak być nie może? Ino karkówka i kiełbacha?
Idę spać...
Wpół do dziesiątej wieczór. Jest zupełnie ciemno od 2 godzin, zmrok tu zapada szybciej, bliżej równika dni są bardziej równomiernie podzielone pomiędy noc i czas aktywności. Wstaję o 5.00 rano (to wszak potrafię jeszcze z polskiej), kładę się spać o 20.00. Już nie chcę się opalać... jak inni, jak tu mieszkający, szukam cienia przez większość dnia. W przydrożnych restauracyjkach jem ręką, prawą oczywiście, nie sprawia mi też różnicy czy łazienka ma pysznic, czy wielki kubeł z wodą i plastikowy rondelek do polewania sięsiebie. W miejscach publicznych (lokalna plaża, gorące źródła czy wodospad) kąpię się w spodenkach i koszulce, bo taka jest tu norma. Czasami ktoś na targu powie coś do mnie w cebuano, lokalnym języku. Cieszę się jak dziecko, choć wiem, że mimo wszystko jestem wciąż tylko turystą...
Turysta zatem wciąż melduje się z Camiguin. Pewnie by mi się podobało tu bardziej, gdyby nie fakt, że jednak wciąż jestem z Polski. Więc nie ruszają mnie wodospady wysokie na 80 metrów w górskiej scenerii, bo wyglądają jak Wodogrzmoty Mickiewicza, ani też góry, jak nasze Beskidy, bo z daleka nie widać wcale, że rosną na nich palmy, a nie jodły, świerki i buczyna, ani też gorące źrodła, bo wcale nie gorące, ino letnie, a wyglądaja jak nasze górskie strumienie. Stąd taka popularność tej wyspy wśród miejscowych, bo jest tu inaczej, tylko szkoda, że tak europejsko. Co nie znaczy, że nie ma tu zupełnie nic dla mnie. Jest jeden pan wulkan, ale przy 35 stopniowym upale nie mam ochoty go skonsumować, zwłaszcza że wyprawa całodniowa. I mam dokładnie w pragębie widoki się rozpościrające. Gdyby była winda lub choćby osiołek... Aczkolwiek z oddali pan wulkan wygląda ładnie, dostojnie i okazale. I ponoć posiada jeziorko w środku, czyli w kraterze. Ale dla mojego lenistwa znajduję bardzo ładne i dogodne wytłumaczenie: Hibok-Hibok jest wciąż aktywny, a patrz post poniżej, więc lękam się o swoje jestestwo i dlatego pozostaję w oddali oraz z szacunkiem. Natomiast lęk swój wkłożyłam do kieszonki odwiedzając Sunken Cemetery. Zatopiony naprawdę cmentarz. Bo jak pan wulkan wybuchł jakiś czas temu, to cmentarz osunął się do morza i teraz tam mieszkają rybki oraz rafa koralowa. A ja tam byłam z maską i rurą słabo działającą. W życiu tyle nie przepłynęłam bez kamizelki. Będzie z dwiesta metra. W ramach asekuracji płynął koło mnie Franek oraz łódka z dwoma chłopczykami na pokładzie. Mieli prikaz od Franka, że na pu metra mają mnie nie odstępować, bo ja niby nie umiem pływać. Strasznie się śmiały chłopczyki na początku, że taka stara baba nie umi pływać, ale jak popłynęłam... Ho! Chłopczyki pokiwały główkami i powiedziały, że jednak umiem pływać. Więc chyba muszę im uwierzyć na słowo. Bo to nie może być, że z maską i rurą się przemieszczam, a bez nich już nie potrafię niby.
Oraz dzisiaj była Biała Wyspa. White Island. Bo Camiguin jest czarne, wulkaniczne, tu białe turysty nie znajdą białego piaseczku. Chyba że na White Island właśnie. W odległości 450 pesos od brzegu, czyli jakieś 40 pln, jest sobie biała wysepka z piasku, na której nie ma nic. Nawet palemki. Ale jest śliczna jak z bajki. Woda wokół niej jest jasnobłękitnoturkusowa. I płytka, można się taplać jak dziecko poprzez dzień cały. Albo siedzieć w cieniu ustawionego tam stoiska sprzedawczego. I powiedzieć, że jest się głodnym. I wtedy Franek wyczarowuje kinilaw z małych rybek akwariowych. To znaczy z morskich, ale wyglądają trochę jak danio, są malutkie na 4 cm, są bez główek i trochę chrupia delikatne ostki, gdy je się gryzie, ale są przepyszne...
Żeby pociągnąć wątek kulinarny... Jak ognia unikam restauracji, gdzie jedzą biali. Bo jedzą drogo. Zatem wsiadamy na motor i szukamy czegoś przy drodze. Ja nigdy nie umiem rozpoznać, czy miejsce jest jadłodajnią, czy domem prywatnym. Tak samo ludzie siedzą przy stole, tak samo otwarte wejście. No chyba że grill, jak dzisiaj, to widać, bo się dymi. W ofercie kurczaczyna we wszelakiej postaci: udeczko, piersiątko, połóweczka, wątróbka, skórka, szyjka, marynowane w pysznym czymśtam, do tego ryż, sos do maczania, piwo, za 30 pln do granic przejedzenia... A czemu w polskiej tak być nie może? Ino karkówka i kiełbacha?
Idę spać...













DreamingElf # Friday, May 10, 2013 2:47:00 PM
Kasiakania514 # Friday, May 10, 2013 3:35:24 PM
Unregistered user # Saturday, May 11, 2013 10:47:47 AM
Unregistered user # Saturday, May 11, 2013 11:53:00 AM
Kasiakania514 # Saturday, May 11, 2013 11:56:39 PM
Jaasio, a I owszem. Lekko przywdziana, ale jednak w ubranku.
izaak-goldstein # Monday, May 13, 2013 7:23:00 AM
Originally posted by kania514:
Na pokuszenie czego?
Oni są poważnie tak zezwierzęceni, że odkryte ciało czyni z nich niepohamowane bestie?
Bardzo dobry wpis!
Kasiakania514 # Thursday, May 16, 2013 4:18:13 PM