Tytułem zakończenia - Panglao, Cebu, Singapur
Thursday, May 16, 2013 5:47:55 PM
Złamałam prawo. Świadomie. Planowałam to już podczas poprzedniej wizyty na Filipinkach, ale zawsze coś przeszkadzało. Choć było osiągalne i łatwe. Tym razem podczas przejazdu z Tagbilaran do Panglao podjęłam decyzję, że właśnie nadszedł moment właściwy i dogodny. Mianowicie chciałam odbyć podróż na dachu jeepney'a. Ale. Coś, co wydawało się normą na Luzonie, na Bohol jest już rzadkie i wywołuje duże zdziwienie. Oraz jest nielegalne. Jak podobno na całych Filipinach. I że można zapłacić mandat. I kierowca i ten, co się wdrapał. Zasmucona tym faktem postanowiłam użyć damskiej broni masowego celowanego ataku i wygięłam dzióbek w podkówkę oraz oczka zmieniłam w kocioszrekowe. Franek uległ i podpłacił kierowcę i za punktem kontrolnym, gdzie czasem wykwitają policjanty, jeepney przyhamował i pozwolił nam się wdrapać na jego dach. Fajosko! A jak się na nas gapili! Ha!
W Panglao czekała kolejna fiesta i świnia. Świnia została zamordowana i ugotowana, usmażona, uduszona i podana gościom. Na świnię patrzeć już nie mogę. Świni mówię od teraz stanowcze nie. Oraz flaczkom w wersji pinoy. Oraz chyba przejdę na wegetarianizm na czas jakiś. Bym zjadła sałatkę. Jakąbądź. Ale nie z pomidorów. Ponieważ pomidory widać zdają się być immanętną cechą posiłku nie tylko w Turcji, ale również i na Filipinkach. Tylko że zawsze są zielone, zmiszane z cebulą i zatopione w sosie sojowym. Czasem są sosem do ryby, czasem bazą do dania głównego, a kiedy indziej znów częścią kinilaw.
I zjadłam jeżowca, takiego prosto z morza. Jak pojechałam się pożegnać z białym piaseczkiem, rafami i turkusowym morzem. Znowu przepłynęłam kupę metrów z maską i fajką, widziałam takie śmieszne meduzy, które wyglądały jak zielone kalafiory i kupę czarnych jeżowców, które są najsmaczniejsze, ale najtrudniej się je wyławia, bo mają długie bolące kolce. A Franek co rusz nurkował do dna samego i coś tam z niego podnosił, coś co się kolorem, wzorem ani teksturą nie różniło zupełnie od podłogi. I to były te jeżowce, co tak nie bodą kolcami. I jeszcze w morzu je zjedliśmy, mają takie coś pomarańczowe w środku, trochę jak kawior, trochę gararetka. Bardzo mi to posmakowało.
Jest tu teraz na Filipinkach trochę głośno. Dosłownie. To z powodu kampanii wybporczej. Po ulicach jeżdżą małe ałtka z tubami, z których wydobywa się skoczna piosenka zapewne zachwalająca atrybuty kandydata na sentora czy gubernatora czy innego reprezentanta narodu. Pozostałe środki przekazu kandydatów są podobne do tych stosowanych u nas. Czyli ulotki i plakaty ponaklejane gdziebądź. Widziałam też spotkania wyborcze, ale w polskiej nigdy na takim nie byłam, więc nie umiem porównać. Nie pamiętam też, czy w polskiej również obowiązuje prohibicja przez dwa dni na okoliczność głosowania. Która mnie zdenerwowała, bo nie mogłąm kupić rumu z przeznaczeniem do dostawy do polskiej. No i nie kupiłam. Zatem kilka osób nie będzie miało okazji spróbować rumu Tanduay...
A potem Franek postanowił zachorować na chorobę z temperaturą. Więc się zrobiło niefajnie.
Fajnie było dopiero w SIN. Bo na lotnisku Changi w sumie mogłabym zamieszkać. Jest tam bardzo ładnie. Znowu odwiedziłam jakieś ogrody. A raz, jak przechodziłam przez taki duży plac, to znalazłam nagle pana, który grał na fortepianie. Grał jazz, tylko po to, żeby ludziom było miło. Pan był ubrany jak do filharmonii i to było bardzo ładne. Jeszcze ładny był też kinetic rain w terminalu 1 m.changiairport.com/terminal1/. I mnóstwo innych rzeczy. Nie będę opisywać zalet funkcjonalnych lotniska, ale faktem jest, że jest urządzone i zorganizowane perfekcyjnie. Jak na przykład nalepka przy każdej toalecie z informacją, za ile minut znajduje się następny kibelek i w którym kierunku. Wszak może się zdarzyć, że wszystkie tualety będą zajęte i taki azymut jest wtedy wielce przydatny. Dla drugiego końca przewodu pokarmowego nabyłam kaya. To taki dżem kokosowy, jesli dobrze pamiętam, dostępny jedynie w Singapurze. A potem włóczyłam się pomiędzy knajpeczkami nie mogąc zdecydować się, co zjeść. W zasadzie chciałam zjeść wszystko. Koniec końców wybrałam sushi. Nieprzyzwoicie olbrzymią porcję. To znaczy dwie. Ale ciiii...
A potem wsiadłam do A380 pod banderą Air France, gdzie pasażerów przewozi się z punktu A do punktu B w stanie hibernacji. Dlatego mam katar. I wakacje się skończyły.
A tutaj... w polskiej... hm... dobrze, że jerzyki już są, zasypiam sluchając ich śpiewu...
W Panglao czekała kolejna fiesta i świnia. Świnia została zamordowana i ugotowana, usmażona, uduszona i podana gościom. Na świnię patrzeć już nie mogę. Świni mówię od teraz stanowcze nie. Oraz flaczkom w wersji pinoy. Oraz chyba przejdę na wegetarianizm na czas jakiś. Bym zjadła sałatkę. Jakąbądź. Ale nie z pomidorów. Ponieważ pomidory widać zdają się być immanętną cechą posiłku nie tylko w Turcji, ale również i na Filipinkach. Tylko że zawsze są zielone, zmiszane z cebulą i zatopione w sosie sojowym. Czasem są sosem do ryby, czasem bazą do dania głównego, a kiedy indziej znów częścią kinilaw.
I zjadłam jeżowca, takiego prosto z morza. Jak pojechałam się pożegnać z białym piaseczkiem, rafami i turkusowym morzem. Znowu przepłynęłam kupę metrów z maską i fajką, widziałam takie śmieszne meduzy, które wyglądały jak zielone kalafiory i kupę czarnych jeżowców, które są najsmaczniejsze, ale najtrudniej się je wyławia, bo mają długie bolące kolce. A Franek co rusz nurkował do dna samego i coś tam z niego podnosił, coś co się kolorem, wzorem ani teksturą nie różniło zupełnie od podłogi. I to były te jeżowce, co tak nie bodą kolcami. I jeszcze w morzu je zjedliśmy, mają takie coś pomarańczowe w środku, trochę jak kawior, trochę gararetka. Bardzo mi to posmakowało.
Jest tu teraz na Filipinkach trochę głośno. Dosłownie. To z powodu kampanii wybporczej. Po ulicach jeżdżą małe ałtka z tubami, z których wydobywa się skoczna piosenka zapewne zachwalająca atrybuty kandydata na sentora czy gubernatora czy innego reprezentanta narodu. Pozostałe środki przekazu kandydatów są podobne do tych stosowanych u nas. Czyli ulotki i plakaty ponaklejane gdziebądź. Widziałam też spotkania wyborcze, ale w polskiej nigdy na takim nie byłam, więc nie umiem porównać. Nie pamiętam też, czy w polskiej również obowiązuje prohibicja przez dwa dni na okoliczność głosowania. Która mnie zdenerwowała, bo nie mogłąm kupić rumu z przeznaczeniem do dostawy do polskiej. No i nie kupiłam. Zatem kilka osób nie będzie miało okazji spróbować rumu Tanduay...
A potem Franek postanowił zachorować na chorobę z temperaturą. Więc się zrobiło niefajnie.
Fajnie było dopiero w SIN. Bo na lotnisku Changi w sumie mogłabym zamieszkać. Jest tam bardzo ładnie. Znowu odwiedziłam jakieś ogrody. A raz, jak przechodziłam przez taki duży plac, to znalazłam nagle pana, który grał na fortepianie. Grał jazz, tylko po to, żeby ludziom było miło. Pan był ubrany jak do filharmonii i to było bardzo ładne. Jeszcze ładny był też kinetic rain w terminalu 1 m.changiairport.com/terminal1/. I mnóstwo innych rzeczy. Nie będę opisywać zalet funkcjonalnych lotniska, ale faktem jest, że jest urządzone i zorganizowane perfekcyjnie. Jak na przykład nalepka przy każdej toalecie z informacją, za ile minut znajduje się następny kibelek i w którym kierunku. Wszak może się zdarzyć, że wszystkie tualety będą zajęte i taki azymut jest wtedy wielce przydatny. Dla drugiego końca przewodu pokarmowego nabyłam kaya. To taki dżem kokosowy, jesli dobrze pamiętam, dostępny jedynie w Singapurze. A potem włóczyłam się pomiędzy knajpeczkami nie mogąc zdecydować się, co zjeść. W zasadzie chciałam zjeść wszystko. Koniec końców wybrałam sushi. Nieprzyzwoicie olbrzymią porcję. To znaczy dwie. Ale ciiii...
A potem wsiadłam do A380 pod banderą Air France, gdzie pasażerów przewozi się z punktu A do punktu B w stanie hibernacji. Dlatego mam katar. I wakacje się skończyły.
A tutaj... w polskiej... hm... dobrze, że jerzyki już są, zasypiam sluchając ich śpiewu...













DreamingElf # Thursday, May 16, 2013 7:12:23 PM
Ale jak to. Jadliscie te jezozwierzeta na zywca w wodzie, nawet bez ogluszenia?
Kasiakania514 # Friday, May 17, 2013 12:21:35 AM
DreamingElf # Friday, May 17, 2013 4:14:14 AM
Kasiakania514 # Friday, May 17, 2013 5:59:26 AM
DreamingElf # Friday, May 17, 2013 7:45:48 AM
One na pewno plakaly bedac jedzone na zywca...
Jak ktos kogos je na zywca to jest ludozerca. Przecie nie ma zywozercow, co nie?
Kasiakania514 # Friday, May 17, 2013 8:20:25 AM