My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Hanoi, part II

Jak rany... Ale pech. Dzisiejszy dzien byl Dniem Zamknietej Swiatyni. Schodzilam cale miasto, a gdziekolwiek dotarlam okazywalo sie, ze akurat jest zamknieta, ale juz za dwie godziny otworza. To malo ciekawa perspektywa siedziec na lawce przez dwie godziny w tym sromotnym upale. Blakalam sie wiec od jednej do drugiej, trzeciej i czwartej, a ta czawarta to akurat byla otwarta, tylko akurat prace renowacyjne w niej trwaly, doslowny siwy dym w srodku, wiec niewiele zobaczylam. Widzialam za to Mauzoleum Ho Chi Minha, mauzoleowate w rozmiarze i formie. Kiedy pagody nie chcialy stanac przede mna otworem poszukalam innych swiatyn, znalazlam meczet, jedyny w polnocnym Wietnamie. I katedre, wiadomego wyznania. Razem z bagietkami to jedno z niewielu widocznych dziedzictw francuskiej bytnosci. Mam chyba 20 kilometrow w nogach, zatem oddale sie na spoczynek, jutro wczesna pobudka i wyprawa do Tam Coc.
Na ulicach pelno kobiet sprzedajacych z nosidelek naramiennych pomarancze... Takie z wygladu kubanskie. To najlepszy dowod na to, ze w socjalizmie zadna pomarancza nie ma szans byc pomaranczowa, piekna i okragla ;-) Kwasne sa okrutnie, wiem bo pilam sok z swiezo wyciskanych i bez cukru bym nie przelknela.