Hanoi, part II
Wednesday, November 14, 2007 12:55:16 PM
Jak rany... Ale pech. Dzisiejszy dzien byl Dniem Zamknietej Swiatyni. Schodzilam cale miasto, a gdziekolwiek dotarlam okazywalo sie, ze akurat jest zamknieta, ale juz za dwie godziny otworza. To malo ciekawa perspektywa siedziec na lawce przez dwie godziny w tym sromotnym upale. Blakalam sie wiec od jednej do drugiej, trzeciej i czwartej, a ta czawarta to akurat byla otwarta, tylko akurat prace renowacyjne w niej trwaly, doslowny siwy dym w srodku, wiec niewiele zobaczylam. Widzialam za to Mauzoleum Ho Chi Minha, mauzoleowate w rozmiarze i formie. Kiedy pagody nie chcialy stanac przede mna otworem poszukalam innych swiatyn, znalazlam meczet, jedyny w polnocnym Wietnamie. I katedre, wiadomego wyznania. Razem z bagietkami to jedno z niewielu widocznych dziedzictw francuskiej bytnosci. Mam chyba 20 kilometrow w nogach, zatem oddale sie na spoczynek, jutro wczesna pobudka i wyprawa do Tam Coc.
Na ulicach pelno kobiet sprzedajacych z nosidelek naramiennych pomarancze... Takie z wygladu kubanskie. To najlepszy dowod na to, ze w socjalizmie zadna pomarancza nie ma szans byc pomaranczowa, piekna i okragla ;-) Kwasne sa okrutnie, wiem bo pilam sok z swiezo wyciskanych i bez cukru bym nie przelknela.
Na ulicach pelno kobiet sprzedajacych z nosidelek naramiennych pomarancze... Takie z wygladu kubanskie. To najlepszy dowod na to, ze w socjalizmie zadna pomarancza nie ma szans byc pomaranczowa, piekna i okragla ;-) Kwasne sa okrutnie, wiem bo pilam sok z swiezo wyciskanych i bez cukru bym nie przelknela.












