My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Kilka slow o podrozowaniu

Na poczatku byl minibus...
Tym wlasnie srodkiem transportu dotarlam do centrum Hanoi z lotniska. Wtedy jeszcze zbyt ciekawa krajobrazow za oknem nie zwracalam specjalnej uwagi na sama jazde. Tej ostatniej moglam sie blizej przyjrzec podczas powrotu z Halong Bay z tej racji, ze siedzialam zaraz kolo kierowcy na przednim siedzeniu. Alez dziwa sie u nich dzieja na drogach! Ruch u nich taki, jak u nas, jesli chodzi o strony. Zatem dziw nad dziwa bierze, ze te minibusy to wlasnie lewym pasem pomykaja, spychajac na wolniejsdzy osobowki. A odbywa sie to w nastepujacy sposob: najpierw zblizajac sie do z(za przeproszeniem) tylka osobowki migaja swiatlami, potem wlaczaja awaryjne, na sam koniec wlaczaja te wszystkie swoje traby i klaksony. Jedyne, co takiego minibusa wyprzedza to najczesciej... motorynka ;-) Kompletnie maja to postawione na glowie. I dzieje sie tak nie w miescie, ale na ladnej dwupasmowce, dobre 100 km od miasta!
Motorynek (czyli skuterow, motorow i im podobnych zwanych tu xe om) nie znosze, kiedy chodze ulicami miast. Bo jezdza i dziko i trabia bez opamietania. Swiatla na skrzyzowaniach traktuja obojetnie lub wcale sie nimi nie przejmuja. Uwielbiam natomiast jezdzic tymi maszynami. Uspokajam tych, co mnie znaja - nie jako kierowca, ale jako pasazer. Wczoraj wybralam sie na przejazdzke do Muzeum Etnograficznego w Hanoi, ktore jest 6 km za miastem i byla to niesamowita frajda. Trafilam na wytrawnego kierowce, co to nie przepusci zywemu. Wyprzedzilismy wszystkie male autka w zasiegu wzroku, manewrowalismy miedzu autobusami, podchodzilismy do dziwnych zakretow, zeby przechytrzyc innych uzytkownikow drogi. Pisze MY, bo ja mocno sie zaangazowalam w te zabawe, smialam sie do rozpuku, kierwco chyba przyjal to za zachete. A na prostej! Ha! wiatr we wlosach, oczy pelne owadow, buzi lepiej nie otwierac! Fantastyczne sa te motorynki, ale jazda nimi daje satysfakcje dopiero w takim miescie jak Hanoi czy Sajgon. a tutaj probka tego, jak to wyglada
A potem byl autobus. Z gatunku nocnych. Maja tu taki pomysl na przemieszczanie tluszczy turystycznej za pomoca tzw. open bus. Kupuje sie bilet z Hanoi do Sajgonu a cena uzalezniona jest od planowanych ilosci postojow. Ja oczywiscie wzielam najwieksza mozliwa liczbe, bo chce byc wszedzie. I mnie taki bilet kosztowal 25 USD plus 50000 dongow za postoj w Mui Ne. Postoj to oczywiscie nocleg. Minimum jeden. Jak ci sie miasto znudzi dzwonisz na hotline i prosisz, zeby nastepnego dnia cie odebrali z hotelu i przewiezli nastepny odcinek drogi. Doskonaly pomysl. A ja po raz pierwszy podczas tej podrozy wykazalam sie strategicznym podejsciem do planowania i wykombinowalam, ze wlasnie teraz najlepiej jest pojechac do Hue, bo skoro pada i niedawno byla powodz, to malo ludzi bedzie chcialo pojechac i bedzie pelno miejsca w autobusie. I mialam racje!!!
A na koniec cyklo, czyli riksza. Zawsze mialam opory przed przejazdzkami tym srodkiem komunikacji, bo prawie moge uslyszec pot sciekajacy ciurkiem po plecach mojego kierowcy. Ale dzisiaj bylo inaczej. Zwiedzilam prawie cale Hue na piechotke i juz mialam wracac do hotelu, kiedy przydybal mnie taki jeden z cyklo. I jakos tak mi sie go szkoda zrobilo, ze zgodzilam sie na dluga eskapade. On 10 slow po angielsku, ja po wietnamsku 5. Ale jakos sie dogadalismy. Jak mu bylo ciezko, bo pod gorke, to zsiadalam, a on sie cieszyl. Lep, po tak ma na imie, zaciagnal mnie do lokalnego przybytku serwujacego piwo, bo jakos udalo nam sie dogadac, ze oboje lubimy. No to postawilam mu piwo (cale pol dolara mnie to kosztowalo), za co on z jeszcze wieksza werwa wypedalowal mnie do oddalonej od miasta o 3 kilometry pagody. Musi polubil mnie za to piwo, bo dwa razy sie zatrzymal, zeby kupic mi lokalne przysmaki smazone w mijanych garkuchniach. I jak widzialam usmiech na jego twarzy to chyba pierwszy raz nie czulam sie wyzyskiwaczem klasy ucisnionej. Po prostu jest to jeden ze sposobow zarabiania pieniedzy.
Jutro jade do DMZ. Doszlam do wniosku, ze chwilowo mam dosc zabytkow, pogaod i grobowcow, wiec wietnamscy ceszarze moga jutro spac spokojnie, nie zdeptam ich miejsc spoczynku swoja stopa. Za to jade do DMZ. Chyba tylko wojskowi wiedza o co chodzi. No i Amerykanie. I pasjonaci historii Indochin. DMZ to strefa zdemilitaryzowana, ktora kiedys byla granica pomiedzy Polnocnym i Poludniowym Wietnamem. Mam nadzieje, ze nie bedzie zbyt duzo weteranow amerykanskich, oni to potrafia zanudzic na smierc...