My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Złe miłego początki

Miałam wczoraj odlecieć do Sri Lanki, ale nie wyszło. Przyszła zima i zepsuła lotniska w Polsce, a wraz z nimi pierwszy dzień wakacji. Moich wakacji. A miało być tak ładnie, 5-gwiazdkowo, bo z Qatar Airways z FRA.
Oczekując jakichkolwiek informacji o odlocie z WRO nie mogłam się nadziwić, czemu ludzie pracujący dla naszego narodowego przewoźnika tak bardzo nie chcą pomóc podróżnym w dotarciu do celu. Próba uzyskania jakiejkolwiek informacji kończyła się zawsze jedynym komunikatem, którego widać uczą się jak mantry: nie wiem, nie wiem, nie wiem... Ja rozumiem, że nie wiedzieli, ale swą niewiedzę mogli przecież ubrać w nieco bardziej skomplikowane słowa. Na przykład: "Samolot z Warszawy, który ma mieć międzylądowanie we WRO, zabrać państwa na pokład i odlecieć do Frankfurtu, jeszcze nie wystartował, zatem przez najbliższe 45 minut nie odlecicie. Jeśli sytuacja ulegnie zmianie, poinformujemy państwa o tym fakcie. Jeśli macie państwo connecting flights gdzieś dalej i już teraz obawiacie się, że nie ma szans, nie zdążycie, to proponujemy biegusiem udać się do tej długiej kolejki do biura Lotu i spróbować przebukować wasze bilety." Ale nie, oni mają tylko: nie wiem, nie wiem, nie wiem... a na koniec: odwołany.
Ponieważ mnie nigdy niczego nie skancelowano, to znaczy lotu żadnego, nie bardzo wiedziałam, co robić. Najlepszy przyjaciel człowieka w takiej sytuacji, internet, oczywiście na lotnisku we WRO nie działał. Szczęśliwi ci, co łączyli z nim poprzez komórki, z wypiekami na twarzach wgapiali się w rozświetlone monitorki i planowali dalsze swe kroki. Mnie pozostał telefon do przyjaciela, wykorzystany kilkukrotnie. I nie pierwszy raz pomocną dłoń podał nieoceniony Pan Robert z "Sindbada", który uspokoił, pocieszył, kazał sprawdzić numer biletu (co jest istotne ponoć, bo jak jest jeden tylko numer, to nie ważne ile mamy dalej połączeń, ta linia która pierwsza nabroiła, musi nas dowieźć do określonej destynacji). I co najważniejsze, kazał się nie dać zbyć i nie opuścić biura Lotu, aż do momentu uzyskania nowej rezerwacji. Trochę wyszłam na sierotkę. Dziewczyna, co nie.
Kolejeczka była długa na ponad trzy godziny. I tu przyznaję rację Asi, że dziwnie nasze krajany spokojne były i się wcale nie denerwowały i nie awanturowały. Może się zmieniamy na lepsze ciut?
Po trzech godzinach stania w kolejce w kusym sweterku i cienkich porciętach oraz zjedzeniu jednej kanapki z grillowanym bekonem cel został osiągnięty. Niemożebnie zmęczona pani lotowska, która musiała zmierzyć się tego dnia z tłumem pochodzącym z co najmniej 3 odwołanych samolotów, wyczarowała lot do Colombo poprzez Dubaj dnia następnego wieczorem, czyli w sumie dzisiaj. Z maluśkim przystaneczkiem na Malediwach. Fly Emirates, jak ładnie, przecież ja lubię Emirates :) A pani w następnym okienku podarowała hotel oraz taksówkę tam i z powrotem. A w hotelu dali jeść, całkiem przyzwoite penne z pesto i suszonymi pomodorami szczodrze posypane orzeszkami pinii i gorącą herbatkę. I nawet mają tu internet! I wielkie łóżko z gładką pościelą nie z cory :)
Kolejna próba wylotu dziś o 17.25.
Aha. Ale żeby nie było, że nic nie latało wczoraj z WRO. Latały. Taniochy odlatywały bez problemów, Ryanair i Wizzair jakoś mogły. Phi.