My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Słówko o Tajlandii

Ponieważ to był pierwszy kraj, który odwiedziłam w swoich zamorskich podróżach i wciąż, mimo iż wielu travellersów uważa go za mocno skomercjalizowany, darzę go wielkim sentymentem. Pierwsza tak daleka podróż wzbudzała we mnie mnóstwo obaw, w noc przed wylotem miałam nawet chęć sprzedać bilet, bo owładnęła mnie myśl, że lecę gdzieś na koniec świata, i to trzeciego świata (tak wtedy myślałam), że nie mam noclegu, że wszyscy będą chcieli mnie oszukać, że na pewno na coś dziwacznego zachoruję…
Tydzień później było mi smutno, bo wiedziałam, że za jakieś parę tygodni muszę Tajlandię opuścić.
Jeśli tylko zapamiętasz jedną, najważniejszą rzecz, że w Tajlandii nie ma czegoś takiego jak BUDDA DAY, szybko odkryjesz, że największa zaletą tego kraju są jego ludzie. Oto przykłady:
1.Lotnisko w BKK, pół godziny po wylądowaniu. Stoimy na przystanku, podchodzi do nas dwóch uśmiechniętych Tajów. Ja się spinam, bo wyobraźnia i ugruntowane stereotypy podpowiadają, żeby nie ufać, bo pewnie chcą nas na coś naciągnąć, a na pewno oszukać. Chłopcy zapytują o cel podróży. Oczywiście Khao San Road ( to swoista komora dekompresyjna pomiędzy światem Zachodu i Wschodu, ale o tym kiedy indziej). Prowadzą więc za rękę na przystanek, pokazują w którym kierunku autobus ma odjechać, informują o cenie biletu, potem proponują odprowadzenie na inny przystanek, bo autobus stąd ma być dopiero za 45 min. Nie, nie, nie. Sprawdzone w przewodniku, stąd mamy odjechać. Dziękujemy za informację i.. już czekam na wyciągnięta rękę, i raczej nakaz niż prośbę o zapłatę za informację. Nic podobnego. Oni życzą udanego pobytu w Tajlandii. Uśmiechają się i odchodzą. Więc to tak, myślę sobie. Po prostu byli mili i nic ode mnie nie chcieli.
2.Stoję przy krawężniku jednej z baaardzo szerokich ulic Bangkoku. Chcę przejść na drugą stronę. Jestem blisko skrzyżowania, ale… o dziwo, nie ma tu świateł dla pieszych. Przede mną jakaś ośmiopasmówka, 4 potoki aut w jedną i 4 potoki aut w drugą stronę. Stoję i czekam, aż choć trochę zwolnią. Chyba nie ma na to najmniejszych szans. Podchodzi do mnie starsza pani. Na oko jakieś 80 lat. Mówi coś do mnie po tajsku, uśmiecha się, bierze mnie za rękę i nagle wchodzi na ulicę ciągnąc mnie za sobą. Samochody się zatrzymują, a ja drepcę za nią. Kiedy jesteśmy już po drugiej stronie uśmiecha się do mnie promiennie, gładzi mnie po twarzy i odchodzi. To już najwyższy czas, żeby zrewidować poglądy o ludziach z tego świata.
3.Kawiarnia w Krabi. Lądujemy tam po powrocie z Koh Lanta, razem z parą Niemców poznanych na pokładzie statku. Zaczyna padać deszcz. Nic to, przecież jest dach nad głową, jedzenie… Mijają dwie godziny. Wciąż pada i zaczyna się ściemniać. Kelnerka podchodzi i pyta, czy mamy nocleg. Kiedy słyszy negatywną odpowiedź biegnie do telefonu poszukać nam dachu nad głową na dzisiejszą noc. Co chwilę podbiega ze smutną miną i informacją, że nic fajnego nie znalazła. Proponuję, żeby zadzwoniła do guesthouse’u xxx (nazwy nie pamiętam), gdzie spaliśmy parę dni temu. Wraca po chwili z wiadomością, że są tam wolne miejsca, ale cena za nocleg okazuje się być dwa razy wyższa od tej, którą płaciliśmy poprzednim razem. Kelnerka oburzona odchodzi i dzwoni raz jeszcze. I już po chwili wraca z informacją, że cena będzie jak poprzednio. Ten guesthouse jest jakieś 500 metrów od knajpy, więc nie spieszymy się z odejściem. Deszcz pada coraz mocniej. Nasza kelnerka wychodzi na ulicę, nad głową trzyma gazetę i próbuje zatrzymać taksówkę. Krzyczymy do niej, że nie potrzeba! Ona chwyta za telefon i dzwoni do brata, ten przyjeżdża na motorze za jakieś 5 minut, a ona wysyła go na poszukiwanie wolnej taksówki. Za parę minut podjeżdża taxi. Kelnerka negocjuje cenę dla nas. Wychodzi jakieś 10 groszy od osoby. Niemcy chcą jej zwrócić pieniądze za telefony, które wykonała w naszej intencji. Ona się uśmiecha i mówi, że nie trzeba, że chce, żebyśmy się dobrze czuli w jej kraju…
4.Świątynia w Chiang Mai. Starszy pan podchodzi do mnie i pyta, skąd jestem. Poland – odpowiadam, silnie akcentując P, żeby nas z Holendrami nie pomylili. A on przez 15 minut opowiada mi, jak się cieszy, ze przyjechałam do jego kraju. Mówi perfekcyjnym angielskim, opowiada o historii Tajlandii, pytam, co wie o Polsce. „Good football”, ja patrzę osłupiała. G. mi podpowiada, że dawno temu wygraliśmy z Tajlandią jakieś 7:1. Uśmiecham się. Młoda dziewczynka podchodzi i pyta czy może ze mną porozmawiać po angielsku. Następuje zwyczajowa wymiana informacji, tak, pierwszy raz w Tajlandii, tak, bardzo mi się podoba, tak, zamierzam pojechać na południe. Jesteś z Polski? pyta dziewczyna. Tak. Och, tak jej przykro, że tyle wycierpieliśmy podczas wojny. Że kraj był tak zniszczony. Ona dużo czytała. O Warszawie, o Powstaniu Warszawskim. I że to fajnie, że nasz kraj się podźwignął, i że jesteśmy tutaj. I żebym jej opowiedziała jak wygląda śnieg.
5.A BUDDA DAY? Nie ma czegoś takiego. Jeśli ktoś Ci mówi, że świątynia jest zamknięta, bo akurat dziś jest Budda day – uśmiechnij się i odejdź. Po prostu chcą Ci zaoferować coś teoretycznie bardziej interesującego w zamian. Wizytę w zaprzyjaźnionym zakładzie krawieckim, sklepie jubilerskim, agencji turystycznej. Po prostu nie wierz w to. I nie wierz kierowcom tuk-tuk, że zawiozą Cię gdzie chcesz za 20 baht. Owszem, zawiozą ale najpewniej do zaprzyjaźnionego sklepu. Jeśli będziesz o tym pamiętać nie zawiedziesz się na Tajach.
O innych przymiotach kraju wkrótce