Zdrowie w podróży i przed
Tuesday, August 15, 2006 5:43:47 PM
Oczywiście najlepiej skontaktować się z lekarzem, specjalistą medycyny tropikalnej. Tak jest najlepiej. Ale co zrobić, jeśli takiego w twoim mieście nie ma, a tobie szkoda czasu/urlopu na wyjazd do Warszawy? Jest wyjście, ale podkreślam, że jest to mało ODPOWIEDZIALNE podejście. I go nie polecam absolutnie. Ja wiedzy na temat zagrożeń w regionie, który miałam/mam zamiar odwiedzić poszukuję na stronach internetowych, np. WHO, travelbit.pl, mdtravelhealth.com i w innych źródłach internetowych. I na podstawie uzyskanych danych podejmuję decyzję, czy wizyta u specjalisty jest dla mnie niezbędna. Większość szczepień zalecanych przez WHO można załatwić sobie w lokalnym Sanepidzie, a nad zastosowaniem profilaktyki antymalarycznej każdy sam powinien się długo zastanowić i przeczytać możliwie jak najwięcej informacji w internecie o możliwych skutkach ubocznych. Należy przy tym pamiętać, że żadne lekarstwa nie chronią w 100% przed malarią. Podkreślam, najlepiej skontaktować się ze specjalistą, bo wiele zależy od tego, do jakiego regionu kraju tropikalnego się wybierasz, a i tak pewnie lekarze by mnie ukrzyżowali za to, co tutaj wypisuję.
Jeśli już jedziesz do kraju, w którym zalecane jest używanie Lariamu, a w dodatku mieszkasz na południu Polski i chcesz ominąć długotrwałą procedurę sprowadzania leku na import docelowy, polecam wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, namówienie go na wypisanie recepty na odpowiednią ilość opakowań i wycieczkę do Czech, gdzie na polską receptę bez problemu, od ręki ten lek można kupić taniej niż w Polsce i bez czekania. Ja mam jeszcze jeden sposób, zupełnie nieoczekiwany. Przed planowanym wyjazdem do Indii poprosiłam G., aby będąc w Brukseli zapytał w aptece, czy może dostać kombinację „indyjskich” antymalaryków (paludrine i nivaquine [w Polsce arechin]). U nas paludrine sprowadza się na import docelowy, więc oczywiście trzeba mieć receptę. W brukselskiej aptece magister farmacji wiedziała, w czym rzecz i bez problemu sprzedała oba leki, dopytując się tylko o region i długość podróży. I dostałam dokładnie to, co chciałam, w oczekiwanej ilości. Bez recepty. I tanio. Teraz mamy już dostępny w Polsce Malarone. Taki nowy, fajny lek, bez stosu skutków ubocznych. Się nadaje tam, gdzie kiedyś Lariam, a nawet wszędzie. Byłoby cudnie, gdyby paczuszka (12 tabulek w opakowaniu) nie kosztowała 200 złotych. Na 3-4 tygodniowy wyjazd 600 nie Twoje
Zatem, co zabieram do mojej apteczki i … w sobie:
- szczepienia WZW A i B oraz aktualne szczepienie przeciw tężcowi, raz miałam szczepionkę na tyfus,
- leki przeciwbólowe,
- wodę utlenioną w tubce,
- aspirynę,
- antybiotyk o szerokim spektrum działania (ze świadomością, że użyję go tylko wtedy, jeśli będę mieć bardzo wysoką gorączkę, bardzo silne bóle, a do cywilizowanego lekarza nie uda mi się dotrzeć wcześniej, niż za 3 dni, jak na razie ani razu nie został użyty),
- Loperamid (Laremid albo Stoperan) i Smectę – na kłopoty żołądkowe,
- plastry, bandaże i kompresy z gazy wyjałowionej,
- altacet w żelu,
- tribiotic – maść w saszetkach z antybiotykiem na skaleczenia,
- comarol na ukąszenia krwiożerczych owadów,
- repelent (środek przeciwkomarowy) KONIECZNIE zawierający w składzie DEET (diethyl toluamide)w stężeniu co najmniej 20%, bo ten najskuteczniej odstrasza tropikalne komary, w ilości hurtowej, jakieś dwie flaszki na głowę przy 3-tygodniowym wyjeździe,
- termometr, choć linie lotnicze zabraniają (skąd mam wiedzieć, czy mam się przejmować temperaturą, czy to tylko lekki stan podgorączkowy?),
- tym, co mają skłonności do alergii polecam też jakiś lek antyhistaminowy i wapno.
I jeszcze:
- Tiffy Dey – można kupić w Tajlandii, lek który w 12 godzin postawił mnie na nogi i uleczył paskudne przeziębienie z katarem i gorączką,
- MoEyes – do kupienia w Malezji, fantastyczny na problemy z oczami spowodowane odmiennym klimatem i klimatyzacją.
A ponadto ZAWSZE biorę ze sobą:
- kawałek prześcieradła zszyty jak śpiwór, ale bez zamka, z dłuższą częścią pod głowę, doskonała rzecz w gorącym klimacie i w wątpliwych sanitarnie warunkach,
- żel do rąk do nabycia w sieci perfumerii Sephora, kiedyś nazywał się SOS żel, teraz Hands Up. Wystarczy dużą kroplę wycisnąć na ręce, rozsmarować i już łapki są zdezynfekowane. Zastępuje mycie rąk.
Kiedyś znajomy chłopak z Izraela rozwalił sobie paskudnie palec u nogi na podwodnych skałach. Marudził okrutnie, jak to mężczyzna, bał się dezynfekcji rany ‘zachodnimi’ środkami. Zaproponowałam mu wodę utlenioną, obiecałam, że nie będzie bolało. Był pod olbrzymim wrażeniem kuracji i opatrunku. Chwilę później jego dziewczyna, Marie ze Szwecji, zaczęła się uskarżać na bóle żołądka i spytała, czy mam może taki polski lek, który kiedyś uratował jej życie w Bułgarii, mianowicie węgiel. Miałam. I jakże miło było mi usłyszeć: WY POLACY MACIE ŚWIETNE LEKI.
Jeśli już jedziesz do kraju, w którym zalecane jest używanie Lariamu, a w dodatku mieszkasz na południu Polski i chcesz ominąć długotrwałą procedurę sprowadzania leku na import docelowy, polecam wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, namówienie go na wypisanie recepty na odpowiednią ilość opakowań i wycieczkę do Czech, gdzie na polską receptę bez problemu, od ręki ten lek można kupić taniej niż w Polsce i bez czekania. Ja mam jeszcze jeden sposób, zupełnie nieoczekiwany. Przed planowanym wyjazdem do Indii poprosiłam G., aby będąc w Brukseli zapytał w aptece, czy może dostać kombinację „indyjskich” antymalaryków (paludrine i nivaquine [w Polsce arechin]). U nas paludrine sprowadza się na import docelowy, więc oczywiście trzeba mieć receptę. W brukselskiej aptece magister farmacji wiedziała, w czym rzecz i bez problemu sprzedała oba leki, dopytując się tylko o region i długość podróży. I dostałam dokładnie to, co chciałam, w oczekiwanej ilości. Bez recepty. I tanio. Teraz mamy już dostępny w Polsce Malarone. Taki nowy, fajny lek, bez stosu skutków ubocznych. Się nadaje tam, gdzie kiedyś Lariam, a nawet wszędzie. Byłoby cudnie, gdyby paczuszka (12 tabulek w opakowaniu) nie kosztowała 200 złotych. Na 3-4 tygodniowy wyjazd 600 nie Twoje

Zatem, co zabieram do mojej apteczki i … w sobie:
- szczepienia WZW A i B oraz aktualne szczepienie przeciw tężcowi, raz miałam szczepionkę na tyfus,
- leki przeciwbólowe,
- wodę utlenioną w tubce,
- aspirynę,
- antybiotyk o szerokim spektrum działania (ze świadomością, że użyję go tylko wtedy, jeśli będę mieć bardzo wysoką gorączkę, bardzo silne bóle, a do cywilizowanego lekarza nie uda mi się dotrzeć wcześniej, niż za 3 dni, jak na razie ani razu nie został użyty),
- Loperamid (Laremid albo Stoperan) i Smectę – na kłopoty żołądkowe,
- plastry, bandaże i kompresy z gazy wyjałowionej,
- altacet w żelu,
- tribiotic – maść w saszetkach z antybiotykiem na skaleczenia,
- comarol na ukąszenia krwiożerczych owadów,
- repelent (środek przeciwkomarowy) KONIECZNIE zawierający w składzie DEET (diethyl toluamide)w stężeniu co najmniej 20%, bo ten najskuteczniej odstrasza tropikalne komary, w ilości hurtowej, jakieś dwie flaszki na głowę przy 3-tygodniowym wyjeździe,
- termometr, choć linie lotnicze zabraniają (skąd mam wiedzieć, czy mam się przejmować temperaturą, czy to tylko lekki stan podgorączkowy?),
- tym, co mają skłonności do alergii polecam też jakiś lek antyhistaminowy i wapno.
I jeszcze:
- Tiffy Dey – można kupić w Tajlandii, lek który w 12 godzin postawił mnie na nogi i uleczył paskudne przeziębienie z katarem i gorączką,
- MoEyes – do kupienia w Malezji, fantastyczny na problemy z oczami spowodowane odmiennym klimatem i klimatyzacją.
A ponadto ZAWSZE biorę ze sobą:
- kawałek prześcieradła zszyty jak śpiwór, ale bez zamka, z dłuższą częścią pod głowę, doskonała rzecz w gorącym klimacie i w wątpliwych sanitarnie warunkach,
- żel do rąk do nabycia w sieci perfumerii Sephora, kiedyś nazywał się SOS żel, teraz Hands Up. Wystarczy dużą kroplę wycisnąć na ręce, rozsmarować i już łapki są zdezynfekowane. Zastępuje mycie rąk.
Kiedyś znajomy chłopak z Izraela rozwalił sobie paskudnie palec u nogi na podwodnych skałach. Marudził okrutnie, jak to mężczyzna, bał się dezynfekcji rany ‘zachodnimi’ środkami. Zaproponowałam mu wodę utlenioną, obiecałam, że nie będzie bolało. Był pod olbrzymim wrażeniem kuracji i opatrunku. Chwilę później jego dziewczyna, Marie ze Szwecji, zaczęła się uskarżać na bóle żołądka i spytała, czy mam może taki polski lek, który kiedyś uratował jej życie w Bułgarii, mianowicie węgiel. Miałam. I jakże miło było mi usłyszeć: WY POLACY MACIE ŚWIETNE LEKI.












