Upał w Laosie
Tuesday, August 15, 2006 7:37:30 PM
Wydawało mi się, że po wielu wizytach w krajach tropikalnych upał nie jest już w stanie mnie niczym zaskoczyć. Przyzwyczaiłam się do tego, że przy dużej wilgotności powietrza trudno się oddycha, jakby w powietrzu było mniej tlenu (wszak oddychamy też skórą, spróbuj posmarować sobie usta tłustym kremem i zanurz na chwilę twarz w wodzie, zobaczysz jakie dziwne to uczucie). Że całe ciało w momencie wyjścia na powietrze w ciągu paru chwil pokrywa się cienką warstewką mieszanki wody i potu. Że nie ma sensu ciągłe zmienianie ubrania na świeże i suche, bo po paru minutach i tak wszystko staje się wilgotne i nieprzyjemnie zapocone. Jednak Laos przygotował dla mnie niespodziankę i na nowo kazał zdefiniować pojęcie GORĄCA.
Samolot z Bangkoku wylądował w Luang Prabang z dokładnością, co do minuty. To drugie pod względem wielkości miasto w Laosie, po stolicy Vientiane, ale pierwsze pod względem ciekawych rzeczy do zobaczenia. Wychodzimy i od razu wszyscy pasażerowie zauważają, że jest coś innego, nowego w tym laotańskim powietrzu. Coś bardzo obezwładniającego, krępującego ruchy. Coś, co paraliżuje nie tylko ciało, ale też i umysł. Upał. W Bangkoku było jakieś 35 stopni, a tutaj? Nie mogę uwierzyć patrząc na ludzi na płycie lotniska, może jestem zmęczona, ale wydaje mi się, że wszyscy poruszają się jakby w zwolnionym tempie. Mnie też wykonanie jakiegokolwiek ruchu zajmuje dużo więcej czasu, niż zwykle. Jakimś cudem docieram do budynku lotniska, wymieniam walutę, niepotrzebnie, wszędzie można płacić dolarami. Dostaję plik banknotów, który nie zmieści się w żadnym portfelu świata. Wychodzę przed budynek i w sekundzie rezygnuję z planu dojścia na piechotę do upatrzonego guesthouse’u. To tylko dwa kilometry, ale wiem, że nie dam rady. Przejście 100 metrów wyczerpuje jakieś 90% moich sił. Jak to możliwe? Przecież to tylko upał. Z zadowoleniem stwierdzam, że nikt z pasażerów mojego lotu nie zdecydował się na spacer. Zatem taksówka. Przez resztę dnia umieram w pokoju.
Następnego dnia trzeba rozpocząć zwiedzanie. Po raz pierwszy myślę sobie właśnie w ten sposób: TRZEBA. Bo jakoś nie mam ochoty. Upał nie zelżał. Moja laotańska gospodyni wachluje się z zapałem i mówi, że jest bardzo gorąco. Jej jest gorąco? Jak to? Ale przede mną masa pięknych świątyń… Pomiędzy jedną a drugą wypijam buteleczkę wody. I tak ciągnę się od świątyni do świątyni. Są piękne, ciche, zaczarowane. Niektóre zrujnowane, inne całkiem niedawno odnowione. Kolorowe, z kawałkami lusterek tworzących śliczne mozaiki na ścianach. Mało turystów. W świątyniach upał tak nie przeszkadza. Młodzi mnisi nieśmiało proponują rozmowę. Dopadam do głównej ulicy i szukam kafejki dla ochłody. Wyłączają prąd, zjawisko dosyć częste w Laosie. Wtedy wszyscy biegną do kafejek, restauracji i barów, żeby na zapas napić się zimnej wody z lodem. Bo nie wiadomo, jak długo prądu nie będzie, może do końca dnia? Może to ostatni zimny napój tego dnia? A upał przysparza Laotańczykom dochodów, bo każdy, kto przespacerował się choć chwilę w tym upale po wejściu do lokalu serwującego napoje zachowuje się identycznie: najpierw zamawia litr zimnej wody – tylko po to, żeby go w siebie wlać, nie czując smaku, chłodu, orzeźwienia. Litr, nie przesadzam. Dopiero po wyrównaniu poziomu płynów w organizmie zamawia się coś DO PICIA, czego smak się czuje. I tak siedzą wszyscy, czekając na ponowne uruchomienie wiatraków. Upał. Potworny upał.
Mimo doskwierającego upału wiem jedno. Laos to miejsce, gdzie chciałabym się zestarzeć. Najmilsi ludzie, pozdrawiający na każdym kroku z promiennym, szczerym uśmiechem na twarzy sabadee.
To miejsce, gdzie mieszka święty spokój.
Samolot z Bangkoku wylądował w Luang Prabang z dokładnością, co do minuty. To drugie pod względem wielkości miasto w Laosie, po stolicy Vientiane, ale pierwsze pod względem ciekawych rzeczy do zobaczenia. Wychodzimy i od razu wszyscy pasażerowie zauważają, że jest coś innego, nowego w tym laotańskim powietrzu. Coś bardzo obezwładniającego, krępującego ruchy. Coś, co paraliżuje nie tylko ciało, ale też i umysł. Upał. W Bangkoku było jakieś 35 stopni, a tutaj? Nie mogę uwierzyć patrząc na ludzi na płycie lotniska, może jestem zmęczona, ale wydaje mi się, że wszyscy poruszają się jakby w zwolnionym tempie. Mnie też wykonanie jakiegokolwiek ruchu zajmuje dużo więcej czasu, niż zwykle. Jakimś cudem docieram do budynku lotniska, wymieniam walutę, niepotrzebnie, wszędzie można płacić dolarami. Dostaję plik banknotów, który nie zmieści się w żadnym portfelu świata. Wychodzę przed budynek i w sekundzie rezygnuję z planu dojścia na piechotę do upatrzonego guesthouse’u. To tylko dwa kilometry, ale wiem, że nie dam rady. Przejście 100 metrów wyczerpuje jakieś 90% moich sił. Jak to możliwe? Przecież to tylko upał. Z zadowoleniem stwierdzam, że nikt z pasażerów mojego lotu nie zdecydował się na spacer. Zatem taksówka. Przez resztę dnia umieram w pokoju.
Następnego dnia trzeba rozpocząć zwiedzanie. Po raz pierwszy myślę sobie właśnie w ten sposób: TRZEBA. Bo jakoś nie mam ochoty. Upał nie zelżał. Moja laotańska gospodyni wachluje się z zapałem i mówi, że jest bardzo gorąco. Jej jest gorąco? Jak to? Ale przede mną masa pięknych świątyń… Pomiędzy jedną a drugą wypijam buteleczkę wody. I tak ciągnę się od świątyni do świątyni. Są piękne, ciche, zaczarowane. Niektóre zrujnowane, inne całkiem niedawno odnowione. Kolorowe, z kawałkami lusterek tworzących śliczne mozaiki na ścianach. Mało turystów. W świątyniach upał tak nie przeszkadza. Młodzi mnisi nieśmiało proponują rozmowę. Dopadam do głównej ulicy i szukam kafejki dla ochłody. Wyłączają prąd, zjawisko dosyć częste w Laosie. Wtedy wszyscy biegną do kafejek, restauracji i barów, żeby na zapas napić się zimnej wody z lodem. Bo nie wiadomo, jak długo prądu nie będzie, może do końca dnia? Może to ostatni zimny napój tego dnia? A upał przysparza Laotańczykom dochodów, bo każdy, kto przespacerował się choć chwilę w tym upale po wejściu do lokalu serwującego napoje zachowuje się identycznie: najpierw zamawia litr zimnej wody – tylko po to, żeby go w siebie wlać, nie czując smaku, chłodu, orzeźwienia. Litr, nie przesadzam. Dopiero po wyrównaniu poziomu płynów w organizmie zamawia się coś DO PICIA, czego smak się czuje. I tak siedzą wszyscy, czekając na ponowne uruchomienie wiatraków. Upał. Potworny upał.
Mimo doskwierającego upału wiem jedno. Laos to miejsce, gdzie chciałabym się zestarzeć. Najmilsi ludzie, pozdrawiający na każdym kroku z promiennym, szczerym uśmiechem na twarzy sabadee.
To miejsce, gdzie mieszka święty spokój.












