Dzień Leniwca
Tuesday, August 22, 2006 9:19:43 PM
Nie jest ważne to, czy bardziej lubisz leżenie na plaży czy wolisz oglądanie, poznawanie i smakowanie nowych miejsc. Od czasu do czasu Dzień Leniwca Ci się należy. Ja proponuję taki scenariusz (całkiem realny, wypróbowany na sobie):
Miejsce - gdzieś na plaży w Tajlandii, żaden hotel, raczej domek, bungalow. Budzisz się rano i po wyjściu z pokoju widzisz, słyszysz morze. Plaża jest jak z najbardziej kiczowatych folderów turystycznych, biały piasek, morze w kolorze niewystępującym w europejskich szerokościach geograficznych a do tego jeszcze palma, która pochyla się nad wodą. Śniadanie w lokalnym barze czy garkuchni, do wyboru – europejskie, amerykańskie bądź lokalne. Po śniadaniu plaża, obowiązkowo w cieniu, najlepiej z książką. Na słońcu nie da się wytrzymać dłużej niż 20 minut, a i tak opalenizna jest trwalsza i mocniejsza niż dwutygodniowa europejska. Książka jednak może znużyć i wtedy albo spacerek albo jakaś aktywność, np.: snorkeling, koniecznie w koszulce. Ja nie umiem pływać, a w wodzie leżałam dobrą godzinę nie zważając na to, że dawno powinnam iść na dno/utopić się. Nagrodą za odwagę (bądź beztroskę) były m.in. rybki z gatunku NEMO, które przepłynęły mi przed nosem. W końcu trzeba jednak kiedyś wyjść z wody i może coś przekąsić, jakiś lunch w kafejce niedaleko, albo przysmak sprzedawany przez kursujących po plaży roznosicieli satay’ów, pieczonych kolb kukurydzy i innych lokalnych specjałów. Po plażowaniu prysznic w domku i rozkoszne nicnierobienie. Kiedy słońce z poziomu nad twoją głową opuszcza się na wysokość oczu trzeba znowu wyjść na plażę. I koniecznie skorzystać z usług salonu masażu. W cieniu palm leżą materace, przy których czekają mniej lub bardziej wprawni w swoim fachu specjaliści od tajskiego masażu. Zaręczam, że nawet masaż wykonany rękami tych mniej wprawnych może wprowadzić człowieka w błogostan, będący fantastyczną mieszaniną zmęczenia, zrelaksowania i uspokojenia. (Z tajskim masażem jako takim nie wiążą się żadne podteksty erotyczne, kobietom nigdy nie wykonują masażu mężczyźni, ja się przynajmniej z tym nie spotkałam, a takiego prawdziwego najlepiej zakosztować w Wat Pho w Bangkoku, który jest przede wszystkim świątynią, ale też centrum kultywowania tradycji tajskiego masażu i jego najstarszą szkołą). Do masażu można sobie zażyczyć również zabiegi kosmetyczne. Po godzinnym relaksie najlepiej przez chwilę nie robić nic i rozkoszować się błogostanem. A potem coś zjeść. Na plaży, w miejscach, gdzie wcześniej gęsto było od leżaków wyrastają stoliki z krzesełkami i obowiązkowe lady obłożone lodem, które uginają się od bogactwa morskich głębin. Stolik można ustawić tak, że wybrany posiłek zjada się mocząc nogi w ciepłym morzu. Butelka wina. Albo piwo. A to jeszcze nie koniec dnia. Stoliki znikają, kiedy przychodzi noc, a ich miejsca zajmują bambusowe maty z trójkątnymi poduchami. Czasami obok stoi stolik z lampką naftową. Leżysz. Patrzysz w gwiazdy. Sączysz drinka albo sok z owoców. Morze. Szum i cisza. Raj.
Miejsce - gdzieś na plaży w Tajlandii, żaden hotel, raczej domek, bungalow. Budzisz się rano i po wyjściu z pokoju widzisz, słyszysz morze. Plaża jest jak z najbardziej kiczowatych folderów turystycznych, biały piasek, morze w kolorze niewystępującym w europejskich szerokościach geograficznych a do tego jeszcze palma, która pochyla się nad wodą. Śniadanie w lokalnym barze czy garkuchni, do wyboru – europejskie, amerykańskie bądź lokalne. Po śniadaniu plaża, obowiązkowo w cieniu, najlepiej z książką. Na słońcu nie da się wytrzymać dłużej niż 20 minut, a i tak opalenizna jest trwalsza i mocniejsza niż dwutygodniowa europejska. Książka jednak może znużyć i wtedy albo spacerek albo jakaś aktywność, np.: snorkeling, koniecznie w koszulce. Ja nie umiem pływać, a w wodzie leżałam dobrą godzinę nie zważając na to, że dawno powinnam iść na dno/utopić się. Nagrodą za odwagę (bądź beztroskę) były m.in. rybki z gatunku NEMO, które przepłynęły mi przed nosem. W końcu trzeba jednak kiedyś wyjść z wody i może coś przekąsić, jakiś lunch w kafejce niedaleko, albo przysmak sprzedawany przez kursujących po plaży roznosicieli satay’ów, pieczonych kolb kukurydzy i innych lokalnych specjałów. Po plażowaniu prysznic w domku i rozkoszne nicnierobienie. Kiedy słońce z poziomu nad twoją głową opuszcza się na wysokość oczu trzeba znowu wyjść na plażę. I koniecznie skorzystać z usług salonu masażu. W cieniu palm leżą materace, przy których czekają mniej lub bardziej wprawni w swoim fachu specjaliści od tajskiego masażu. Zaręczam, że nawet masaż wykonany rękami tych mniej wprawnych może wprowadzić człowieka w błogostan, będący fantastyczną mieszaniną zmęczenia, zrelaksowania i uspokojenia. (Z tajskim masażem jako takim nie wiążą się żadne podteksty erotyczne, kobietom nigdy nie wykonują masażu mężczyźni, ja się przynajmniej z tym nie spotkałam, a takiego prawdziwego najlepiej zakosztować w Wat Pho w Bangkoku, który jest przede wszystkim świątynią, ale też centrum kultywowania tradycji tajskiego masażu i jego najstarszą szkołą). Do masażu można sobie zażyczyć również zabiegi kosmetyczne. Po godzinnym relaksie najlepiej przez chwilę nie robić nic i rozkoszować się błogostanem. A potem coś zjeść. Na plaży, w miejscach, gdzie wcześniej gęsto było od leżaków wyrastają stoliki z krzesełkami i obowiązkowe lady obłożone lodem, które uginają się od bogactwa morskich głębin. Stolik można ustawić tak, że wybrany posiłek zjada się mocząc nogi w ciepłym morzu. Butelka wina. Albo piwo. A to jeszcze nie koniec dnia. Stoliki znikają, kiedy przychodzi noc, a ich miejsca zajmują bambusowe maty z trójkątnymi poduchami. Czasami obok stoi stolik z lampką naftową. Leżysz. Patrzysz w gwiazdy. Sączysz drinka albo sok z owoców. Morze. Szum i cisza. Raj.












