My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Noc na pustyni

,

Maroko było przypadkowe. Bez wcześniejszych planów i wybierania miejsc wartych zobaczenia przyjechałam do kraju, który kojarzył mi się przede wszystkim z „Casablanką”, cesarskimi miastami, sardynkami w puszcze i jakimś mglistym wspomnieniem programu podróżniczego o placu Jemma El’Fna w Marrakeszu. Fakt, że to kraj afrykański nie od razu przywoływał skojarzenia pustynne. To znaczy piaszczysto-pustynne. Ale też marokański erg to ledwie jedna olbrzymia ruchoma wydma, blado wypadająca pod względem rozmiaru przy algierskich sąsiadkach.
Pora dnia, o której dotarłam do Merzugi, była idealna. Jeszcze nie zmierzch, wciąż gorąco, ale słońce już rozpoczęło malowanie wydm ciepłymi barwami. Pomysł spędzenia nocy na pustyni w namiocie nomadów z początku krępował mnie swoja kiczowatością. Ostatecznie przekonał mnie kompletny brak turystów (marzec) i uśmiechnięci Tuaregowie prowadzący hotelik.
Miło mi się robi, kiedy jeden z nich przestrzega, żeby Madame ciepło się ubrała. Pytają, co chcemy na kolację. Wszystko jedno, bo to i tak na pewno będzie albo tażin albo kuskus. Płacę za wielbłądy i opiekę przewodnika, który ma być, jak się później okaże, również naszym kucharzem i opiekunem. Gospodarze patrzą na mnie z uznaniem i pytają, czy w naszym kraju zawsze kobieta płaci za mężczyznę. Ze śmiechem odpowiadam, że na szczęście nie. Na koniec informują, że jak nam się spodoba, to możemy iść tą naszą małą karawaną aż do Timbuktu. A ile dni idzie się do Timbuktu? pytam. 54, pada odpowiedź. Ruszamy zatem do oazy. Wydmy to cały spektakl barw. Pomarańczowe, różowe, czerwone a potem ciemnoczerwone. I nagle gasną, stają się szare. Dwie godziny idziemy w ciemnej ciszy, oświetlanej blaskiem księżyca. Nikt nic nie mówi, słychać tylko oddechy wielbłądów. Wreszcie oaza. Zupełnie nie taka, jak można sobie ją wyobrazić opierając się o wiedzę z filmów. Kilka namiotów z tkaniny utkanej z wielbłądziej sierści, kilka palm i dziura w ziemi zakryta plastikowym kubłem. Woda. Przewodnik gotuje, a ja siedzę na materacu i patrzę w gwiazdy. Gdzieś niedaleko stoją namioty prawdziwych nomadów, słychać granie na bębnach i… pianie koguta. Pewnie jest z innej strefy czasowej.
Nasz przewodnik to stary, wysuszony człowiek. Nie możemy się z nim porozumieć, tylko trochę zna francuski, którego my nie znamy wcale. Jeśli się odzywa, to mówi tylko szeptem. I często się uśmiecha, a ja mam wrażenie, że do mnie bardziej. Może zauważył jakąś nikłą nić porozumienia, kiedy wytężam umysł, żeby jego francuskie słowa przełożyć na mój szczątkowy włoski. Przynosi posiłek, którym oczywiście jest tażin. Z kurczaka. (Na początku wizyty w Maroku odwiesiłam mój wegetarianizm na kołku, dopiero parę dni przed wyjazdem przypomniałam sobie, że „bez mięsa” to po francusku sans viande. Gestem ręki i uśmiechem zapraszam, żeby zjadł z nami. Chyba sprawia mu to przyjemność, chwilę się kryguje, pokazując na swój namiot, że tam ma jedzenie. Przez cały posiłek wybiera najlepsze kawałki kurczaka chwytając je w kawałki marokańskiego chleba i kładzie je przede mną. Jest mi niezmiernie miło, bo nie takiego traktowania kobiety spodziewałam się. Później w przewodniku przeczytałam, że w Maroku żyją berberyjskie plemiona wyznające islam, w których panuje matriarchat. Kostnieję z zimna i śmieję się, bo jeden z wielbłądów zaparkowanych przed namiotem cierpi na niestrawność i zachowuje się przy tym jak najbardziej nieokrzesany człowiek
Po kolacji nasz opiekun, którego już zaczęłam darzyć szacunkiem, nie tylko przez wzgląd na jego wiek, rozpoczyna proces ścielenia miejsca do spania w namiocie. Wygładza każdą fałdkę, co trwa całą wieczność. Czuję się bardzo skrępowana tym, że człowiek który mógłby być moim dziadkiem, usługuje mi. Oferuję pomoc, ale on ją odrzuca. Przed pójściem spać wypijam herbatę z miętą, tzw. morrocan whisky, od której jestem już uzależniona. Dobrze mi robi, bo jest piekielnie zimno. Cudem rozumiem, że nasz Tuareg obudzi nas na wschód słońca. Zasypiam w turbanie, którym zostałam obwiązana jeszcze przed podróżą do oazy.
Rano słyszę cichutki szept, który rozpoznaję jako wezwanie do wstania. Przekładam francuski na włoski i już wiem, że to wchód słońca, choć włoskie tramonto bardziej kojarzy mi się z zachodem. Mój dziadzio cieszy się, że szybko wstałam, pokazuje mi, jak najszybciej wdrapać się na najwyższą w okolicy wydmę. Paru ludzi już tam jest. Uśmiecham się do nich, gramoląc się zwolna, żeby jak najwięcej zobaczyć. I znowu kolory.
Wracamy. Piasek dookoła nas jest jasnożółty, a czasami nawet biały. To niemożliwe, że może mieć tak różne kolory. Jeszcze wczoraj wieczorem był ciemnoczerwony. Żegnam się z moim dziadziem i cieszę się tym, że wydaje mi się, że patrzy na mnie tak, jak mój nieżyjący dziadek.