My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Mój aparat Olympus C5060

Bardzo lubię mój aparat fotograficzny, choćby dlatego, że umie robić ładne zdjęcia i to nie wymagając specjalnego zaangażowania z mojej strony. I chociaż cykl jego życia wedle marketingowych standardów znajduje się w fazie schyłkowej, to niechętnie myślę o jego wymianie na nowszy model. Bo on też mnie lubi. Udowodnił to już dwukrotnie.
Laos. W kafejce internetowej dopełniam obowiązku powiadomienia znajomych, że wciąż jeszcze żyję, że bandyci nas nie napadli i że bardzo mi się tutaj podoba. Przeglądam polskie gazety w necie i czekam, aż G. skończy swoją prasówkę, potem głód goni nas do indyjskiej restauracyjki na kolację. Spacer po nocnym targu i docieramy do guesthouse’u. Jeszcze piwo na tarasie, które tylko wzmaga moją senność. Idę spać. Ale. Coś mi nie gra. Podświadomie słyszę mantrę powtarzaną przez wszystkich kierowców autobusów, busów i innych środków komunikacji: check your belongings! Sprawdzam. Nie mam aparatu!!! Co więcej, w pokrowcu aparatu noszę portfel, pieniądze, paszport… Schodzę na taras, gdzie G. czeka na nocną transmisję meczu mistrzostw Europy w piłce kopanej. Tu też nie ma. Robi mi się słabo, bo aparat kupiony zaledwie miesiąc wcześniej, pieniądze, wyrabianie paszportu, wizy… G. powolnym krokiem udaje się na poszukiwania, a parę miejsc do odwiedzenia ma. Ja powoli godzę się ze stratą, tyle miejsc odwiedziłam tego dnia. G. wraca po 20 minutach. Z czy bez? Nie mogę dostrzec. Z! Zostawiłam aparat w kafejce internetowej. Sympatyczny właściciel zauważył, że jakaś gapa zostawiła cenną rzecz, więc się nią zaopiekował i od razu wydał zgubę. Aparat wrócił do mnie.
Włochy. Kilka miesięcy później. Ciemna noc. Budzę się, ponieważ coś każe mi się obudzić. Mam dziwne, niejasne wrażenie, że ktoś był w pokoju. Po omacku błąkam się po pokoju obijając się o sprzęty. Nikogo obcego nie ma, coś mi się pewnie wydawało. Ale sprawdzam na wszelki wypadek belongings. Mój portfel w sejfie, komórka też. Szukam portfela G. Po omacku plądruję kieszenie, ale portfela nie ma. Komórki też. Budzę G. i pytam, gdzie jego portfel, a on stwierdza, że środek nocy to nie jest odpowiednia pora na zakupy. W półśnie każe mi przeszukać spodnie. Ale spodni też nie ma. Brak portek go otrzeźwił, wstaje i zaczyna szukać. Nie ma. Wciąż nie zapalamy światła. Portfel się odnalazł. Na balkonie, wybebeszony, ale z paszportem i kartami kredytowymi. Chociaż tyle. W końcu zapalamy światło. Jestem zła na siebie, że nie zamknęłam drzwi balkonowych, nie pomyślałam, nie przewidziałam, że ktoś może się wdrapać na pierwsze piętro i splądrować pokój. I cieszę się, że nie obudziłam się wcześniej, kiedy złodzieje byli w pokoju. Kto wie, jaka byłaby ich reakcja? Po śniadaniu telefonujemy do firmy, żeby zablokowali komórkę G. I do moich rodziców, bo zniknęły też klucze do mojego mieszkania. To już duża przesada, ale tato na wszelki wypadek zlecił wymianę zamków w drzwiach. I kiedy zastanawiamy się nad tym, co zrobić jeszcze, ja nagle zauważam brak aparatu. O nie… Tak go lubię. I tyle rat jeszcze do spłacenia. G. idzie do patrone, opiekuna apartamentowca. Ten ostatni jest lekko zmieszany, więc G. idzie na policję, zgłosić kradzież. Trzymają go w komisariacie 2 godziny. A ja czekam. Wraca. Z czy bez? Znowu z! To najdziwniejsza kradzież, o jakiej słyszałam. Po dwóch godzinach oczekiwania i kilku zaprezentowanych komórkach G. został zaproszony do pokoju, w którym pan policjant poinformował go, że aparat się odnalazł… na ulicy. Bilans: Odzyskany aparat bez kart pamięci, odzyskana komórka bez karty SIM (?Czemu nie na odwrót?), brak pieniędzy i… brak spodni. Pantaolni. Ale. Najważniejsze jest to, że aparat do mnie wrócił. Po raz drugi. Lubi mnie. I jak tu zmienić go na coś lepszego?