My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Kambodża. Miny i dzieci.

Myślę, że znakomita większość turystów decydujących się na wyjazd do Kambodży jedzie tam głównie motywowana chęcią zobaczenia Angkor Wat. I bardzo dobrze, bo Angkor Wat jest wart zobaczenia, nawet jeśli poświęci się mu tylko 1 dzień. Chociaż nie umiem sobie wyobrazić, że można temu miejscu poświęcić tak mało czasu, to z drugiej strony zdaję też sobie sprawę z tego, że przy nawet tak krótkiej wizycie, żaden turysta nie może przejść obojętnie obok tego, GDZIE Angkor się znajduje. GDZIE nie tylko oznacza przestrzeń, krajobraz, miejsce, ale też ludzi, system społeczny, mieszkańców kraju. I konia z rzędem temu, kto nad tym GDZIE potrafi przejść obojętnie, zamknąć oczy i skupić się tylko na pięknie świątyń. Mnie się to nie udało.
Kambodża szczyci się mało zaszczytnym tytułem najbardziej zaminowanego kraju na świecie. Czerwoni Khmerzy odeszli już w niepamięć zachodniej części świata, jednak to co pozostawili w ziemi wciąż zabija ludzi. Miesięcznie od min ginie w Kambodży ok. 40 ludzi. Wielu w wyniku wybuchu min traci ręce lub nogi. To nie są ludzie żądni przygód, szukający wątpliwych profitów ze sprzedaży turystom pozostałości reżimu, oni chcą uprawiać ziemię, wyżywić rodzinę. A tak się nieszczęśliwie składa, że to właśnie pola uprawne i okolice dróg są najgęściej zaminowane. Przestrogi z przewodników, żeby nie schodzić z wytyczonych ścieżek, nie są pisane na wyrost. Ale na tych wytyczonych ścieżkach łatwo można spotkać LAND MINE VICTIMS. W kraju, gdzie nie istnieje system opieki społecznej, ofiarom min nie pozostaje nic innego, jak żebranie. I, co najstraszniejsze, można obok nich przejść obojętnie. Wręcz trzeba, bo jest ich tylu, że nawet turystom z najzasobniejszym portfelem i najbardziej miękkim sercem nie uda się kupić spokojnego snu, nagrody za podzielenie się bogactwem z potrzebującymi. Tylu ich jest…Sumienie można zagłuszyć w wesoły sposób, np. kupując koszulkę z trupią czaszką i napisem uwaga! miny!, albo strzelając z kałasznikowa (rozrywka za 1 USD) i mieć nadzieję, że ktoś z tych przedsiębiorczych Kambodżan oferujących skrojoną na miarę zachodniej kultury zabawę utrzymuje z zysków ze swej działalności choćby jednego kalekiego. Ja przeszłam obojętnie obok wielu okaleczonych. Trudniej było mi przejść obok dzieci.
Małoletni zarabiający to potężna gałąź gospodarki Kambodży. Są wszędzie. W miastach, wioskach, blisko zabytków. Sprzedają. Książki, kwiaty, pamiątki a czasami siebie. Naiwnością wielką jest sądzić, że sprzedają dla siebie. Gdzieś za rogiem zwykle czyha ich mocodawca, który odbiera codzienny urobek. Daje im pracę i pewnie jakieś grosze, ale zabiera możliwość chodzenia do szkoły. Ta, choć teoretycznie bezpłatna, jest niedostępna dla wielu kambodżańskich dzieci. Bo podręczniki za drogie, bo do szkoły trzeba jeździć autobusem. Dzieci uczą się więc życia na ulicy. Mówią bardzo dobrze po angielsku i chyba w równie dobrym stopniu po japońsku, bo z łatwością prowadzą negocjacje z turystami z kraju kwitnącej wiśni.
Dzieci. Są słodkie, miłe, smutne. Śliczne czarne oczy wlepiają w człowieka, a w tych oczach widać nadzieję, że być może okażesz się najlepszym klientem tego dnia. Ale ja nie chcę nic kupić. To nic, weź tę bransoletkę ode mnie, to będzie pamiątka z mojego kraju. Zapamiętasz mnie, może kiedyś wrócisz i kupisz coś ode mnie. A może przyjdziesz jutro? Wiem, że to doskonale wyćwiczone chwyty na turystów. Ja jednak nie potrafię się im oprzeć. Wśród czeredy dzieciaków wyszukuję takie podobne do mnie, bardziej nieśmiałe, które nie potrafią rozpychać się łokciami i kłębią się gdzieś na końcu stawki. Takie, które nie mają szans zarobić. Rozmawiam, pytam o szkołę. Chodzą, czasami chodzą, jak turystów mało. Kupuję trzcinowe bransoletki, które okażą się przebojem w Polsce. Jeden dolar. Innym razem posążek Ganeśa albo Buddy, ten ostatni zawsze mieszka w mojej torebce. Robię zdjęcie dziewczynce, od której kupiłam mikro posążek Ganeśa. Już w chwili naciśnięcia spustu migawki nienawidzę siebie, za to zdjęcie. Że chciałam je zrobić, że jednym gestem, przyciśnięciem palca wytyczyłam granicę pomiędzy mną z lepszego świata i nią, która bardzo chciałaby żyć inaczej, a jest tylko sprzedawcą i figurką pozującą do zdjęcia.