My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Nie samą Azją człowiek żyje… Whisky w Szkocji.

Zanim nastała Azja była Polska, a potem Europa. A w Europie na przykład Szkocja. Kraj baranków, włochatych kasztanowowłosych szkockich krów z grzywką, paskudnego jedzenia, zadziwiająco dobrej pogody, zamków, klanów, whisky, ostu, pięknych Highlands i nie mniej urodziwych Lowlands. A także niezwykle przyjaznych ludzi, którzy nie wiedzieć czemu, uznają Polskę za bratni kraj.
Żadna z wizyt w Szkocji nie może odbyć się bez odwiedzenia jednej z wielu destylarni whisky. Nietrudno na nie trafić. Najwięcej znajduje się chyba w okolicy rzeki Spey. I choć nie jestem fanem żadnych trunków powyżej 12% zawartości alkoholu, to właśnie przy okazji jednej z kilku wizyt w wytwórni „rudej wody na myszach” zrozumiałam, dlaczego Szkoci wymyślili taki trunek. Destylarnie zwiedza się samemu bądź z przewodnikiem, a na końcu każdej wycieczki na gości czeka a dram, darmowa szklaneczka bursztynowego płynu lokalnej produkcji. Zwiedzałam Dallas Dhu Distillery, nieczynną już, ale za to oferującą możliwość swobodnego poruszania się po wytwórni. Dzień był paskudny, wręcz parszywy – zimno, siąpiący deszczyk zmieniający się w ulewę. Skakałam pomiędzy budynkami, omijając strugi deszczu i uczyłam się procesu produkcyjnego. Nie udało mi się uniknąć kompletnego przemoczenia. I właśnie na końcu wędrówki zostałam poczęstowana a dram. Choć zwykle taki trunek nie przechodzi mi przez gardło, to tego dnia zrozumiałam genezę i sens jego powstania. Siedząc przy kominku, zmarznięta, sączyłam napój, który pewnie od zarania dziejów miał służyć temu, czemu i mnie posłużył. Niebiańsko rozgrzewał, rozlewając się przyjemnym ciepłem po całym ciele, sięgając najbardziej zmarzniętych końcówek organizmu. Szkoci musieli wymyśleć coś, co choć trochę zniwelowałoby wpływ nieprzyjemnej aury na ich życie. I wymyślili whisky. I chwała im za to i za wszystkie single malt, które wymyślili!

Oprócz tego w Szkocji koniecznie trzeba zobaczyć:
Więzienie w St. Andrews – korci mnie, żeby napisać, na czym polega zabawa, ale wtedy nie byłoby niespodzianki. Może kiedyś się skuszę i napiszę…
Highland Games, a szczególnie polecam tossing the caber (rzucanie pala), Tug of War (jeśli możesz sobie to wyobrazić, to istnieją na świecie drużyny trenujące przeciąganie liny i bardzo mocno angażujące się w grę),
Wyspę Skye i inne, w miarę możliwości,
Co najmniej dziesięć zamków, niektóre nawet z przewodnikiem, żeby poczuć specyficzne poczucie humoru Szkotów, którzy programowo nienawidzą Anglików i wskazując im pomnik Williama Wallace mówią: informacja dla mniej rozgarniętych i Anglików – to jest pomnik Mela Gibsona.
Lokalną drogę w Highlands, która w swej szerokości pomieści tylko jeden samochód i jest wyprofilowana jak tor rollercoaster’a, a nadto poprzedzielana jest często cattle grid, która uniemożliwia parzystokopytnym przechodzenie na drugą jej stronę,
Zawody w strzyżeniu owiec,
Edynburg,
Dudziarzy grających gdziekolwiek,
Muzeum Mackintosh’a w Glasgow,
Miejscowy pub, gdzie spotykają się fishermeni, najlepiej podczas transmisji meczu reprezentacji Anglii, której ze 100% pewnością ci wyżej wymienieni nie będą kibicować,
Lokalną wędzarnię pstrągów i łososi, a zaraz potem lokalnego wytwórcę serów,
Hm… mogę tak jeszcze długo…