My Opera is closing 3rd of March

"The world is like a book, one who doesn't travel reads only one page"

zapiski po podróżach

Subscribe to RSS feed

Angkor

Angkor to bezsprzecznie jedna z największych atrakcji Azji Południowo-Wschodniej. Miejsce, które nie tylko trzeba zobaczyć, ale przede wszystkim warto zobaczyć. Bo być w Kambodży i nie widzieć Angkor, to jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffel’a albo jak być w Egipcie i nie widzieć piramid. Albo być w Szkocji i nie skosztować haggis. Tyle, że często tak się dzieje z lansowanymi bądź rozpoznawalnymi atrakcjami, że w rzeczywistości rozczarowują, bo są mniejsze, mniej kolorowe, jakieś takie wciśnięte w otoczenie. O Angkorze absolutnie nie da się tego powiedzieć.
Świątynie Angkor można zwiedzać na wiele sposobów, w wersji jedno-, trzy-, albo siedmiodniowej. Na takie okresy wykupuje się bilety wstępu. Można też zostać na dłużej. Ja wybrałam wariant trzydniowy, wcale niewystarczający.
I tu przechodzę do sedna sprawy. Nie umiem opisać Angkoru. Pamiętam obrazy, kształty, cienie. Dżunglę wrastającą w mury plątaniną lian i korzeni. Kiszone ogórki sprzedawane przed jedną ze świątyń. Niepotrzebny tłum ludzi w niektórych miejscach. Pamiętam niesamowity hałas dżungli otaczającej Angkor Wat podczas podróży z Siem Reap przed świtem, który przypominał strojenie instrumentów przed koncertem orkiestry w filharmonii. Uśmiech i święty spokój na twarzach bóstw w Bayon. I niesamowicie strome schody w Angkor Wat, po których naprawdę bałam się zejść, a w końcu zeszłam jak inni turyści twarzą do schodów. Różowe kamienie Banteay Srei, gdzie po raz czwarty spotkaliśmy sympatycznych Norwegów, o których otarliśmy się w Tajlandii i Laosie [you again!]. Pamiętam nawoływania dzieci zachęcające do zakupu pamiątek, stamtąd mam Ganeśa, którego na codzień trzymam w kieszeni. Rozsypane, a jednak uporządkowane wielkie bloki kamienne, z których ma być odtworzony ‘reclining Budda’ i strasznego krocionoga, który zwijał się w płaski dysk po dotknięciu patykiem. Zachody i wschody słońca, które odbijały się w sadzawkach, stawach i nawodnionych polach ryżowych. Wodne bawoły na tych poletkach, zupełnie obojętne i nieświadome otaczającej je historii. Ślady kul wystrzelonych przez Czerwonych Khmerów, którzy dla swej organizacji wybrali nazwę fonetycznie zbieżną do Angkoru [Angka – partia]. I jeszcze sympatycznego biletera, który Polskę znał z programów satelitarnych i twierdził, że w Polsce są piękne kościoły wybudowane w tym samym czasie, co świątynie Angkoru (Przypominam, że upadek Angkoru datuje się na lata 1200 – 1400 n. e.).
Jakkolwiek banalnie to brzmi: Świątyń Angkor nie da się opisać. Trzeba je zobaczyć.
Tylko smutne jest to, że [tutaj podaję informacje zasłyszane od przewodników, kierowców] większość pieniędzy z nie tanich biletów (jedyne 40 USD za 3day pass) nie jest przeznaczana na utrzymanie obecnego stanu zabytków, a wędruje do kieszeni polityków. Tylko 10% kwoty przychodów z biletów jest inwestowana w tzw. utrzymanie terenu. Resztę zgarnia spółka wietnamska, która dzierżawi teren Angkoru, dzieląc się profitami z Khmerskimi włodarzami. Są cwani, bo wiedzą, że świat nie pozwoli, żeby ten cud świata się rozpadł. Bo przy prawie każdej świątyni widać tablice informujące, że ‘ta świątynia restaurowana jest ze środków finansowych rządu/prezydenta/parlamentu/króla… Francji/USA/Niemiec/Japonii/Australii a nawet… Chin.