Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

mapijasz

Zapiski różne

Zdekonspirowany

Wracam dziś do domu. Idę sobie ulicą ubrany w ciemny garnitur, w ręku czarna teczka, w uszach słuchawki (miałbym pewnie ciemne okulary, ale "skończyły się", w czasie powrotu z wakacji w Świnoujściu). Mija mnie grupka dzieciaków na rowerkach i hulajnogach. Idę dalej, ale czuję, że coś jest nie tak. Słuchawki mam takie, że niewiele dźwięków z zewnątrz do mnie dociera, więc zanim przejdę na drugą stronę ulicy, dokładnie się rozglądam. W tym momencie dostrzegam dziewięcioletleniego na oko chłopca, który idzie tuż koło mnie. Odwracam głowę i idę dalej, ale kątem oka widzę, że dzieciaki na mnie zerkają. Patrzę znów na dzieciaka i widzę, że i on na mnie patrzy i coś mówi. Wyciągam więc słuchawkę z ucha i słyszę:
- Przepraszam, czy pan jest agentem?
Nie zdradzając zakłopotania, z kamienną twarzą odpieram:
- Nie mogę Ci powiedzieć.
i oddalam się spiesznym krokiem, szukając w myślach odpowiedzi na nurtujące mnie nagle pytanie: Kto mógł być źródłem przecieku...?

Zdarzenie drogowe

,

Wczorajczego popołudnia wsiadłem jak zwykle na rower by przejechać moją standardową trasę przez kilka okolicznych wiosek. Niestety, aby dojechać do tych wiosek, muszę przejechać przez centrum miasta. Nie jest to wyczyn karkołomny, chociaż trzeba zachować bardzo szczególną ostrożność, bo kierowcy samochodów w sporej większości mają gdzieś rowerzystów. Zasada ograniczonego zaufania do innych użytkowników drogi jest podstawową zasadą. Zaufanie prawie równe zeru. Jeżdżę więc ostrożnie, zgodnie z przepisami, oświetlony, w odblaskowej kamizelce. Może w tym odblasku wyglądam dziwnie, ale wiem, że dzięki niemu jeszcze żyję i mogę poruszać się o własnych siłach.

Jechałem sobie więc ulicą Raszkowską jak zwykle. Po lewej sznur samochodów, po prawej samochody zaparkowane wzdłuż jezdni. Jadę więc sobie w tym wąskim korytarzu, jadę, aż tu nagle otwierają się drzwi taksówki zaparkowanej po prawej stronie. Unik, hamulec, koziołek - leżę. Jestem w lekkim szoku, ale - dzięki Bogu - wstaję szybko, żeby nie zahaczył mnie żaden z przejeżdżających samochodów.

Taksówkarz oczywiście stwierdził, że jest niewinny. Powiedział, że może mnie tylko przeprosić (za niewinność?). Popatrzył, pogadał i odjechał. Ja poturlałem się na pogotowie, bo dość mocno kolanem uderzyłem o ziemię. Stwierdzono stłuczenie kolana.

Niestety, brak doświadczenie w takich sytuacjach pokutuje. Nie wezwałem policji, a jestem przekonany, że wina leży po stronie kretyna z taksówki. Trudno. Za naprawę rowera trzeba będzie samemu zapłacić.

Dodam, że kilka dni temu zamontowałem sobie na kierownicy tzw. rogi. Po zdarzeniu obejrzałem siebie i rower, by przeanalizować, w jaki sposób musiałem upaść. Wychodzi na to, że rogi uchroniły mnie przed zmiażdżeniem palców albo przynajmniej poważnym odarciem dłoni.

Winnym zdarzenia był kierowca taksówki z korporacji "Lider", brązowego (beżowego?) mercedesa o numerze rejestracyjnym POS V022 (patrz fotka). Uważajcie na niego!

Kiedy przecena?

O analitykach giełdowych czasem żartuje się, że ich prognozy generalnie opierają się na schemacie: "Indeksy wzrosną lub spadną choć nie można wykluczyć, że utrzymają się na obecnym poziomie". I wszystko jasne.

Okazuje się, że podobne praktyki zaczyna się stosować na PKP.
Zadzwoniłem na informację kolejową w Ostrowie z pytaniem o pociąg. Dopytałem też z którego peronu ów pociąg odjeżdża. Pani udzieliła mi wyczerpującej odpowiedzi, która brzmiała mniej więcej tak: "Z pierwszego. Chociaż on jedzie od Łodzi, więc może z drugiego. Ale niech pan słucha komunikatów, bo może jechać z trzeciego". Oczywiście wszystko jasne.

Pani, która sprzedała mi bilet (właśnie zdrożał), bez zastanowienia oznajmiła, że mój pociąg odjedzie z peronu trzeciego. Kilka minut przed odjazdem ogłoszono, że pociąg pojedzie z drugiego. Odjechał z dzwudziestominutowym opóźnieniem, którego już nie odrobił.

Biorąc pod uwagę tego typu przygody i ceny biletów, trudno nie pokusić się o analizę o stwierdzenie, że papiery te są przewartościowane (że tak się utrzymamy w giełodwych terminologii).

Tadeusz Nalepa nie żyje

,

Od rana byłem jakiś senny, na dworze szaro, nic się nie chce. W końcu po południu przysnąłem przed telewizorem. Gdy się przebudziłem, zobaczyłem końcówkę czerwonego paska na TVN 24: "REAKOUT". Moje pierwsze skojarzenie, pierwsza myśl były niestety trafne - Tadeusz Nalepa nie żyje.

Mimo dość młodego wieku, śmiało mogę napisać, że wychowałem się na muzyce Nalepy; że to muzyka mojej młodości. Cóż, skoro od kołyski słuchałem płyt Breakout-ów puszczanych przez ojca, trudno, by było inaczej.

Na utworach Nalepy ćwiczyłem moje umiejętności gitarowe. Jednym z pierwszych utworów, jakie umiałem brzdąkać był "Kiedy byłem małym chłopcem, hej". Ile to razy przygrywałem jakieś amatorskie solówki czy akompaniowałem Nalepie...

Tadeusza Nalepę widziałem jeden jedyny raz na żywo podczas festivalu Jimiway w Ostrowie jakoś w 1998 czy 1999 roku. Pamiętam jak dziś, że wyszedłem wówczas przed budynek Ostrowskiego Centrum Kultury, gdzie było wówczas masę ludzi. Stanąłem sobie przy drzwiach koło jakiegoś faceta, który stał - jak wielu - z grupką znajomych. Wśród tych znajomych była kobieta, którą skądś znałem, ale nie mogłem sobie przyponieć skąd. Myślałem, myślałem i wymyśliłem - Grażyna Dramowicz, żona Nalepy. Patrzę na tego faceta obok, którego stanąłem - Tadeusz Nalepa. Nim ochłonąłem, Nalepa z zespołem poszli już do garderoby.

Po koncercie mówię do ojca, że skoro wziąłem płytkę CD z reedycją "Bluesa", to wypadałoby spróbować zdobyć autograf. Dzięki pewnym układom, o których już wcześniej gdzieś wspomniałem, dostaliśmy się za kulisy, gdzie okazało się, że dla zespołu Nalepy jest inna garderoba, gdzieś w piwnicach OCKu. Dzięki temu uniknięto pewnie wielkich tłumów czychających na "ojca polskiego bluesa", bo mało kto z zewnątrz wie jak tam trafić. Nielicznym jednak się udawało.:D W całym tym bieganiu zapomniałem o jakimś pisaku, więc mistrz użył zwykłego długopisu. Może dzięki temu, że musiał go mocniej przycisnąć do okładki płyty, autograf będzie trwalszy.

Na zawsze pozostanie - mam nadzieję - muzyka Nalepy. Bez wątpienia odszedł muzyk wybitny. Niech żałują ci, którzy z Nalepą kojarzą jedynie "Kiedy byłem małym chłopcem, hej", nie znając wielu innych wspaniałych kompozycji.

Bo to zła rocznica była

, ,

Mija 25. rocznica ogłoszenia stanu wojennego. Stanu nie pamiętam, więc wymyślać wspomnień, jak to Teleranka nie było, nie będę.

O czym innym chciałem wspomnieć. Mianowicie o tym, że bardzo byłem ciekaw, czy z okazji rocznicy publiczna telewizja uraczy mnie jakimś okolicznościowym oratorium Rubika czy kantatą innego znanego kompozytora, napisaną specjalnie na 13 grudnia. I co? I nic. Ani kantaty, ani oratorium. Kto by pomyślał?! Może tylko z okazji pozytywnych rocznic powstają te kompozycje...?

PS.
Spragnieni przedsięwzięć artystycznych na pocieszenie dostali za to inną z popularnych ostatnio form - widowisko multimedialne związane z rocznicą. Wnioesk nasuwa się sam - dla widowisk mulimedialnych kontekst nie jest istotny.
Kwestia ich multimedialności to już osobny temat.

15. Jimiway Blues Festival

,

Organizowany w Ostrowie Jimiway Blues Festival znany jest (podobno) w całym kraju. Nie dziwne to, bo dobra to impreza i z niemałymi tradycjami. Jakieś dziesięć lat temu (chociaż jeszcze kiedy byłem małym chłopcem (hej!) ojciec zabierał mnie na tego typu koncerty) pierwszy raz pojawiłem się na "dżimiłeju". Jako że harcówka, do której regularnie podówczas chadzałem, mieści się pod salą widowiskową Ostrowskiego Centrum Kultury, dyrektor tejże instytucji często korzystał z pomocy harcerzy przy obsłudze festiwalu, co dawało mi możliwość połączenia przyjemnego z pożytecznym. I tak czasem pilnowałem drzwi, czasem sprzątałem, a czasem pilnowałem gaśnicy. Innym razem rozładowywałem sprzęt muzyków, nosiłem gitarę Carlosowi Johnsonowi czy hammonda Wojciechowi Karolakowi. To była radocha. :smile: Nie wspomnę już o możliwości przebywania za kulisami i dostania się do garderoby muzyków, np. Tadeusza Nalepy. Ech, pięknie było. Jimiway był dla mnie jednym ze wspanialszych dni (nocy) w roku.

Teraz Jimiway to aż dwa dni bluesowego świętowania. Czasy się zmieniły i nie stoję już za sceną a jestem jednym ze zwykłych widzów. Przestałem też bywać regularnie. Po zeszłorocznym finale nabrałem jednak ochoty, by na jubileuszowy 15. Jimiway Blues Festival pójść. Bilety po 25 PLN za dzień, co dla ciągle bezrobotnej osoby jest ceną zaporową. Znajomi zaproponowali więc, by spróbować - podobnie jak rok temu - pójść późnym wieczorem i wykorzystując stare znajomości wbić się na imprezę ze friko. Kuszące ale dałem sobie spokój. Po pierwsze dlatego, że wejście obsługiwali ludzie z Impela, a nie z OCK-u, więc na znajomości nie było co liczyć. Po drugie, jak zobaczyłem, że znów będzie grał Dżem, to mi się odechciało. Nie żebym nie lubił Dżemu czy ich muzyki, ale przejadło mi się chwilowo Dżemu. Owszem, posłuchać w domu czasem lubię, ale koncertów ich już kilka widziałem. Wygląda na to, że póki wokalistą Dżemu będzie ostrowianin, Dżem będzie zapraszany dość często. Dla fanów OK, ja oglądać nie muszę. Pierwszy wieczór festiwalu spędziłem więc z koleżanką na interesującej konwersacji na gg i na "Ostatnim samuraju" w TVN-ie.

Podczas drugiego festiwalowego wieczoru obecny byłem w OCK-u, gdyż udało się ojcu kupić dwa bilety. Co tu dużo pisać? Impreza świetna, wykonawcy różnorodni, blues obronił się sam. Największą furrorę zrobili oczywiście goście zza oceanu. Na długo w pamięci publiczności pozostanie występ The Road Dawgz i popisy gitarzystów, którzy a'la Hendrix grali czym się dało (m.in. zęby, język, statyw od mikrofonu) i w każdej pozycji, dawali publiczności poszarpać struny czy wreszcie na tą publiczność się rzucali. Cytując prowadzącego imprezę Ryszarda Glogera - prawdziwa jazda bez trzymanki.

Nie gorzej było podczas występu gwiazdy festiwalu, Billa Perry'ego, który jedynym występem w Polsce rozpoczynał europejskie tourne. I tu znowu miłośnicy Hendrixa - i nie tylko - mieli coś dla siebie, bo Perry oprócz świetnej gry na gitarze, przypomniał także kilka utworów z repertuaru Hendrixa.

Warto odnotować popis Magdy Piskorczyk i jej zespołu (na kontrabasie Roman Ziobro, ostrowianin znany chyba głównie ze Starego Dobrego Małżeństwa), która zaprezentowała klasycznego, akustycznego, korzennego bluesa z delty Mississipi.

Muszę przyznać, że jestem pełen podziwu i uznania dla organizatorów. Wreszcie ktoś pomyślał i na scenie pojawił się telebim. Owszem, mógł wisieć w ciekawszy miejscu i pokazywać ciekawsze rzeczy. Może za rok będzie lepiej. Różne oświetlenie bywało na "Dżimiłeju", ale to co zobaczyłem wczoraj naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyło. Szacuneczek.

Narzekać mogę jedynie na towarzystwo na widowni. Szkoda, że nie każdy widz ma świadomość, że impreza nie jest tylko dla niego. Siedzący za mną licealiści zachowywali się jak banda gówniarzy, którym pomyliły się imprezy, a już na pewno klimaty. Może taka dziś młodzież, ale to inny temat.

A jeśli już wspomniałem o klimacie, to z przykrością zauważam, że gdzieś zniknął. Przynajmniej ten klimat, który był kiedyś. Swego czasu nie było chwili ciszy na scenie. Gdy jeden zespół kończył grać, a drugi się rozkładał, na scenie trwał jakiś konkurs, quiz dla publiczności (sam parę razy wygrywałem :D ) W korytarzu pojawiała się ekspozycja znanego sklepu muzycznego - kilkadziesiąt gitar, keyboardy, akcesoria dla muzyków. Bardziej lub mniej zaawansowani amatorzy brzdąkali gdzieś po kątach. Do tego jakaś gastronomia, koszulki, gadżety, płyty, wydawnictwa. Masę ludzi w każdym wieku, którzy przyszli na koncert, ale i na spotkanie ze znajomymi, przyjaciółmi. Święto. Dziś tego nie ma. Parę ludzi, trochę piwa i gastronomii. Nic więcej. Tego mi na Jimiway Blues Festival brakuje.

Jeden mniej

Kilka dni temu przechadzałem się ostrowskim Rynkiem. Miałem trochę czasu, więc przystanąłem przy gablotce, w której jedna z lokalnych redakcji prezentuje zazwyczaj pierwszą stronę swojej gazetki. Stanął też przy gablotece facet z rowerem, na oko pięćdziesiąt parę lat. Patrzy to na gablotkę, to na mnie i po chwili pyta, wskazując na podobiznę jednego z kandydatów na prezydenta Ostrowa: "Panie, znasz pan tego tu?". Odpowiadam, że znam z gazet. "A co on jest za partia, panie, bo ogłasza się wszędzie a partia nie jest napisana?" - docieka facet. Mówię mu, że jeśli się nie mylę, to z Platformy, ale poparcie w wyborach ma chyba i Platformy i PiS-u. Na to mój rozmówca: "Zobacz pan, wszędzie ci sami, nawet już nie piszą skąd, żeby ludzie nie wiedzieli. Chciałem na niego [głosować - jak przypuszczam], ale jak pan mówisz, że PiS też..."

Tak oto przypadkiem prawdopodobnie pozbawiłem kandydata jednego oddanego na niego głosu w najbliższych wyborach. Przynajmniej jednego. Sorry.

Jeszcze o Gilmourze

,

Po ubiegłorocznym koncercie Jeana Michela Jarre'a w gdańskiej stoczni miałem mieszane uczucia. Można Jarre'a nie lubić i narzekać, że odcina tylko kupony, ale przyznać trzeba, że kawałki ma fajne. Dodatkowo w Gdańsku były świetne pokazy sztucznych ogni (w TV nie było tego widać), obrazy na telebimach i polsko-solidarnościowo-papieskie akcenty, dzięki którym czuło się, że jest to impreza związana z jubileuszem Soildarności. Były tez momenty wręcz wzruszające i u sporej gdrupy ludzi zebranych w stoczni widać było łzy w oczach. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie nagłośnienie. Muzyka Jarre'a nie należy do kameralnej. Należy jej słuchać głośno. Tymczasem w czasie koncertu w stoczni mogłem spokojnie rozmawiać z osobami stojącymi koło mnie, nie podnosząc jakoś specjalnie głosu. Momentami nawet wybuchające fajerwerki zagłuszały muzykę. Fakt, nie stałem w sektorze A, ale C - najbardziej oddalonym od sceny. Skoro się jednak robi dalsze sektory, należy pomyśleć też o ich nagłośnieniu. I pewnie pomyślano, czego przykładem były dodatkowe wieże z głośnikami. Wydawało się jednak, że nie były one w pełni wykorzystane. Gdy w połowie koncertu na scenę wszedł Lech Wałęsa, jego mikrofon nie działał najlepiej. Po chwili coś w głośnikach cyknęło i Wałęsę było słychać lepiej. Lepiej była słyszlna także dalsza część koncertu. Wychodzi więc na to, że ktoś nie zapanował nad kabelkami i guziczkami. Było więc trochę za cicho, ale impreza bardzo mi się podobała.

Równo rok po występie Jarre'a na scenie miał stanąć David Gilmour - głos i gitara Pink Floyd. W internecie pojawiały się kolejne newsy dotyczące imprezy w Gdańsku. Szczególną uwagę zwróciłem na informacje mówiące o tym, że organizatorzy wyciągnęli wnioski z koncertu Francuza i poprawili m.in. nagłośnienie. Ekipa techniczna Gilmoura miała na kilka dni wcześniej przygotowywać koncert. Zapowiadało się świetnie.

Na długo przed wyjazdem do Gdańska wiedziałem już, że koncert Gilmoura obejrzę (albo chociaż usłyszę) zza płota, bo najtańsze bilety miały być po sto złotych. Może gdybm był wielkim fanem i miał za dużo kasy, znalazłbym "drobne" na bilet. Cóż, nie znalazłem. Już po przyjeździe do Gdańska okazało się, że bilety są też po 65 zł. Mimo wszystko dla mnie za drogo. W dniu koncertu od rana lało i istniało duże prawdopodobieństwo, że i podczas wieczornej imprezy może być mokro. Na szczęście w ostatniej chwili chmury się rozeszły i przestało padać.

Na jakąś godzinę przed planowanym na 21.00 koncertem byłem już przed stocznią. Kilkaset metrów od bram możnabyło nabyć bilety u "koników". Po 100 złotych, po 65, po 55. Kuszące, ale gdybym wydał nawet te 50 złociszy, i znów miałbym się wkurzać na złe nagłośnienie, szlag by mnie chyba trafił.

Tuż przed bramą dwóch nastolatków zaproponowało mi bilety za 50 złotych. Za chwilę zeszli do 40. Brat mój już chciał kupić, ale na szczęście się zawahał, gdyż dziwnie podejrzana była tak niska cena. Fałszywek wszak nigdy przy takiej okazji nie brakuje. Po dłuższym namyśle powróciłem z bratem do owych kolesi, ale już ich nie było. W miejscu, gdzie stali, biletami machała teraz około 40-letnia kobieta. Pytamy: "Po ile?". Kobieta na to: "Za darmo". :D Okazało się, że są jakieś bilety promocyjne, które rozdawała jakaś fundacja. Nie wiem kto, nie wiem dlaczego. Nieważne. Gilmoura zamiast zza płotu, oglądałem z sektora B1.

Krótko po 21.00 z głośników dobiegło głośne bicie serca. Charakterystyczny dźwięk, który zna każdy, kto słuchał "The dark side of the moon" Pink Floydów. Było dobrze. Stałem na lekkiej górce, więc spokojnie widziałem z daleka scenę oraz sześcioczęściowy telebim nad nią. Nic dodać, nic ująć... gdyby nie nagłośnienie. Porażka. Gorzej niż rok temu. Po pierwszym utworze rozległo się z publiczności: "Głośniej, głośniej". Nic nie dało. Po kolejnym utworze to samo. Zero poprawy. Głośniej muzyka jest na festynach parafialnych odpustach. Nie ustawiono nawet dodatkowej wieży z głośnikami, żeby nagłośnić tyły. Tylko sektory A pod sceną miały świetny koncert, bo tam muzyka była odpowiednio słyszana, czego dowodem entuzjastyczne reakcje publiczności zgromadzonej w sektorze A. Aż się boję pomyśleć, co słyszeli ludzie w sektorach C, jeśli cokolwiek słyszeli.

Wspomniałem o polskiej atmosferze na koncercie Jarre'a. U Gilmoura nie było nic. Nie było żadnej atmosfery. "The great day of freedm" był ponoć specjalnie zagrany w związku z Solidarnością i miejscem koncertu. Załóżmy, że wierzę, że specjalnie.

Zepsuto świetną imprezę. Nie wiem kto zagra za rok, ale chyba nawet pod płot nie ma co iść, jeśli ma to być podobnie zorganizowane. Poczytajcie opinie internautów na portalu trojmiasto.pl, którzy mieli jeszcze inne spostrzeżenia.

Jeszcze jedno.
W czasie imprezy koleżanka wysłała mi SMSa, że słucha koncertu w radiowej Trójce. Czułem że tradycyjnie w Trójce Gilmour i Pink Floyd będą brzmieli do rana, a ludzie będę dzwonić i dzielić się wrażeniami. Gdy wróciłem do miejsca zakwaterowania w Gdańsku, włączyłem radio. Szybko okazało się, że nie nadawali koncertu z Gdańska, tylko puszczali kawałki z płyt. Ludzie dzwonili zachwyceni. Nikt nie wspomniał o nagłośnieniu. Pewnie dzwonili ci z sektora A.

Dzięki temu, że byłem w stoczni wiem teraz, jak podchodzić do komentarzy legendy polskiego radia - Piotra Kaczkowskiego. Żeby była jasność, nie mam pretensji do niego o nic, ani nie uważam, żeby był nierzetelny czy mijał się z prawdą. Koncerty są jednak dla publiczności, a nie tylko dla dziennikarzy. Podejrzewam, że Kaczkowski ani razu nie stanął gdzieś wśród ludzi, żeby zobaczyć imprezę z ich punktu widzenia. Gdy go słyszałem w radiu tuż po koncercie, zastanawiałem się czy byliśmy na tej samej imprezie. Szybko doszedłem do tego, że nie. Ja stałem w sektorze B1, Kaczkowski pewnie w A albo jeszcze bliżej, gdzieś w kuluarach, za sceną. To były dwie zupełnie inne imprezy. A szkoda.

No i jeszcze to podniecanie się Kaczkowskiego, że ekipa Gilmoura wybierze trzy kawałki z koncertu i pozwoli je nadawać w radiu. Eh...
Dobrze, że nie kupiłem biletu. Nawet 40 złotych byłoby dużo za dużo.

Pogody brak

Musze z przykroscia przyznac, ze pogoda podczas pobytu w Gdansku mi nie dopisuje. Na koncercie nie padalo, wiec powinienem sie cieszyc. Niestety teraz to pada, to wieje, czasem wyjdzie na chwilke slonce. Do tego chlodno, wiec z kapieli w morzu nici. Dobrze, ze chociaz nogi mozna pomoczyc. Fotka zrobiona przy chwilowym rozpogodzeniu. Przepraszam pewna dobra kolezanke, ze jestem w spodniach. ;-)

Za cicho!

Przerwa. Za chwile druga czesc i byc moze zapowiadane niespodzianki. Niestety. Wszystko fajnie, tylko naglosnienie do tylka. Mialo byc lepiej niz rok temu na koncercie Jarre'a. Niestety, nie jest. Mimo to, warto bylo przyjechac. (koniec baterii - koniec MMS-ow)
September 2008
MTWTFSS
August 2008October 2008
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930