Friday, 1. September 2006, 15:09:13
Po ubiegłorocznym koncercie Jeana Michela Jarre'a w gdańskiej stoczni miałem mieszane uczucia. Można Jarre'a nie lubić i narzekać, że odcina tylko kupony, ale przyznać trzeba, że kawałki ma fajne. Dodatkowo w Gdańsku były świetne pokazy sztucznych ogni (w TV nie było tego widać), obrazy na telebimach i polsko-solidarnościowo-papieskie akcenty, dzięki którym czuło się, że jest to impreza związana z jubileuszem Soildarności. Były tez momenty wręcz wzruszające i u sporej gdrupy ludzi zebranych w stoczni widać było łzy w oczach. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie nagłośnienie. Muzyka Jarre'a nie należy do kameralnej. Należy jej słuchać głośno. Tymczasem w czasie koncertu w stoczni mogłem spokojnie rozmawiać z osobami stojącymi koło mnie, nie podnosząc jakoś specjalnie głosu. Momentami nawet wybuchające fajerwerki zagłuszały muzykę. Fakt, nie stałem w sektorze A, ale C - najbardziej oddalonym od sceny. Skoro się jednak robi dalsze sektory, należy pomyśleć też o ich nagłośnieniu. I pewnie pomyślano, czego przykładem były dodatkowe wieże z głośnikami. Wydawało się jednak, że nie były one w pełni wykorzystane. Gdy w połowie koncertu na scenę wszedł Lech Wałęsa, jego mikrofon nie działał najlepiej. Po chwili coś w głośnikach cyknęło i Wałęsę było słychać lepiej. Lepiej była słyszlna także dalsza część koncertu. Wychodzi więc na to, że ktoś nie zapanował nad kabelkami i guziczkami. Było więc trochę za cicho, ale impreza bardzo mi się podobała.
Równo rok po występie Jarre'a na scenie miał stanąć David Gilmour - głos i gitara Pink Floyd. W internecie pojawiały się kolejne newsy dotyczące imprezy w Gdańsku. Szczególną uwagę zwróciłem na informacje mówiące o tym, że organizatorzy wyciągnęli wnioski z koncertu Francuza i poprawili m.in. nagłośnienie. Ekipa techniczna Gilmoura miała na kilka dni wcześniej przygotowywać koncert. Zapowiadało się świetnie.
Na długo przed wyjazdem do Gdańska wiedziałem już, że koncert Gilmoura obejrzę (albo chociaż usłyszę) zza płota, bo najtańsze bilety miały być po sto złotych. Może gdybm był wielkim fanem i miał za dużo kasy, znalazłbym "drobne" na bilet. Cóż, nie znalazłem. Już po przyjeździe do Gdańska okazało się, że bilety są też po 65 zł. Mimo wszystko dla mnie za drogo. W dniu koncertu od rana lało i istniało duże prawdopodobieństwo, że i podczas wieczornej imprezy może być mokro. Na szczęście w ostatniej chwili chmury się rozeszły i przestało padać.
Na jakąś godzinę przed planowanym na 21.00 koncertem byłem już przed stocznią. Kilkaset metrów od bram możnabyło nabyć bilety u "koników". Po 100 złotych, po 65, po 55. Kuszące, ale gdybym wydał nawet te 50 złociszy, i znów miałbym się wkurzać na złe nagłośnienie, szlag by mnie chyba trafił.
Tuż przed bramą dwóch nastolatków zaproponowało mi bilety za 50 złotych. Za chwilę zeszli do 40. Brat mój już chciał kupić, ale na szczęście się zawahał, gdyż dziwnie podejrzana była tak niska cena. Fałszywek wszak nigdy przy takiej okazji nie brakuje. Po dłuższym namyśle powróciłem z bratem do owych kolesi, ale już ich nie było. W miejscu, gdzie stali, biletami machała teraz około 40-letnia kobieta. Pytamy: "Po ile?". Kobieta na to: "Za darmo".

Okazało się, że są jakieś
bilety promocyjne, które rozdawała jakaś fundacja. Nie wiem kto, nie wiem dlaczego. Nieważne. Gilmoura zamiast zza płotu, oglądałem z sektora B1.
Krótko po 21.00 z głośników dobiegło głośne bicie serca. Charakterystyczny dźwięk, który zna każdy, kto słuchał "The dark side of the moon" Pink Floydów. Było dobrze. Stałem na lekkiej górce, więc spokojnie widziałem z daleka scenę oraz sześcioczęściowy telebim nad nią. Nic dodać, nic ująć... gdyby nie nagłośnienie. Porażka. Gorzej niż rok temu. Po pierwszym utworze rozległo się z publiczności: "Głośniej, głośniej". Nic nie dało. Po kolejnym utworze to samo. Zero poprawy. Głośniej muzyka jest na festynach parafialnych odpustach. Nie ustawiono nawet dodatkowej wieży z głośnikami, żeby nagłośnić tyły. Tylko sektory A pod sceną miały świetny koncert, bo tam muzyka była odpowiednio słyszana, czego dowodem entuzjastyczne reakcje publiczności zgromadzonej w sektorze A. Aż się boję pomyśleć, co słyszeli ludzie w sektorach C, jeśli cokolwiek słyszeli.
Wspomniałem o polskiej atmosferze na koncercie Jarre'a. U Gilmoura nie było nic. Nie było żadnej atmosfery. "The great day of freedm" był ponoć specjalnie zagrany w związku z Solidarnością i miejscem koncertu. Załóżmy, że wierzę, że specjalnie.
Zepsuto świetną imprezę. Nie wiem kto zagra za rok, ale chyba nawet pod płot nie ma co iść, jeśli ma to być podobnie zorganizowane. Poczytajcie opinie internautów na portalu
trojmiasto.pl, którzy mieli jeszcze inne spostrzeżenia.
Jeszcze jedno.
W czasie imprezy koleżanka wysłała mi SMSa, że słucha koncertu w radiowej Trójce. Czułem że tradycyjnie w Trójce Gilmour i Pink Floyd będą brzmieli do rana, a ludzie będę dzwonić i dzielić się wrażeniami. Gdy wróciłem do miejsca zakwaterowania w Gdańsku, włączyłem radio. Szybko okazało się, że nie nadawali koncertu z Gdańska, tylko puszczali kawałki z płyt. Ludzie dzwonili zachwyceni. Nikt nie wspomniał o nagłośnieniu. Pewnie dzwonili ci z sektora A.
Dzięki temu, że byłem w stoczni wiem teraz, jak podchodzić do komentarzy legendy polskiego radia - Piotra Kaczkowskiego. Żeby była jasność, nie mam pretensji do niego o nic, ani nie uważam, żeby był nierzetelny czy mijał się z prawdą. Koncerty są jednak dla publiczności, a nie tylko dla dziennikarzy. Podejrzewam, że Kaczkowski ani razu nie stanął gdzieś wśród ludzi, żeby zobaczyć imprezę z ich punktu widzenia. Gdy go słyszałem w radiu tuż po koncercie, zastanawiałem się czy byliśmy na tej samej imprezie. Szybko doszedłem do tego, że nie. Ja stałem w sektorze B1, Kaczkowski pewnie w A albo jeszcze bliżej, gdzieś w kuluarach, za sceną. To były dwie zupełnie inne imprezy. A szkoda.
No i jeszcze to podniecanie się Kaczkowskiego, że ekipa Gilmoura wybierze trzy kawałki z koncertu i pozwoli je nadawać w radiu. Eh...
Dobrze, że nie kupiłem biletu. Nawet 40 złotych byłoby dużo za dużo.