Próba odpowiedzi na komentarz do poprzedniego postu...
Friday, May 15, 2009 6:46:33 PM
Ksiądz mówi o wyrzeczeniach,czy można wyrzekać się bezgranicznie nawet za cenę własnej godności, zwykłej ludzkiej godności zaznaczam że mówię o obowiązkach nie o przyjemnościach.Jak długo można słuchać i odczuwać szaraganie świętości - autorytetów które Cię kształtowały i wychowały.Czy bliska osoba jest do tego zdolna w imię własnego ja?.Czy jeszcze jest to bliska Ci osoba. Czy możesz być Pasterzem skoro owce Cię nie słuchają. Dajesz przykład mową, uczynkiem bezskutecznie latami a następnie słyszysz że nic nie mówiłeś.
1. Gdy piszę o konieczności stawiania wymagań, uczenia dzieci wyrzekania się różnych spraw, to na zasadzie sportowca, który chcąc osiągnąć sukces z wielu rzeczy rezygnuje.
2. Niesłuchanie słów Pasterza przez owce - myślę, że doświadczenie bardzo powszechne dla wielu rodziców, nie mówiąc już o duszpasterzach. Właśnie dziś, czuję się po szkole dokładnie tak - jakby większość moich uczniów delikatnie mówiąc {I]wypięła się [/i] na to, co dla mnie osobiście (nawet nie jako dla księdza) ważne. Po prostu owce mają to wszystko gdzieś - nawet jeśli się staje na głowie, żeby podać to jak najbardziej strawnie...
Czy ukształtujesz milczeniem i wyrzeczeniem swój autorytet u dzieci jako spolegliwa matka lub ojciec. Przecież skoro ojciec może niszczyć matkę to i ja mogę.Czy to jest wyrzeczenie czy głupota. Po co. Latka lecą dzieci zauważą swój błąd dopiero jak rozliczą swój okres macierzyństwa lub ojcostwa.
1. Ukształtować człowieka - coraz bardziej sam się przekonuję jak trudne to zadanie. Chylę czoło, przed każdym Ojcem i każdą Matką, która bierze na siebie trud rodzicielstwa. Nie napisałem, że wyrzeczenie łączy się z milczeniem. Może czasami (lub nawet często) tak jest, ale wyrzeczeniem dla zmęczonego rodzica będzie także usiąść przy stole i porozmawiać z dzieckiem, odrobić z nim zadanie.
Myślę, że kochający rodzic w podobnej tonacji przeżywa również konieczność skarcenia dziecka. Piszę tak, jak ja to czuję - dla mnie, to że muszę czasem podnieść głos na lekcji, nie jest żadną przyjemnością. Czuję się w tych momentach całkowicie bezsilny.
2. W II czytaniu św. Jan napisał - nie miłujmy, słowem i językiem, ale czynem i prawdą. To bardzo konkretna odpowiedź na tę kwestię. A jak trudne to w praktyce...
Wracając do obrazu sportowca - chyba najlepiej pokaże jak wykonać dane ćwiczenie, ktoś, kto sam wiele lat ćwiczył.
To nie teoria to praktyka, dlatego szanuj drugiego jak siebie samego i to jest cała najprostsza esencja życia.
Dla mnie ważne jest to napięcie, które nieustannie jest między teorią i praktyką, i staram się jak mogę i jak tylko potrafię, by to napięcie w całej jego sile ukazać - bo właśnie to napięcie jest życiodajne, powoduje, że w naszym życiu rodzi się wciąż coś nowego i dlatego też stwierdzenie: "szanuj drugiego jak siebie samego" wydaje mi się "równaniem w dół", rezygnacją.
Ja nie chcę "szanować", ja chcę by to było dla mnie wciąż za mało. Pan Jezus poprzeczkę postawił zdecydowanie wyżej - Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego." (Łk 10, 27).
To jezusowe Miłować nie oznacza uczucia lubienia kogoś, sympatii - nie! Dla Jezusa kochać, miłować - to oddać życie za drugą osobę...
Nie roszczę sobie pretensji do znania odpowiedzi na wszystkie pytania. Dlatego dzięki wszystkim za komentarze - bo one motywują do myślenia - wkładają "kij w mrowisko".
Homilia jest też taką formą wypowiedzi, w której nie sposób wyczerpać całości tematu (w każdym razie ja często nie potrafię). Co innego również jest słowo pisane (które zawsze jest swoistym szkicem), a co innego słowo głoszone. Staram się by moje homilie zmuszały do myślenia, właśnie przez zwrócenie uwagi na wspomniane wyżej napięcie między teorią, a praktyką.
Pozdrawiam
Unregistered user # Tuesday, June 2, 2009 6:02:13 PM