Biegnąc do celu...
Sunday, November 1, 2009 7:24:00 PM
W czasie ferii zimowych na IV roku seminarium, odwiedziłem Benedyktynów w Biskupowie. Pewnego wieczoru Ojciec Sławomir zapytał mnie: Słuchaj Marcin, po co ty w ogóle jesteś w tym seminarium? Zamurowało mnie kompletnie. Co to za pytanie? No jak to po co? Aby przyjąć święcenia kapłańskie, żeby mnie wyświęcili i żebym był w końcu księdzem. Bo i po co innego jest się w seminarium?I tu wielkie zaskoczenie – zła odpowiedź!
W seminarium nie jest się po to, aby zostać księdzem. Kompletnie nie wiedziałem jaka powinna być ta właściwa odpowiedź. Przecież całe moje dotychczasowe „bycie” klerykiem było po to, żeby zostać księdzem.
Ale ojciec Sławomir wyjaśnił: jeśli święcenia będą twoim najwyższym celem w seminarium, to gdy już go osiągniesz, będziesz tak wypompowany, że od razu powinieneś iść na emeryturę. Święcenia nie są celem, ale środkiem do celu. Życiowym celem chrześcijanina ma być świętość – ma być niebo.
Czułem, że to przewraca całe moje życie do góry nogami. Trzeba sobie było na nowo wszystko przemyśleć, poukładać. Postawić pytanie, o to co jest dla mnie najważniejsze w życiu, do czego dążę, co nadaje mojemu życiu sens. Znałem przecież wielu kleryków, a nawet księży, którzy całą swoją życiową energię spożytkowali na to, by zostać księżmi, a po święceniach (jeśli do nich doczekali) zabrakło im już sił do pracy na parafii, w szkole. Niepokojąca perspektywa… źle postawiony cel w życiu.
Stawiamy sobie różne cele. Jedni chcą skończyć szkołę, zdać maturę, pójść na studia, nauczyć się języka obcego, albo grać na jakimś instrumencie. Innym na szkole nie będzie w ogóle zależało – byle tylko zrobić jakiś zawód i zacząć zarabiać pieniądze, urządzić się. Dla rodziców celem może być wychowanie i utrzymanie dzieci, wybudowanie domu itp. Dziadkowie będą myśleć, jak tu jeszcze pomóc dzieciom z emerytury. Potrafimy poświęcić wiele sił, czasu, pieniędzy, żeby osiągnąć ten życiowy cel. Musimy mieć jakiś cel w życiu.
Jeśli jednak te cele będą nieuporządkowane, nie będą poddane osądowi Bożych przykazań, rozumu, to może się okazać, że to co miało dawać radość i szczęście, zamiast tego rodzi smutek i łzy. Ile rodzin, małżeństw cierpi dziś dlatego, że dla niektórych praca i pieniądze stały się najważniejsze. Rozejrzyjmy się wokoło.
Uroczystość Wszystkich Świętych ma nam na nowo uświadomić, przypomnieć, że te nasze życiowe cele, są tak naprawdę jedynie środkami do prawdziwego CELU, którym dla nas chrześcijan powinno być niebo. Gdy Bóg będzie dla nas najważniejszy w życiu, wtedy wszystkie nasze życiowe cele będą służyć naszemu szczęściu nie tylko temu wiecznemu, ale już tutaj na ziemi. Stawiając Boga jako cel mojego życia, zyskuję właściwą miarę w odniesieniu do całego mojego życia. Właśnie o tym mówi dzisiejsza Ewangelia: nawet jeśli płaczesz, jeśli jesteś smutny i prześladowany, nawet jeśli ludzie ci urągają, to jeśli Bóg jest dla ciebie najważniejszy – będziesz błogosławiony, czyli szczęśliwy. Właściwa szeroka, Boża perspektywa patrzenia na życie.
Bóg zaplanował nasze życie nie jako bieg na 60 metrów, ale jako długodystansowy bieg przełajowy. Trzeba dobrze rozłożyć siły, orientować się w terenie, a przede wszystkim pamiętać o mecie, do której zmierzamy. Bez tego się pogubimy.
Te wszystkie nasze życiowe cele, które sami sobie stawiamy, są tylko punktami orientacyjnymi, albo inaczej odcinkami specjalnymi. Trzeba może i sprężyć siły, ale na nich się nie kończy – meta jest gdzie indziej, jest coś więcej, do czego mamy dążyć.
Ludzie święci, których dziś wspominamy, nie byli ludźmi bez grzechu. To byli tacy sami grzesznicy jak każdy z nas. Ale ich cechą szczególną była swoista zawziętość w byciu coraz bliżej Boga, w staraniu się o wypełnianie Jego przykazań, w wypełnianiu Jego woli. Gdy upadali w grzech, gdy potykali się w tym biegu, to w tym grzechu nie siedzieli, nie taplali się w nim, ale jak najszybciej z niego wstawali i ruszali dalej. Przetarli w ten sposób trasę dla nas.
Wspominani dziś Wszyscy święci zadają nam pytanie o to, co jest dla nas w życiu najważniejsze? Co jest celem mojego życia? Czy nie biorę czasem tego, co kończy jakiś etap biegu, za jego metę? Jeśli przez przypadek tak się zdarzyło, że zatrzymaliśmy się w pół drogi, to dziś wszyscy święci dopingują nas, by na nowo wyruszyć w drogę.
Unregistered user # Monday, November 2, 2009 12:48:01 PM