My Opera is closing 3rd of March

Dziedzictwo

Wizyty kolędowe w domach parafian choć zwykle wyczerpujące fizycznie, są jednak dla mnie okazją do poznania tych, których Pan Bóg dał mi w duszpasterską opiekę. To okazja do poznania trosk i radości mieszkańców parafii, ale także – co mnie również bardzo interesuje, historii parafii.
Jedna z takich wizyt zaowocowała bardzo ciekawą historią dotyczącą przedwojennych mieszkańców Gościęcina, nazywane czasem eine deutsche Insel – niemiecka wyspa. To dlatego, że Gościęcin przed wojną zamieszkiwała ludność niemiecka, po wojnie wysiedlona. To były wielkie tragedie, którymi zaznaczyła się ta ziemia. Z jednej strony tragedie wielu autochtonów wypędzonych na zachód, z drugiej – wielkie tragedie tych, których przesiedlono tutaj ze wschodu. Nie chodzi o to, by kogokolwiek winić – to były tragedie wielu ludzi.

W każdym razie, przed wojną mieszkańcy Gościęcina, żyli w swoistym zamknięciu. Właściwie nie wydawali swoich dzieci za kogoś spoza wioski, lecz wesela odbywały się we własnym gronie. Znam jeszcze kilka innych miejscowości na Śląsku, które funkcjonowały przed wojną w podobny sposób. Powód takiego swatania związków był jeden – chodziło o to, by zyskać jak najwięcej ziemi, by powiększać stale swoje dziedzictwo, swoje gospodarstwo.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. Bardzo szybko okazało się, że rodzi się coraz więcej dzieci z różnego rodzaju wadami, ponieważ zabrakło koniecznej wymiany krwi.
Sytuację mieszkańców, jak relacjonuje jedna z osób wypędzonych w czasie wojny na zachód, paradoksalnie uratowały właśnie owe wypędzenia. Ludzie rozjechali się w różne zakątki Europy, i choć utracili swoje majątki, o które tak zabiegali, to jednak uratowali swoje rodziny. Wygnanie stało się dla nich ocaleniem.
Dzisiejsze czytania mogą budzić strach w czytelnikach (słuchaczach), mówią bowiem o końcu świata, zapowiadając wydarzenia, które jednym słowem określilibyśmy mianem wielkiej katastrofy. Ucisk, powstanie umarłych z grobów, zaćmienie słońca i księżyca, spadające gwiazdy i w końcu Syna Człowieczego przychodzącego wraz z Aniołami na sąd. Kto bierze te słowa na poważnie, nie banalizuje ich, odczuwa na pewno niepokój w sercu. Co chwilę te lęki pobudzają coraz to nowe filmy, które w nieskończoność eksploatują motyw końca świata, dodając jedynie coraz to bardziej widowiskowe efekty specjalne.
Jednak czytania dzisiejsze dają również receptę w jaki sposób się przygotować na tę chwilę. Pośród obrazów budzących grozę przewijają się słowa pełne nadziei, które dobrze jest wyłuskać.
Gdy opieramy, budujemy swoje życie na sobie, gdy naszym jedynym celem jest pomnażanie naszego dziedzictwa (jak robili to przedwojenni mieszkańcy Gościęcina), wtedy przyjdzie taki moment, w którym to wszystko stracimy. Sama ta perspektywa nie napawa optymizmem. Trzeba więc swoje życie oprzeć, na czymś trwałym, co będzie w stanie przetrwać wszystko, nawet koniec świata.
Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem, to On mój los zabezpiecza. Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy, On jest po mojej prawicy nic mną nie zachwieje.
To jest odpowiedź na wszystkie nasze niepokoje związane z końcem świata, obojętnie kiedy on nastąpi. Jeśli Bóg będzie moim dziedzictwem, wtedy nie muszę się lękać. On jest moim ubezpieczeniem na życie i na śmierć, stoi obok mnie, jak najlepszy ochroniarz. On jest tym, który potrafi przeprowadzić przez największe opresje, nawet przez śmierć: bo w kraju zmarłych duszy mej nie zostawisz i nie dopuścisz, bym pozostał w grobie.

Na czym więc ja buduję moje życie, co jest moim dziedzictwem, co przeznaczeniem…

Po rekolekcjach dla ksiendzorówDostroić się do Chrystusa...

Write a comment

New comments have been disabled for this post.