Spotkać się...
Saturday, March 26, 2011 3:38:32 PM
W samo południe, w największej spiekocie dnia, do studni niedaleko samarytańskiego miasteczka Sychar, przychodzi kobieta. Dlaczego właśnie teraz? Przecież inne kobiety zwykle przychodzą tutaj o poranku, gdy słońce jeszcze tak nie pali. Ta kobieta, przychodzi jednak w samo południe, gdy jej sąsiadki i znajome odpoczywają w swoich domach. Nie chce się spotkać z ludźmi. Ona chce być sama.
Przy studni siedzi nieznajomy, którego ubiór wskazuje na żydowskie pochodzenie. Może być więc spokojna, że nie będzie musiała z nim rozmawiać, ani się tłumaczyć. Żaden porządny Żyd, sam nie zaczepiłby przecież kobiety, a do tego jeszcze Samarytanki. Wszystkie jej przewidywania biorą jednak w przysłowiowy łeb, bo nieznajomy, prosząc o kubek wody, zaczyna z nią rozmawiać.
Podobnie w moim życiu, Bóg przychodzi w najbardziej nieoczekiwanym momencie, kiedy najmniej się Go spodziewamy. Pośród codziennych czynności, ale także w życiowych próbach, kiedy najchętniej schowalibyśmy się w najciemniejszy kąt, uciekając przed ludźmi. Każda chwila jest dla Niego odpowiednim momentem, żeby coś powiedzieć człowiekowi, żeby rozpocząć z nim rozmowę.
Z naszej perspektywy zwykle wydzielamy Panu Bogu, czas i miejsce na spotkanie z Nim, na rozmowę. On jednak chce się z nami spotykać stale – w każdym czasie i w każdym miejscu.
Gdy Chrystus prosi Samarytankę o kubek wody, to tak naprawdę chce pokazać, że bardziej niż wody pragnie spotkania z żywą osobą. Bóg pragnie, tęskni za spotkaniem ze mną.
Mija pierwsze zaskoczenie w sercu kobiety, ale z minuty na minuty rodzą się kolejne. Okazuje się bowiem, że nieznajomy zna dokładnie najintymniejsze szczegóły jej życia, o których ona sama, wolałaby nie rozmawiać. On wie doskonale, czego ona wstydzi się przed ludźmi, dlaczego wytykają ją palcami, dlaczego wolała przyjść do studni w samo południe. Wie, że miała pięciu mężów, a teraz żyje z kochankiem. Zna całą prawdę o jej życiu. Przed Nim nie ma tajemnic. Nie włazi jednak w jej życie na siłę, lecz delikatnie otwiera jej serce i pozwala jej mówić.
Dla Niego także moje życie nie ma tajemnic. Jest otwartą księgą, którą On potrafi czytać lepiej, niż ja sam. Zna moje blaski i cienie, moje wzloty i upadki. Chce jednak bym to ja sam, jak Samarytanka, zobaczył pewne sprawy i nie bał się nazwać ich po imieniu. Nie potępia, nie gorszy się, nie dziwi… po prostu chce, bym stanął przed Nim w prawdzie. Wyznacza przestrzeń, w której mogę zmierzyć się ze swoją przeszłością, ze swoimi brakami i grzechami.
To spotkanie przy studni jest przełomem w życiu Samarytanki. To, co wydawało się jej życiowym brzemieniem, hańbą, powodem wstydu, w rozmowie z Jezusem zostaje oczyszczone i przemienione. Zaczyna w nowy sposób patrzeć na siebie, na swoją relację do Boga i do innych ludzi. Ta, która uciekała przed ludźmi, teraz zostawia przy studni swój dzban, przepełniony goryczą jej dawnego życia, wraca do miasta i mówi do mieszkańców: „Chodźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?” Jej świadectwo jest tak mocne, że ludzie ci wychodzą z miasta i idą do Jezusa.
Osią, wokół której skupia się cała dzisiejsza Liturgia, jest pragnienie Boga, który chce się spotkać z każdym człowiekiem. Bóg, który ciągle szuka człowieka, nigdy się nie poddaje.
Jeśli odpowiem na to pragnienie Boga, jeśli spróbuję je zaspokoić, pozwalając Mu się ze sobą spotkać, wtedy pozwalam by w moim sercu pojawiła się prawdziwa wiara. Wiara, która nie jest tylko przykrym obowiązkiem, wypełnianiem niezrozumiałych rytuałów i nakazów, które zdają się nic nie mieć wspólnego z moim życiem, ale wiara która jest spotkaniem z żywą Osobą. O to tak naprawdę chodzi w modlitwie, w niedzielnej mszy św., w przestrzeganiu wszystkich przykazań – o spotkanie z żywą Osobą. Bez tego spotkanie, wszystkie podejmowane przeze mnie praktyki religijne tracą sens. Są tylko wydmuszkami, które rozbijają się na pierwszym życiowym zakręcie.
W Wielki Poście, Kościół zachęca nas do podjęcia pracy nad sobą, podjęcia różnych wyrzeczeń. To umartwienie nie jest jednak bezcelowa. Chodzi o to, by spróbować odsunąć to wszystko, co mnie odgradza od Boga, co przeszkadza mi się z Nim spotkać i porozmawiać. Czasem są to nasze grzechy, ale czasem mogą to być i rzeczy dobre, które jednak, jak w zagraconym pokoju, nie pozwalają nam prawdziwie cieszyć się spotkaniem z kimś nam bliskim. Trzeba posprzątać, poukładać pewne rzeczy, żeby móc w pełni przeżywać radość spotkania.
Módlmy się o wrażliwe serce, które będzie potrafiło rozpoznać w spotkanym nieznajomym, w codziennym zabieganiu, w naszych radościach i smutkach, Jezusa, który chce się z nami spotkać.