My Opera is closing 3rd of March

Moje miejsce

, , , , , , , ,

Dla kogoś, kto generalnie jest zdrowy, nigdy nie leżał w szpitalu i nawet nie pamięta by kiedykolwiek przyjmował jakieś zastrzyki comiesięczna wizyta z Panem Jezusem w domach chorych jest wydarzeniem bardzo mocnym. Trzeba się spotkać nie tylko z człowiekiem, ale także z jego starością czy chorobą. Każda choroba czy starość jest inna.
Są tacy chorzy, którzy znoszą ją cierpliwie, na ile potrafią – cieszą się życiem. Są i tacy, którzy nie widzą już sensu dalszego życia. Nie czują się potrzebni. Przez całe życie ciężko pracowali, widzieli konkretne owoce swojej pracy. Teraz zaś przyszedł czas, kiedy sił już nie wystarcza, a i owoców życia nie widać.

Gdy rozmawiamy o tym poczuciu bezsensu życia zwykle odpowiadam: Gdyby Pan Bóg nas tutaj już nie potrzebował, to by nas zabrał do siebie, a skoro jeszcze tutaj jesteśmy, to znaczy, że jesteśmy tutaj potrzebni, mamy jakieś ważne zadanie do wykonania.
Kościół nazywa osoby chore i starsze swoim skarbem. To właśnie one są na pierwszej linii walki o serce człowieka. Przez swoją chorobę i cierpienie są szczególnie zjednoczone ze zbawczym cierpieniem ukrzyżowanego Jezusa. Dlatego tak wartościowa jest modlitwa tych osób. Warto, żebyśmy bardzo świadomie prosili te osoby o modlitwę w różnych naszych intencjach. W ten sposób możemy im pomóc odkryć nowy, głębszy sens ich cierpienia, starości. Możemy pomóc odnaleźć im na nowo ich miejsce we wspólnocie Kościoła.
Do tej wstępnej refleksji sprowokował mnie czytany dziś fragment 1 Listu do Koryntian (1 Kor 12, 12-30). Św. Paweł pisze o wspólnocie Kościoła, jako Mistycznym Ciele Chrystusa. Pisze o różnych członkach, które stanowią ten żywy organizm. Każdy z nich jest potrzebny, każdy ma do wykonania określone zadanie, każdy jest powołany do czegoś innego.
Apostoł pisze również o wzajemnej odpowiedzialności za siebie poszczególnych członków tego organizmu:

Bóg tak ukształtował nasze ciało (…) żeby poszczególne członki troszczyły się o siebie nawzajem. Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie; współradują się wszystkie członki.

Mamy więc być za siebie odpowiedzialni. Mamy zabiegać nie tylko o zdrowie swoje, ale także troszczyć się o zdrowie naszych bliźnich. Tak jak nasze zdrowie jest radością dla innych, tak też nasza choroba może być przyczyną ich choroby. Ale chodzi tutaj nie tylko o to zdrowie w sensie fizycznym, lecz przede wszystkim o zdrowie w sensie duchowym i moralnym. Chodzi o świętość lub grzeszność życia codziennego. Moje dobre, święte życie codzienne, sumienne wypełnianie swojego powołania, codziennych obowiązków, może być pomocą i zachętą do przemiany życia innych. Moje grzechy i przymykanie oczu na zło będzie dla innych usprawiedliwieniem ich grzechów i lenistwa w pracy nad sobą.
Myślę, że chyba coraz rzadziej patrzymy na siebie jako na cząstkę żywego organizmu. Organizmu rodziny, społeczeństwa, ale od momentu Chrztu Świętego również organizmu Kościoła. Coraz częściej myślimy o sobie jako o kimś całkowicie niezależnym od innych, kto może zawsze o sobie decydować. Nie trzeba więc być za nikogo odpowiedzialnym.
Wpaja się to już najmłodszym dzieciom, mówiąc im ciągle o posiadanych przez nich prawach, jednocześnie nie stawiając właściwie wymagań, wyręczając w najprostszych obowiązkach, nie ucząc odpowiedzialności za siebie i za innych, nadmiernie chroniąc przed porażkami życiowymi. Jest to tak powszechne, że dla wielu stało się już czymś normalnym.
Dla wielu rodziców tornister dziecka zawsze jest za ciężki, a droga do szkoły za daleka. Lekcji jest zawsze za dużo, a każda jedynka czy uwaga zawsze jest krzywdząca i stresująca dla dziecka. W kwestiach spornych z nauczycielem, zawsze trzeba stanąć po stronie dziecka – bo ten pewnie się na dziecko uwziął. Dziecko po szkole musi odpocząć, najlepiej przed komputerem, albo telewizorem, a zmywanie czy sprzątanie lepiej jak zrobi mama. Itd. itp.
Oczywiście specjalnie tutaj przejaskrawiam pewne zjawiska i Bogu dzięki, że są rodzice, którzy mądrze potrafią stawiać wymagania swoim dzieciom, ucząc je odpowiedzialności za siebie i za innych. W ten sposób najlepiej przygotowują je do dorosłego życia w zwariowanym świecie.
Jednak skutki takiego myślenia tylko o prawach z nielicznymi obowiązkami ponoszą już dziś młodzi ludzie, którzy stają przed wyborem życiowej drogi. Bardzo często nie wiedzą co robić. Jakie wybrać studia? Jaki zawód? Jakie życiowe powołanie? Przecież może mi się nie udać? Lepiej nie ryzykować pomyłki? A co jeśli to nie ta droga? Czy będę szczęśliwy w małżeństwie? Czy będąc siostrą zakonną, kapłanem będę szczęśliwy? Czy w ten sposób spełnię się w swoim życiu?
Boją się podjąć decyzję. Zawsze ważne decyzje podejmował ktoś inny. Teraz czują, że muszą to zrobić sami, a taka decyzja pociąga za sobą wyrzeczenie, ofiarę. Jest przecież tyle możliwości wyboru.
Posługując się językiem św. Pawła: ci młodzi ludzie nie potrafią odnaleźć swojego miejsca we wspólnocie Kościoła? Nie wiedzą jakim organem tego żywego organizmu są? Jakie zadanie mają do spełnienia?
Wzrastająca liczba młodych podejmujących życie bez ślubu, a z drugiej strony malejąca liczba powołań tak męskich, jak i żeńskich, to bardzo wyraźne znaki, że młodzi ludzie boją się decyzji, wymagających podjęcia ciężaru odpowiedzialności za siebie i za drugiego człowieka.
Co więc możemy zrobić? Jak im pomóc?
1. Przede wszystkim starać się o gorliwe wypełnianie swojego powołania: o bycie wzorowym ojcem, matką, ale także kapłanem, rolnikiem, nauczycielem itp.
Z przykrością trzeba to powiedzieć, że wielu młodych, patrząc na życie swoich rodziców nie chce powtarzać ich błędów, nie chce mieć „takiego” małżeństwa. Grzeszność odstrasza i sprowadza na manowce. Świętość pociąga i prowadzi do prawdy. Potrzebujemy więc świętych rodzin, w których rodzice będą uczyć swoje dzieci, co to znaczy być ojcem i matką. Potrzebujemy świętych kapłanów, rolników, nauczycieli… Dobre wypełnianie swojego zadania w Kościele motywuje innych do dobrego wypełniania ich zadań.
2. Drugi sposób podpowiada Ewangelia. Jezus wchodzi do synagogi w Nazarecie, otwiera księgę Izajasza i słowa Pisma Świętego odnosi do Siebie. Pokazuje jakie zadanie przeznaczył Mu Bóg. Odpowiedź na pytanie człowieka o jego drogę życiową jest zawsze w żywym słowie Bożym. Nie wiesz co masz robić? Słuchaj i pytaj Słowa Bożego – Bóg da Ci odpowiedź.
3. A z drugiej strony naszą bardzo konkretną pomocą dla ludzi młodych będzie nasze przejęcie się Słowem Bożym. Staranie o życie jego wskazaniami. Szacunek dla Pisma Świętego i nauczania Kościoła.
Jeśli więc chcemy szczęścia dla dzieci czy wnuków, to musimy wskazać im świętością życia codziennego, jakie Bóg przygotował dla nich zadanie, jakie jest ich miejsce we wspólnocie Kościoła. Jesteśmy bowiem za nich odpowiedzialni przed Bogiem.

Bo cuda dzieją się...Na szczycie...

Write a comment

New comments have been disabled for this post.