Skip navigation.

Secrets Of The Beehive

czyli człowiek z magnetofonem w nosie brata

Turntablerocker - Love Supreme



Znowu Turntablerockerzy, ale tutaj trochę erotyki i znowu fiksacja jajeczna :smile:

Turntablerocker - A little funk



W tym tygodniu rządzi oldskul i Turntablerockerzy :smile: Te teledyski, no, szał... :smile: Fiksacja jajeczna i totalny eklektyzm, etc, etc.. :smile:

Reggae Dub Festiwal 2008 - Bielawa [ostatni weekend]

Filmik taki sobie, chciałem go zrobic na taki "archiwalny", ale za mało materiału i umiejętności mizerne... :smile:
Pozdrowienia dla całej ekipy, było super. Love & Peace :smile:

Podsumowanie rejsu - filmowo :)

Dzien 15 - pożegnanie i droga do domu


Rano o godz. 1000 spotkanie z kapitanem, podsumowanie rejsu i rozdanie opinii. W marinie kręcą się już nowi załoganci, a nas zaczyna ogarniać przygnębienie. Mirek rozwiózł ludzi na dworzec. Obiecał też że może być naszym skiperem w przyszłym roku - myślimy o Chorwacji.
Na dworcu problem z pociągami, nie ma już biletów. Ostatecznie jedziemy pociągiem z przesiadką w Poznaniu.Miejsc siedzących brak, stoimy na korytarzu. W Poznaniu porywa nas z peronu Sylwia i ostatecznie zostajemy tam na noc. Rano znowu w pociągu.
Teraz już w domu i aklimatyzacja do dziwnie stabilnych warunków i obszernych łazienek i WC :smile:

Dzień 14 - popołudnie i wieczór


W deszczu oddaliśmy honory bohaterom Westerplatte. Później cumowanie w marinie w Gdańsku i jakieś takie ogłupienie - co teraz ? Koniec tego naszego małego światka, czasem skłóconego, często roześmianego, zmęczonego, przerażonego... Ale naszego, zawieszonego gdzieś tam w kosmosie wielkiej wody... Padają nawet propozycje, żeby adoptować Tymka, a co ciekawsze - żeby wysadzić kapitana na tratwie, porwać jacht, zmienić banderę i uciec wspólnie do Amsterdamu, a potem dalej i dalej przed siebie... Agata coraz częściej ma ataki histerycznego śmiechu, to też znaczące.
Pan Szanowny Kapitan bardzo szybko klaruje nasze "zamotasupłane" myśli i emocje, rzuca hasło p.t. "sprzątanie jachtu". Tak więc do wieczora robimy porzadki WSZEDZIE (czytaj:zapierdalamy). Grupa "Szprota" tak zapaskudzila WSZYSTKO, że YogiKuba wręcz płacze sprzątając bakisty na bakburcie. Okazało się również, że cały olej który Duży Józef dolał do diesla Perkins'a pływa w zęzie. Do jego utylizacji chętnych brak. Juliusz niespodziewanie odnajduje źródła pierwotnego szczęścia biegając na bosaka przy polewaniu pokładu zimna wodą, co pewnie wpłynie negatywnie na jego matematyczne paradygmaty natury rzeczywistości.
Wreszcie koniec, nadchodzi noc i wyruszamy zorganizować sobie na własną rękę wieczorek kapitański bez kapitana, który to dyskretnie nas opuścił udając się do córki spełniać obowiązki dobrego ojca (córka nota bene niczego sobie, ale bała się integrować z załogą:smile:).
Wieczorek kapitański bez kapitana był dosyć dziki, ale każdy wie o co chodzi. Dobrze, że pan "X" jednak nie skoczył do Motławy, że pan "Y" przebiegał ronda w poprzek, a nie dookoła, że pan "Z" odpuścił integrowanie się z podejrzanie uprzejmymi paniami spod Neptuna, że dresiarze w Gdańsku mają wysoką kulturę osobistą, że pani "V" puszczała samoloty jedynie na ulicy,a nie z dachu, no i że na szczęście kwiaciarki gdańskie wykazują uczucia macierzyńskie...
A rano o godz. 1000 spotkanie pożegnalne z kapitanem Mireczkiem, opinie z rejsu i końcowy "spicz" :smile:
(czarno to widzę)

Dni 13 i 14 - kierunek south

W środę rano wypłynęliśmy z Karehamn w stronę Gdańska. W piatek nad ranem byliśmy na wysokości Władysławowa. U niektórych odezwała się znowu choroba morska, bo mieliśmy w trakcie tego przelotu największe dotychczas fale. Ktoś podobno rzygał nawet piaskiem (?). Zastanawiam się jak to jest, gdy płynie się bez zawijania do portu np. miesiąc. My po w sumie ok 2,5 doby nonstop na morzu zachowywaliśmy się już jak jakieś maszyny do sterowania, spania, jedzenia, gotowania, wymiotowania, wstawania co parę godzin na wachty, sprawdzania pozycji na mapie, etc, etc. Załoga brudna, niewyspana, najedzona byle czym. Jedni stoją na wachcie, reszta śpi gdzie popadnie w kabinie w oczekiwaniu na swoją kolej na pokładzie. I tak wyglądają te "wczasy" :smile: W piątek o świcie kapitan z pierwszym of. postanawiają wpłynąć do Władysławowa, bo Witowo Radio podaje ostrzeżenia o kolejnym sztormie, co zresztą widać gołym okiem, bo łódka leży na boku na samej genui. We Władysławowie mamy czas na 2 godziny snu, kilka osób bierze kąpiel, zmieniamy też wielką genuę na foka. Godz. 0800 kapitan zarządza pobudkę i szybki start w kierunku Gdańska, czyli naszego portu docelowego, żeby zdążyć przed sztormem. Uświadamiamy sobie wszyscy, że w trakcie tych dwóch godzin w porcie, w tajemniczych okolicznościach zniknął pierwszy oficer Jerzy. Do teraz trwają debaty i spekulacje co się z nim stało. Ktoś go podobno ostatnio widział jak pomykał ze strzelbą po Borach Tucholskich, ale może to tylko plotka. W każdym razie naprawdę nie wiemy co się z nim stało. Tylko nasz szyper wie, ale milczy. Ale ok, startujemy do Gdańska. Płyniemy wzdłuż brzegu Helu i plaży tak blisko, że mam lęki, żeby czasem nie staranować jakiegoś ambitnego amatora żabki klasycznej. Gdy po południu docieramy Zatoki Gdańskiej zaczyna padać i wiać, ale nikt na to nie zwraca uwagi, bo zaczynają boleć serca - rejs powoli się kończy....
Piatkowy wieczór to już zupełnie inna, odrębna historia.. :smile: Na zdjęciu jeden z setek mijanych na morzu statków.

Dzień 11 i 12

Po 2,5 dniach integracji ze sprzedawcą ryb w Karehamn i szaleństwie karcianego hazardu, sztorm nareszcie minął i w środę rano wypłynęliśmy z Olandii na południe. Kurs 150 stopni,wiatr w mordę,ale ciągle do przodu. Wiatr przyjemny,chociaż fala jeszcze duża po sztormie. Załoga się cieszy,bo szwedzka wieś mimo, że "spokojna i wesoła", to jednak demoralizuje wszystkich-makao,black jack,kent,tysiąc,zagadki logiczne oraz nieustające obżarstwo i 4 kąpiele pod prysznicem dziennie to początek upadku największych żeglarzy:) Poza tym wszystko w porządku. Wszyscy zdrowi,początki szkorbutu zażegnane dzięki zapobiegliwości Juliusza. Superszprot i jego kumple nadal pozostają w ukryciu i zajmują się dywersją mającą na celu zatopienie jachtu i zabicie załogi; ewentualnie zmuszeniem nas do przesiadki na tratwę ratunkową... Tymek uczestniczy w spisku,niestety... Pozdr.dla wszystkich od nas wszystkich :smile: Ps.Leloo-Czapla to Łukasz Cz. alias Wielki Cza Ps.2 Na zdjęciu - sportowy styl życia załogi :smile:

Dzień 10 - przeczekiwanie sztormu

Jesteśmy nadal uwięzieni przez sztorm w Karehamn na Olandii. Cthulhu trzyma nas w swoich mackach. Miejsce postoju jest fajne-dzikie,pierwotne;małe opuszczone plaże i żadnych ludzi. Jest jeden sklep,ale tylko z rybami i ich setkami pochodnych-sery rybne,pasztety rybne,czekolada i pepsi też rybne. Papierosów i chleba brak... Wycieczka w deszczu i wichurze na drugi koniec wyspy po 5 bochenków pieczywa była dobrą okazją do przetestowania sztormiaków. Prognoza pogody jest nieciekawa. Nie zdążymy już praktycznie na 99% do Klajpedy i Lipawy,bo musimy "piłować"przez cały Bałtyk w dół,żeby na sobotę dotrzeć do Gdańska. Morale załogi pada,co objawia się totalnym syfem w kambuzie. Tajemnicza puszka szprotów,która sama się otworzyła, a później ukryła gdzieś w swoim prywatnym śpiworku towarzyszy nam od kilku dni. Nawet Agata już się przyzwyczaiła i twierdzi,że nie widzi większej różnicy pom.wszechobecnym aromatem superszprota a Hugo Bossem,a nawet woli to pierwsze:) Ps.kartek pocztowych nie będzie

Dzien 7 (cd) 8 i 9

Te trzy dni upłynęły zasadniczo pod znakiem Gotlandii i Olandii.W piątek rano wypłynęliśmy z Kalmaru (pod tym słynnym mostem),kierując się do Visby.Ograniczenia czasowe w związku ze słabym wiatrem sprawiają,że w żadnym porcie (łącznie z Visby) nie nocujemy-zostajemy nie dłużej niż kilka godzin i płyniemy dalej. Załoga już coraz częściej rzuca tekstami,że to takie "większe Mazury". Chyba w związku z tym gadaniem,od sobotniego(wczorajszego) wieczora dostajemy tu nieźle w dupę.Wiatr tak stężał,że kapitan sam większość nocy walczył na sterze. Do rana leżeliśmy z Czapla na podłodze w jachcie ubrani już w sztormiaki i szelki,żeby w razie potrzeby szybko wyskoczyć na pokład do refowania lub zrzucania żagli. W kabinie jachtu chaos-wszystko latało w powietrzu,łącznie z ludźmi. W niedzielę po południu dobiliśmy do małego portu rybackiego (śliczne miejsce) na Olandii,żeby trochę odpocząć po tej huśtawce,wyspać się i posprzątać burdel na łódce.. Na zdjęciu ten porcik,1sza z lewej-nasza łódeczka:)