Wyjazd do Legnicy
Monday, May 19, 2008 5:30:58 PM
Ale od początku.
Wyjechaliśmy z lekkim opóźnieniem, co było do przewidzenia. Zwrot ten brzmi niemal to: Co Należało Udowodnić. W Warszawie staliśmy w korku i potem już po przejechaniu 50 kilometrów zaradzano postoju. Na pierwszej stacji nie było wody – pech. Większego miała tyko bliżej nieznana nam grupa, która, po wydostaniu się ze swojego pojazdu rzuciła się galopem w stronę charakterystycznie oznakowanego budynku, a na drzwiach zastała kartę „Nieczynne”.
Toaletę znaleźliśmy nie całe 5 kilometrów dalej i natychmiast została oblężona.
Potem jechaliśmy spokojnie zatrzymując się co dwie godziny.
Ostatni postój miał miejsce pod Wrocławiem w McDonald’s czynnym do 22.00. Byliśmy tam za piętnaście i szanowana menager zamiast uruchomić dodatkową kasę zamknęła drzwi, przez co połowa chóry stała na zewnątrz…
Ocena miejsca zakwaterowania:
Akademik fajny. Czekałyśmy do samego końca i dostałyśmy ładną odremontowaną trójkę z własną łazienką. Biorąc pod uwagę, że większość to były pokoje czteroosobowe bez łazienki, to osiągnęłyśmy szczyt burżuazyjnego przepychu.
Skład osobowy: Ja, Mirtle i Maja.
Oczywiście pierwszego wieczoru trwała nieustająca pielgrzymka, mająca na celu nasz pokój, a szczególnie łazienkę.
Sam pokój ładny – szczególnie w porównaniu z Zabójczo Różowym Męskim Pokojem Naprzeciwko.
Jedzenie:
Może być. Jadałam już gorsze rzeczy w gorszych miejscach podczas wyjazdów z orkiestrą. Plus za ketchup do śniadania i w miarę nie rozmoczone płatki.
Sobota:
Mieliśmy próbę ustawienia, podczas której Tomasz usiłował mnie przechrzcić na Agatę twierdząc ostatecznie, że „właściwie nie ma różnicy”. Owszem obie z Agatą jesteśmy pierwszymi sopranami, ale podobne to my raczej do siebie nie jesteśmy. Chyba, że bardzo wcześnie rano, po dużej ilości piwa.
Między śniadaniem, a próbami udało nam się z Mirtle trochę powłóczyć – Legnica jest fajna – to jedyne znane mi miasto z taką ilością talerzy od satelity przypadających na jednego mieszkańca.
Pośpiewaliśmy trochę w tym miejscy, gdzie potem był konkurs. Połaziliśmy po mieście wyglądając jak pielgrzymka bezcelowa.
Zaśpiewaliśmy.
Bilans śpiewania:
Nagród: zero
Dyplomów: jedna sztuka
Plus bonus w postaci jednej zemdlonej kobity – czyli rzecz jasna mnie.
Wszystko wydawało się w porządku, po opuszczeniu tej dusznej sali – nawet chwilę pożartowałam z dziewczynami, ale gdy zaczęłam iść w stronę autokaru nagle zrobiło się ciemno i złożyłam się jak… nie wiem… Oprzytomniałam siedząc na chodniku. Dyrygent siedział tuż obok, a Pieron wyglądał na zaniepokojonego. Reanimacji dokonała zorganizowana grupa w składzie:
Mirtle ”Hej, żyjesz?”
Agnieszka „Wody”
Studentka Medycyny (Chór kameralny AM we Wrocławiu) „Bo tam było duszno”
Tomasz „To ja sobie posiedzę na chodniku w moim wyjściowym garniturze”
Pieron „Biorę 2,50 za godzinę wachlowania”
Więcej osób nie pamiętam. Potem byłam cała lepka i miałam wypić jakąś dziwną substancję. A... I oczywiście wszyscy oglądnęli sobie moje pończochy. Spódnica nie jest dobrym strojem do mdlenia...
Wieczorem był koncert chóry z Litwy i Brazylii. Chór SGH siedział na dziedzińcu i pił piwo, bo sala była nieprzyzwoicie duszna.
Potem odczytali wyniki – oczywiście nie zakwalifikowaliśmy się. Dzięki temu mieliśmy wcześniej wrócić do domu.
Wieczorem chór urządził imprezę integrując się ze sobą wzajemnie i z kim się tylko dało.
Niedziela:
Mieliśmy szybko zaśpiewać i ruszać, a okazało się, że prawie godzinę czekaliśmy na rozpoczęcie uroczystości – trochę śpiewaliśmy w ramach popisów między zespołami. Jako sukces należy uznać odnalezienie jedynego okna, które dało się otworzyć.
Zaśpiewaliśmy „Lajona” z nowym układem choreograficznym (Gonia – rącza zebra) i nowymi zwierzątkami (wszystkimi jakie tylko się dało wymyślić. Zabrakło tylko krokodyla). Była propozycja, by Tomek zaczął utwór nieco inaczej (wersja aktywna – Tarzan na tropie Jane), ale niestety nie przeszła.
Na tym niedzielnym rozdaniu nagród bawiliśmy się świetnie – pstrykaliśmy do rytmu zwycięskiemu zespołowi, robiliśmy meksykańską falę (cztery razy), a na koniec wkręcaliśmy żarówki i prezentowaliśmy zaawansowanego Parkinsona kończyny górnej.
Nie mogę zapomnieć o tak drobnym fakcie, że w naszych szeregach znalazła się szefowa spółki KGHM polska Miedź ( Doda), która dostała głośniejsze oklaski niż zwycięski chór.
Jeśli coś mi się przypomni to jeszcze o tym napiszę…
Edit:
A ze mną to chyba coś jest nie tak, bo dziś Magda wraz z Wroniakiem zbierali mnie z podłogi, piekłoń.












