Skip navigation.

Docendo discimus

blog nauczyciela, który lubi szkołę

Internet się starzeje

,

We wpisie z 1 listopada tego roku profesor Śliwerski przyznaje mi zaszczytny, acz słusznie zasłużony tytuł najbardziej doświadczonego z trójki blogerów - Chętkowski, Mały, Śliwerski, ponieważ mój pierwszy wpis pojawił się w październiku 2005 roku. Ledwie sięgam pamięcią do tego dnia, gdy opublikowałem pierwszy wpis na blogu, a przecież to nie był początek mojej przygody z internetem.
Moja pierwsza witryna znajdowała się na serwerach Tripod.com i miała piękny adres internetowy zawierający tyldę, znak wówczas powszechny w wirtualnym świecie, a dzisiaj prawie że zapomniany. Ale nie tylko tylda odchodzi z wolna do historii. Kto dzisiaj pamięta, że miał skrzynkę pocztową i stronę na Polboxie? Było mi niezwykle smutno, gdy w ostatnim czasie zaczęły znikać serwisy internetowe, które w latach dziewięćdziesiątych były dla mnie synonimem sieci. Lycos - powiązany z Tripodem - nagle zwinął skrzydła i po swoim brytyjskim portalu pozostawił jedynie informację o zakończeniu działalności. Yahoo! zrezygnowało ostatnio z dalszego utrzymywania Geocities, na którym kiedyś miałem mirror strony i które wydawało mi się miejscem, w którym trzeba być obecnym. Intensywnie używałem Yahoo!Groups, znakomitego pierwowzoru forów i list mailowych, wokół których tworzyły się prawdziwe społeczności użytkowników. Dziś z roku na rok coraz mniej studentów jest w stanie wyjaśnić, co to w ogóle są grupy dyskusyjne, nie wspominając już o tych opartych o protokół NNTP. Usenet to coś, co w tekstowym internecie było odpowiednikiem dzisiejszych forów, ale wraz z pogłębiającą się interaktywnością wszystkich stron i portali przestało dla nich mieć rację bytu, choć moim zdaniem - nawet jeśli w pewnej niszy - tętni wciąż życiem.
Pamiętam, jak sceptycy kręcili głową, gdy Google chciało poszerzyć swoją działalność i przestać być postrzegane jako wyłącznie wyszukiwarka. Nie dawali mu szans, rynek był już podobno zagospodarowany przez ówczesnych gigantów. Dzisiaj, gdy uczniowie zauważą przy otwieraniu przeze mnie przeglądarki, że mam ustawione My Yahoo jako stronę startową, dziwią się i pytają, czemu nie iGoogle.
Internet jest nieprzewidywalny. Nie sposób dzisiaj powiedzieć, jakie usługi go zdominują za dziesięć czy dwadzieścia lat i w jakim pójdzie kierunku. Bywa (znakomicie ilustruje to sukces Naszej Klasy czy Gadu-Gadu), że zupełnie prymitywny portal czy usługa, nie wnoszące niczego nowego i bazujące na rozwiązaniach od dawna obecnych, nagle odnoszą olbrzymi komercyjny sukces, chociaż alternatywne portale i konkurencyjne usługi zdają się być o wiele ciekawsze, zaawansowane i rozbudowane, a oferowane przez nie możliwości są o wiele większe.
Odkąd używam z uczniami platformy e-learningowej, musiałem się zawsze liczyć z malkontentami, którzy z mniej lub bardziej obiektywnych względów wykorzystywali fakt, że sugeruję im korzystanie z internetu jako kanału komunikacji ze mną i pozyskiwania materiałów dydaktycznych, do składania na mnie oficjalnych skarg i stawiania mi zarzutów. W tym roku szkolnym, jak zawsze, przeznaczyłem całą godzinę lekcyjną w pierwszych klasach we wrześniu na to, by pokazać, jak założyć konto w Moodlu, potem byłem gotów dać każdemu czas na założenie konta w szkole. I po raz pierwszy okazało się, że to zbyteczne. Że przecież każdy ma komputer i internet w domu. Moje niedowierzanie panowie z pierwszych klas technikum przyjęli ze zdziwieniem i patrząc na mnie jak na kretyna poinformowali mnie, że nie żyją w średniowieczu i mają w domach nie tylko dostęp do sieci, ale także bieżącą wodę i inne osiągnięcia cywilizacji.
Łukasz powiedział mi ostatnio, że mnie internet "cieszy" bardziej niż jego, chociaż on związał się z internetem i informatyką zawodowo. I ma chyba rację. A to, co mnie cieszy najbardziej, to gwarancja wielkiej przygody, niespodzianki związanej z kierunkiem dalszego rozwoju sieci. Moja obecność w internecie zaczęła się w roku 1996, "dwa lata przed erą Google", w okolicach Nowego Kleparza. Aleje i Kleparz nigdy nie zmienią się tak bardzo, jak internet potrafi się zmienić w ciągu kilku lat.

Wpadka z kondolencjami

, ,

Kpimy sobie notorycznie z naszego Prezydenta, kpimy z jego brata, który chociażby ostatnio oskarżył komunizm o wymordowanie dziesiątek miliardów ludzi. Członkowie gabinetu i parlamentarzyści są jednym z najpopularniejszych tematów żartów. A tymczasem w każdym kraju przywódcami są ludzie, a errare humanum est, więc wszędzie trafiają się wpadki. Niestety, czasami są one bardziej smutne i żałosne, niż śmieszne. Tak na przykład jest z listem Gordona Browna do Pani Jacqui Janes, której dwudziestoletni syn zginął w październiku na misji wojskowej w Afganistanie.
Nie wiem, czym kierował się Premier Wielkiej Brytanii uznając za stosowne, by napisać do pogrążonej w żałobie matki odręcznie. Może kondolencje miały dzięki temu stać się bardziej osobiste, głębsze, pełne empatii i współczucia, niż byłoby w przypadku listu wydrukowanego laserówką z rządowego komputera? A może Pani Janes wysłano przez pomyłkę jedynie szkic, brudnopis, jaki w zamyśle autora miał trafić do sekretarki i zostać przez nią przepisany przy użyciu edytora wyposażonego w narzędzia korekty językowej?
W liście, o którym donosi dzisiaj The Sun, roi się od błędów, w tym tak rażących, jak przekręcone nazwisko adresatki i skreślenia i poprawki w imieniu poległego żołnierza. Trudno się dziwić, że w Wielkiej Brytanii po upublicznieniu tego listu pojawiły się głosy, że premier jest nieczuły na los Brytyjczykówi na misjach i ich rodzin w kraju i nie jest świadom powagi sytuacji. Gordon Brown zadzwonił osobiście do Pani Janes, by przeprosić ją za popełnioną gafę, wydaje się jednak zupełnie niestosownym, by list z kondolencjami napisać tak pośpiesznie, na kolanie, tak niedbałym charakterem pisma, nie upewniając się nawet, jak dokładnie nazywa się adresatka i jak miał na imię jej syn.
Jak wylicza The Sun, w liście szef brytyjskiego rządu przekręcił nazwisko adresatki, popełnił błąd ortograficzny w imieniu jej syna, a następnie poprawił ten błąd, nanosząc poprawną pisownię pogrubioną literą, popełnił trzy kolejne błędy ortograficzne (greatst, condolencs, colleagus) i użył zaimka you zamiast your. Osiemnastokrotnie byle jak napisał literę i, przeważnie pomijając kropki nad tą literą, a raz - w wyrazie security - postawił nad nią dwie kropki. Przesadził także z użyciem zwrotów grzecznościowych kończących list - powinno być albo My sincere condolences, albo Yours sincerely, a w każdym użycie obok siebie sincere i sincerely nie najlepiej się prezentuje.
Warto odnotować, że The Sun - tak gorliwie wyliczający błędy popełnione przez premiera, sam nie jest nieomylny. W ich artykule znalazł się błędnie zapisany wyraz misspell:

He would never knowingly mis-spell anyone's name.


Zdjęcie z artykułu w The Sun.

Permanentna świńska grypa

,

Podobno mamy zwracać szczególną uwagę na frekwencję i zgłaszać do odpowiednich władz przypadki klas, w których liczba nieobecnych uczniów osiągnie 20%. Wszystko to w świetle zagrożenia epidemią świńskiej grypy, która szaleje właśnie za ukraińską granicą i osacza nas niczym mgła z horroru Stephena Kinga.
Gdy usłyszałem ten komunikat po raz pierwszy, rozmarzyłem się. Jak by to było cudownie, gdyby frekwencja w klasach była zawsze powyżej 80%. Nie trzeba by się przejmować faktem, że gdy omawiasz konstrukcję rozprawki argumentatywnej, połowy uczniów nie ma, potem innej połowy nie ma wówczas, gdy omawiasz z nimi napisane przez nich na próbę rozprawki, a część przychodzi dopiero za trzecim czy czwartym razem i ani nie była na pierwszej poświęconej tej tematyce lekcji, ani nie oddała do sprawdzenia swej własnej pracy, ani nie była na lekcji, na której omawialiśmy tezy, argumentację i podsumowania w rozprawkach kolegów, ani po dziś dzień nie zabrała się za uzupełnienie zaległości. Uczniowie, przynajmniej niektórzy, są bowiem ludźmi bardzo zajętymi i z racji powagi swoich obowiązków uważają za zupełnie usprawiedliwiony i zasadny fakt lekceważenia obowiązków szkolnych. Czym bowiem jest taka rozprawka argumentatywna w porównaniu z burakami czy cebulą, które trzeba zwieźć przed zimą z pola, wyjazdem po samochód kupiony na Allegro kilkaset kilometrów od domu, czy udziałem w kilkudniowych rekolekcjach maturzystów organizowanych przez ...szkołę? Co więcej - powody opuszczania lekcji są na tyle poważne, że - zdaniem niejednego ucznia - usprawiedliwione jest również pozostawianie sobie nieodrobionych prac domowych i nieuzupełnianie zaległości.
Uczniowie w klasie maturalnej potrafią sobie to wszystko bardzo starannie skalkulować i bywa, że wykorzystują do granic możliwości regulaminowe limity absencji. Czasami, robiąc to, uwzględniają swoje rzeczywiste potrzeby edukacyjne i wybierają godziny lekcyjne, które są im bardziej potrzebne, jak Robert i Łukasz, którzy na zwykły angielski w ostatni piątek wprawdzie nie przyszli, ale na popołudniowy fakultet dla zdających egzamin rozszerzony - owszem - dotarli. Czasami jednak przeważają argumenty czysto ekonomiczne, rodzinne, towarzyskie i pozaszkolne, a nie ma zupełnie znaczenia, jakie przedmioty się opuściło, by załatwić przyziemne, życiowe interesy, nieporównanie ważniejsze niż nauka.
Wydaje mi się, że albo uczniowie nie potrzebują świńskiej grypy jako wymówki, by co piąty z nich nie przyszedł do szkoły, albo epidemia grypy w moim miejscu pracy trwa nieprzerwanie odkąd się tu zatrudniłem.

Geje na Starowiślnej?

,

Studenci pisali wczoraj kolokwium, które trzeba było skserować. Studentów jest kilkudziesięciu, więc nawet na szybkiej kserokopiarce chwilę to musi potrwać, a klient w tym czasie przecież nie podda się medytacji, więc ogląda ogłoszenia na zawieszonej na ścianie tablicy ogłoszeniowej.
No i powiedzcie, czy to możliwe, by ktoś przypadkowo tak nazwał swój prywatny akademik? I czy trudno się dziwić studentom Wydziału Mechanicznego, że postanowili spolszczyć pisownię tej nazwy? Tylko, panowie, jak już iść na całego, to "y" pasowałoby zastąpić "j". "Ośrodek Geja".
A potem już nic, tylko na Starowiślną. Mile widziane pary (płeć niesprecyzowana). Na takim wielkim wydziale par męskich na pewno nie brakuje, jedną taką nawet znam, tylko że to są akurat panowie z Krakowa, więc akademik im niepotrzebny.

Włamanie do CKE

,

Jeśli ktoś ma ochotę odwiedzić stronę Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, to zastanie tam dzisiaj wieczorem dość nieoczekiwaną zawartość.
Ktoś się zdenerwował egzaminem próbnym z matematyki, ktoś inny nie zdał egzaminu z bezpieczeństwa.

Ciekawe, że w Linuksie pod tym samym adresem wyświetla mi się zupełnie co innego.

Maturalny maraton

, , ,

Robert jest uczniem wyjątkowo odpowiedzialnym i dojrzałym, a chodzi do klasy, z którą wyjątkowo dobrze mi się pracuje. Nie oznacza to bynajmniej, że nie potrafi mi w ostrych słowach przemówić do rozsądku, jeśli się ze mną nie zgadza, przyjmuję to jednak zawsze z pokorą. Natomiast dla jednego z moich kolegów z pracy ta sama klasa jest klasą szczególnie trudną, a Robert, którego ja szanuję i podziwiam, stanowi uosobienie chamstwa i prymitywizmu. Mateusz z tej samej klasy, moim zdaniem bardzo szlachetny człowiek, ma u jednego z kolegów nauczycieli bardzo złą opinię. Z kolei Michał, który poprawia mnie, gdy przejęzyczę się na lekcji, albo pomaga mi, gdy mam trudności z wysłowieniem się, to podobno niespotykany głupek. Widocznie wszystko jest względne, a uczniowie - jak i cała otaczająca nas rzeczywistość - mogą być różnie postrzegani.
Na tej samej zasadzie uczniowie Dariusza Chętkowskiego, którzy buntują się przeciwko procedurom i kalendarium matur, są dla niego - jak i dla "społecznego rzecznika praw ucznia" - Macieja Osucha - bohaterami, a dla mnie rozpieszczonymi leniami zmanipulowanymi przez media, a także - niestety - część nauczycieli. Maturzyści ci zbierają podpisy pod petycją do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, by egzaminy z poziomu podstawowego i rozszerzonego nie odbywały się tego samego dnia.
Od dawna ocena systemu egzaminów zewnętrznych jest tym, co różni mnie bardzo głęboko z tym wybitnym pedagogiem i opiniotwórczym blogerem. Zapewne w dużym stopniu wynika to z faktu, że uczymy różnych przedmiotów i mamy doświadczenia z zupełnie innym egzaminem maturalnym - on z języka polskiego, ja z języka angielskiego. Żaden z nas nie zna się pewnie zbyt dobrze na konstrukcji arkusza i kryteriach oceniania innego przedmiotu, niż swój własny, dlatego wydaje mi się, że powinniśmy unikać generalizacji i autorytatywnego wypowiadania się o całym systemie matur przez pryzmat własnych, jakże wąskich - w obrębie jednej specjalizacji - doświadczeń.
Podstawowym fundamentem nowego systemu maturalnego była porównywalność wyników maturzystów bez względu na to, w jakiej szkole przystąpili do egzaminu, stąd - w pierwotnej formule nowej matury - zdawanie egzaminu podstawowego przez wszystkich, a rozszerzonego - dodatkowo. Tę porównywalność zlikwidował potem pewien minister edukacji, któremu zawdzięczamy też tak zwaną "amnestię maturalną". Zdaje się, że wielu nauczycieli zapomniało, jak wielki chaos wtedy powstał, jak nieporównywalne były wyniki maturzystów i jakim cieniem się to rzucało na obiektywizm postępowania kwalifikacyjnego na uczelniach wyższych.
W bieżącym roku szkolnym maturzyści ponownie przystępują obowiązkowo do egzaminów na poziomie podstawowym, a jeśli zależy im na uzyskaniu dodatkowych punktów z poziomu rozszerzonego, deklarują jego zdawanie w ramach egzaminów dodatkowych. Wychodząc naprzeciw potrzebom maturzystów, formuła egzaminu została jeszcze bardziej uelastyczniona, umożliwiono bowiem zdawanie egzaminu z sześciu przedmiotów dodatkowych na dowolnie wybranym poziomie (chyba, że chodzi o przedmiot zdawany jako przedmiot obowiązkowy, wówczas egzamin dodatkowy musi być na poziomie rozszerzonym z tej prostej przyczyny, że do poziomu podstawowego zdający przystąpił w części obowiązkowej). W pewnym sensie wprowadzenie puli trzech przedmiotów obowiązkowych zdawanych na poziomie podstawowym przywraca porównywalność, o którą wiele środowisk i autorytetów upominało się, gdy ją kilka lat temu zatracono. Dzisiaj - gdy odkręca się tamte zmiany i dodatkowo daje się maturzystom większe możliwości wyboru - te same osoby protestują, a ja nie za bardzo potrafię to zrozumieć. Wydaje mi się, że robią wodę z mózgu maturzystom wmawiając im, że są pokrzywdzeni i zbijają na tym własny kapitał.
Zasadniczą przyczyną protestu maturzystów z Łodzi jest fakt, że pisząc z matematyki egzamin na obu poziomach spędzą w szkole prawie cały dzień. Rzeczywiście, przerwa między poziomem podstawowym a rozszerzonym, w trakcie której mogą odpocząć, zjeść obiad i zregenerować siły, jest drastyczną zmianą w stosunku do tego, czego doświadczyli ich koledzy i koleżanki piszący oba poziomy w 2005 roku. Tamci mieli tylko krótką przerwę i - szczerze mówiąc - chyba nie narzekali tak bardzo. Moim zdaniem można się zastanawiać nad tym, co jest lepsze: czy wolne popołudnie kosztem krótszej przerwy, czy egzamin od rana do późnego popołudnia, ale z czasem na odpoczynek między poziomami. Żądanie jednak, by rozbić te dwa egzaminy na dwa dni, jest niewykonalne i kto jak kto, ale nauczyciel pracujący w liceum powinien sobie z tego zdawać sprawę.
Weźmy na przykład same języki obce - jest ich sześć. Egzaminy pisemne z tych języków to sześć dni. Jeśli rozbijemy to na oddzielne dni dla oddzielnych poziomów, to już dni dwanaście. Dodajmy do tego dwa dni na język polski, dzień na język mniejszości narodowej, a wówczas już nawet nie dwa, ale trzy tygodnie musi trwać samo zdawanie języków i to samych egzaminów pisemnych.
Jak protestujący maturzyści wyobrażają sobie technicznie spełnienie swoich żądań? Owszem, jest proste rozwiązanie - robić maturę w lipcu. A przynajmniej od ostatnich tygodni czerwca, kiedy to szkoła i tak już nie prowadzi zajęć dydaktycznych z młodszymi klasami. Potem nie trzeba się przecież wcale tak bardzo spieszyć z wynikami matur, bo zewnętrzne egzaminy maturalne w znacznym stopniu wyeliminowały potrzebę przeprowadzania egzaminów wstępnych na uczelniach. Właśnie - w dyskusji o rzekomym potwornym dyskomforcie zdawania dwóch poziomów egzaminu jednego dnia zwolennicy tego argumentu zapominają chyba zupełnie, że przed laty sami siedzieli na maturze pisemnej pięć godzin zegarowych, a po otrzymaniu świadectwa dojrzałości musieli jeszcze przechodzić przez żmudny proces egzaminów wstępnych na uczelni. Składając dokumenty w dwa miejsca niektórzy musieli z dnia na dzień przemieszczać sie kilkaset kilometrów z uczelni na uczelnie, bo egzaminy byly tak zaplanowane.
Rozpoczynając matury z początkiem maja i spełniając żądania maturzystów z Łodzi dochodzimy do absurdu, w którym w szkole przez dwa miesiące nie ma normalnych lekcji, tylko odbywają się matury.
Na kanwie dyskusji o dwóch egzaminach jednego dnia wytacza się ciężkie działa przeciwko nowej maturze w ogóle, tymczasem prawda jest taka, że z armat tych strzela się kulą w płot. Nie znam się na języku polskim i na maturze z języka polskiego, ale w języku angielskim stara matura przy nowej wypada naprawdę blado - była nieprofesjonalna, nieobiektywna, nieporównywalna.
To nieprawda, że "na egzaminie maturalnym marnuje się potencjał intelektualny zdolnych uczniów". Wbrew ciągłemu utyskiwaniu na rzekomo zabijający kreatywność mityczny klucz, nowa matura pozwala wykazać się kreatywnością, nie daje możliwości wykazywania się jedynie przy pomocy powielania szablonów, daje maturzyście olbrzymie pole do popisu, a kryteria oceniania i sposób pracy w zespole egzaminatorów pozwalają docenić wypowiedzi wybitne i nieszablonowe. Zadania egzaminacyjne i cały arkusz są przemyślane i dopracowane, czego nie dało się czasem powiedzieć o starej maturze.
W dyskusji pod wpisem Pana Darka kwestionuje się profesjonalizm egzaminatorów, warunki i godziny pracy zespołu, a przecież istnieją sprawne i skuteczne mechanizmy, stale zapewnieniające dążenie do głębokiej rzetelności i obiektywizmu oceniania, o czym na starej maturze też chyba nikt nie słyszał. Odnoszę wrażenie, że komentujący rozpowszechniają stereotypy i plotki zasłyszane od kogoś, kto jest sfrustrowany, bo nie przyjęto go do zespołu oceniającego egzamin albo - dzięki wspomnianym właśnie mechanizmom kontrolnym - usunięto go z niego. Dla kogoś, kto od lat uczestniczy w ocenianiu egzaminu maturalnego, większość ich argumentów jest absurdalna i śmieszna, a dodatkowo - jeśli są nauczycielami w szkole średniej - podważa ich zawodowe kompetencje. Szkoda, że zamiast zainteresować się celami i metodami oceniania zewnętrznego, dezinformują swoich uczniów, a przy okazji osoby postronne.
Robert, o którym napisałem na początku, zdeklarował zdawanie matury z pięciu przedmiotów dodatkowych, w tym z języka angielskiego na poziomie rozszerzonym. Ten bardzo zapracowany dwudziestolatek ma firmę zajmującą się produkcją i montażem bram, krat i ogrodzeń, prawo jazdy na samochody ciężarowe, jest pracodawcą. Nie zawsze ma czas przyjechać punktualnie do szkoły, nie zawsze może zostać na zajęciach pozalekcyjnych, nie wydaje mi się, żeby miał ochotę zdezorganizować sobie cały kalendarz, bo jakimś jego rówieśnikom z Łodzi uda się wymusić na Centralnej Komisji Egzaminacyjnej zmianę terminarza matur. Gdybyśmy wszyscy funkcjonowali w myśl zasady "jedno poważne zadanie dziennie", Robert zajmowałby się w danym dniu albo produkcją, albo transportem, albo montażem bramy, albo szedłby do szkoły, tymczasem jemu udaje się pogodzić te rzeczy, a czasem zrobić jeszcze więcej. Ja też powinienem się mocno zastanowić nad tym, co na co dzień robię. W jednym z komentarzy pod wpisem Pana Darka pada ironiczne pytanie:

Rozumiem, że nie będziecie potem oczekiwać od chirurga zajęcia się dwoma pacjentami w ciągu dnia, od taksówkarza dwóch kursów i wybaczycie urzędniczce w okienku przerwę na kawkę po co drugim petencie, a nauczycielowi, że nie pojawi się na wywiadówce po lekcjach - to takie męczące!

Nieobliczalni

, , , ...

Mam prawo pobrać ze służbowego serwera produkt w postaci systemu operacyjnego, którego reklamę zamieszczam poniżej. Nie pobiorę i nie skorzystam, nawet z ciekawości.
Litość mnie bierze, gdy zdezorientowani uczniowie pytają w mailach, jak otworzyć pdf-a czy djvu, popularne formaty dokumentów, z którymi moje Ubuntu radzi sobie bez problemu przy pomocy tej samej przeglądarki, której używa do eksploracji katalogów. Dziwię im się, że cierpliwie godzą się na ciągłe awarie czy utratę danych, chociaż rozumiem też niektóre argumenty, które skłaniają ich do wyboru systemu Windows.
Ale gdy patrzę na poniższą reklamę, ręce mi opadają. Jak to możliwe, że kolosalna firma zatrudniająca rzesze ludzi i za ciężkie pieniądze sprzedająca swój system operacyjny i inne oprogramowanie, którego odpowiedniki o otwartym kodzie dostępne są publicznie za darmo, wypuszcza flagowy produkt, zleca - zapewne za równie duże sumy - wielką kampanię reklamową, a na jednym ze sztandarowych wizerunków tej kampanii umieszcza slogan z poważnym błędem językowym?
Czy patrząc na coś takiego można jeszcze mieć ochotę kupić pakiet biurowy tej firmy, oferujący narzędzia językowe?

Dla niezorientowanych: less używamy z rzeczownikami niepoliczalnymi. Z policzalnymi - fewer.

Alternatywne dylematy

,

Adrian Mole, lat 13 i pół, bohater bestsellerowej książki Sue Townsend, uważał bodajże, że noszenie sztruksów jest oznaką intelektu. Ani jednak wytarte sztruksy, ani niemarkowe adidasy w stylu nieludzko inteligentnego i cudownie cynicznego doktora House'a nie były w stanie ukryć, że słoma wystaje ze mnie w każdym miejscu, a do zaszczytu, jaki mnie wczoraj spotkał, w ogóle nie dorosłem. Miałem przyjemność zasiąść w jednym panelu dyskusyjnym z dwoma zacnymi blogerami, profesorem Bogusławem Śliwerskim, rektorem Wyższej Szkoły Pedagogicznej, oraz Dariuszem Chętkowskim, nauczycielem XXI Liceum Ogólnokształcącego w Łodzi i autorem znakomitych pozycji, które zalecam do czytania wszystkim pedagogom, zwłaszcza tę, której tytuł łudząco jakoś przypomina metaforę w jednym z moich wpisów.
Nasz wspólny panel był częścią VI Międzynarodowej Konferencji "Edukacja Alternatywna - dylematy teorii i praktyki", a dzięki uprzejmości mojego Szefa i faktowi, że sporo klas jest na praktyce, dane mi było przysłuchać się większej części obrad tej konferencji. Szczególne wrażenie wywarli na mnie swoimi referatami dr Piotr Bauć oraz profesor Tadeusz Szewczyk, ale obrady pełne były ciekawych wykładów i głosów w dyskusji.
Słuchając tych głosów - tak na gremium, jak i w kuluarach - zwróciłem uwagę na pewną silną i niekoniecznie zasadną - moim zdaniem - dychotomię między edukacją alternatywną, poszukującą nowych, innych metod, a szkolnictwem publicznym, w mniemaniu niektórych osób zbukowato tradycyjnym, skostniałym i unikającym innowacji. Odniosłem wrażenie, że wśród uczestników konferencji jest pewna grupa pedagogów, dla których alternatywa jest domeną szkolnictwa prywatnego, a szkoła publiczna jest uosobnieniem wszystkiego co złe, martwe i prowadzące w ślepą uliczkę. Słysząc niewybredne, agresywne komentarze i docinki, jakie pod adresem nauczycieli ze szkół państwowych kierowały siedzące przede mną panie, czułem się chwilami bardzo niezręcznie i jako pracownik takiej właśnie placówki miałem chwilami ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Dziwnie się też czułem, gdy zjednoczeni w niechęci do kuratorium oświaty pedagodzy przeklinali wizytatorów, a tym samym Kazka, o którym dopiero co pisałem.
Jednocześnie w zaskakująco bezproblemowy sposób dogadywałem się z kuzynką, u której zatrzymałem się w Łodzi, a która jest dyrektorem prywatnego zespołu szkół (podstawówka, gimnazjum i liceum) i spędziliśmy razem długie wieczorne godziny rozmawiając o szkole, edukacji, nauczycielach i pedagogice. W naszej rozmowie szkoła publiczna nie jawiła się nam jako siedlisko wszelkiego zła i miernoty, a z kolei szkoła prywatna pokazywała czasem swoje ciemne oblicze. Podobno w Łodzi jest taka szkoła prywatna, o której mówi się, że uczniowie i nauczyciele niewiele tam robią, a instytucja istnieje tylko po to, by na preferencyjnych warunkach finansowych móc remontować budynek, którego rzeczywiste przeznaczenie jest całkiem inne.
Na szczęście dla większości uczestników obrad dychotomia alternatywa - tradycja nie jest jednoznaczna z podziałem na szkolnictwo prywatne i państwowe, a alternatywa jest z definicji procesem otwartym, ciągle ewoluującym i dążącym do bezustannej autoracjonalizacji. Gdyby wszyscy akademiccy pedagodzy traktowali nauczycieli praktyków ze szkół publicznych tak, jak większość nauczycieli praktyków traktuje pedagogów akademickich, nie mielibyśmy sobie prawdopodobnie nic do powiedzenia i nie bylibyśmy sobie w stanie wzajemnie pomóc, a przecież chyba wspólna praca na rzecz dzieci i młodzieży to powołanie i sens istnienia obu naszych profesji. Dyskurs między nami musi być rzeczowy, życzliwy i konstruktywnie krytyczny, ale pozbawiony uprzedzeń. A - co było widać na sali - szkodliwe fobie odzywają się chwilami po obu stronach.

Dowartościowany

, ,

Poproszony przez młodego amerykańskiego turystę na moście nad Sekwaną o zrobienie mu kilku fotografii wdałem się z nim w krótką i nieszczególnie głęboką rozmowę. W trakcie naszych pogaduszek starał się do mnie mówić po francusku, ja z kolei mówiłem do niego cały czas po angielsku, bo było dla mnie oczywiste, że to Amerykanin. Na odchodnym, mój sympatyczny rozmówca pochwalił mnie, że bardzo dobrze - jak na Francuza - mówię po angielsku, i że nie spotkał dotąd w Paryżu nikogo z tak poprawną wymową. Nie pozostając mu dłużny pochwaliłem go, że jego francuski również jest znakomity.
Cóż, wróci chłopak do Stanów dowartościowany i pewnie dalej będzie szlifować swój francuski i fascynować się zabytkami Paryża, na tle których go sfotografowałem.
No i dobrze, trzeba się wzajemnie dowartościowywać. Tylko że ja się chyba powinienem zabrać za swój francuski, bo gdyby mnie usłyszał, jak kaleczę język, którego on się uczy, pewnie by mu zrzedła mina.

Kazek z kuratorium

, , , ...

Kazek z kuratorium przeszkolił dzisiaj naszą radę pedagogiczną w zakresie formułowania i stawiania wymagań oraz oceniania uczniów. Pozwalam sobie powiedzieć o nim "Kazek", bo sam niejednokrotnie tak o sobie mówił, a używał też innych przydomków, pod którymi jest znany, mianowicie "Mały" oraz "Centrum Dezinformacji". Dowiedzieliśmy się wiele o Kazku, jego żonie Marii i córce Anielce, ponieważ - jak Kazek sam o sobie powiedział - uwielbia się wygadać i czynić dygresje. I, z czego Kazek świetnie sobie zdaje sprawę (także cytuję jego słowa), do jednych to trafiło, a inni przyjęli to nie do końca entuzjastycznie.
Dla mnie - i mówię to naprawdę szczerze - było to najbardziej inspirujące szkolenie, na jakim kiedykolwiek byłem, bo Kazek miał w sobie tyle radości, tyle energii, tyle wiary w to, że mimo własnych słabości i upadków można uparcie fedrować i dążyć do przodu, że - nie wątpię - niektórych słuchaczy udało mu się zarazić tą chorobą, na którą - sądząc po symptomach - chyba wspólnie z Kazkiem chorujemy. Kazek zdawał się ustawicznie zbaczać z tematu, jednak żadna dygresja w jego dwugodzinnym wystąpieniu nie była przypadkowa ani bezcelowa. Nawet gdy opowiadał o sukcesach kolarskich swojej córki, malowaniu sufitu w pokoju czy o filozoficznych dywagacjach zmarłej dopiero co Barbary Skargi.
Były dwie rzeczy, które sprawiły mi szczególną przyjemność podczas kazkowego szkolenia. Pierwszą była mina moich kolegów nauczycieli, których pamiętam jako niegdysiejszych swoich uczniów. Siedząc na samym końcu sali miałem przed oczami całą radę pedagogiczną i widziałem, że niektórzy z młodszych kolegów słuchają zafascynowani i Kazek otwiera im oczy na takie aspekty pracy nauczyciela, o których sami dotąd nie pomyśleli, choć wybrali ten zawód. Poza tym uradowało mnie bardzo, iż jest we mnie jeszcze więcej optymizmu i radości, niż w Kazku. Gdy on bowiem na kilkanaście sekund zachmurzył się trochę myśląc o tym, jak to nauczyciel - z mistrza i autorytetu, jakim był w IV wieku przed naszą erą, staje się internetowym konsultantem e-learningu, poczułem nagły dysonans przekonań Kazka i moich doświadczeń. Od lat używam platformy internetowej jako narzędzia dydaktycznego i testowego w pracy z moimi uczniami i studentami, ale doceniam jej społecznościowy wymiar i fakt, że ułatwia nam ona niejednokrotnie komunikację i zbliża nas do siebie. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie w nagłówku mojego bloga, by zauważyć, że z tymi moimi częściowo internetowymi uczniami nadal - zupełnie jak Arystoteles - chodzimy do gaju, za którym Kazek tak tęskni. E-learning zupełnie nam w tym nie przeszkadza.
Kazek wspomina też z rozrzewnieniem, jak wielkim autorytetem cieszyła się jego nauczycielka łaciny, jak wiele rzeczy w relacjach między nią a uczniami nie wymagało zbędnych wyjaśnień, bo były to rzeczy oczywiste w ich wzajemnych stosunkach. Na pocieszenie Kazka napiszę jedno: panowie z czwartej mechanika czasami zaszurają krzesłami, to prawda. Ale oceniamy się dokładnie tak samo, jak Was oceniała Zośka, a w dodatku wydaje mi się, że ocenianie w tej klasie jest wyjątkowo sprawiedliwe i bezkonfliktowe. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek któregoś z nich pytał w żmudnym i idiotycznie bezcelowym procesie udowodnienia mu, że zasługuje maksymalnie na tróję. Właściwie nie pomnę, kiedy któregoś z nich pytałem w ogóle. Jak w tak pasjonującym zawodzie, jak zawód nauczyciela, pracując z tak znakomitą klasą, jak klasa czwarta mechanika, znaleźć jeszcze czas na to, by kogoś pytać?
Download Opera, the fastest and most secure browser