Skip navigation.

Docendo discimus

blog nauczyciela, który lubi szkołę

Posts tagged with "matura"

Włamanie do CKE

,

Jeśli ktoś ma ochotę odwiedzić stronę Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, to zastanie tam dzisiaj wieczorem dość nieoczekiwaną zawartość.
Ktoś się zdenerwował egzaminem próbnym z matematyki, ktoś inny nie zdał egzaminu z bezpieczeństwa.

Ciekawe, że w Linuksie pod tym samym adresem wyświetla mi się zupełnie co innego.

Maturalny maraton

, , ,

Robert jest uczniem wyjątkowo odpowiedzialnym i dojrzałym, a chodzi do klasy, z którą wyjątkowo dobrze mi się pracuje. Nie oznacza to bynajmniej, że nie potrafi mi w ostrych słowach przemówić do rozsądku, jeśli się ze mną nie zgadza, przyjmuję to jednak zawsze z pokorą. Natomiast dla jednego z moich kolegów z pracy ta sama klasa jest klasą szczególnie trudną, a Robert, którego ja szanuję i podziwiam, stanowi uosobienie chamstwa i prymitywizmu. Mateusz z tej samej klasy, moim zdaniem bardzo szlachetny człowiek, ma u jednego z kolegów nauczycieli bardzo złą opinię. Z kolei Michał, który poprawia mnie, gdy przejęzyczę się na lekcji, albo pomaga mi, gdy mam trudności z wysłowieniem się, to podobno niespotykany głupek. Widocznie wszystko jest względne, a uczniowie - jak i cała otaczająca nas rzeczywistość - mogą być różnie postrzegani.
Na tej samej zasadzie uczniowie Dariusza Chętkowskiego, którzy buntują się przeciwko procedurom i kalendarium matur, są dla niego - jak i dla "społecznego rzecznika praw ucznia" - Macieja Osucha - bohaterami, a dla mnie rozpieszczonymi leniami zmanipulowanymi przez media, a także - niestety - część nauczycieli. Maturzyści ci zbierają podpisy pod petycją do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, by egzaminy z poziomu podstawowego i rozszerzonego nie odbywały się tego samego dnia.
Od dawna ocena systemu egzaminów zewnętrznych jest tym, co różni mnie bardzo głęboko z tym wybitnym pedagogiem i opiniotwórczym blogerem. Zapewne w dużym stopniu wynika to z faktu, że uczymy różnych przedmiotów i mamy doświadczenia z zupełnie innym egzaminem maturalnym - on z języka polskiego, ja z języka angielskiego. Żaden z nas nie zna się pewnie zbyt dobrze na konstrukcji arkusza i kryteriach oceniania innego przedmiotu, niż swój własny, dlatego wydaje mi się, że powinniśmy unikać generalizacji i autorytatywnego wypowiadania się o całym systemie matur przez pryzmat własnych, jakże wąskich - w obrębie jednej specjalizacji - doświadczeń.
Podstawowym fundamentem nowego systemu maturalnego była porównywalność wyników maturzystów bez względu na to, w jakiej szkole przystąpili do egzaminu, stąd - w pierwotnej formule nowej matury - zdawanie egzaminu podstawowego przez wszystkich, a rozszerzonego - dodatkowo. Tę porównywalność zlikwidował potem pewien minister edukacji, któremu zawdzięczamy też tak zwaną "amnestię maturalną". Zdaje się, że wielu nauczycieli zapomniało, jak wielki chaos wtedy powstał, jak nieporównywalne były wyniki maturzystów i jakim cieniem się to rzucało na obiektywizm postępowania kwalifikacyjnego na uczelniach wyższych.
W bieżącym roku szkolnym maturzyści ponownie przystępują obowiązkowo do egzaminów na poziomie podstawowym, a jeśli zależy im na uzyskaniu dodatkowych punktów z poziomu rozszerzonego, deklarują jego zdawanie w ramach egzaminów dodatkowych. Wychodząc naprzeciw potrzebom maturzystów, formuła egzaminu została jeszcze bardziej uelastyczniona, umożliwiono bowiem zdawanie egzaminu z sześciu przedmiotów dodatkowych na dowolnie wybranym poziomie (chyba, że chodzi o przedmiot zdawany jako przedmiot obowiązkowy, wówczas egzamin dodatkowy musi być na poziomie rozszerzonym z tej prostej przyczyny, że do poziomu podstawowego zdający przystąpił w części obowiązkowej). W pewnym sensie wprowadzenie puli trzech przedmiotów obowiązkowych zdawanych na poziomie podstawowym przywraca porównywalność, o którą wiele środowisk i autorytetów upominało się, gdy ją kilka lat temu zatracono. Dzisiaj - gdy odkręca się tamte zmiany i dodatkowo daje się maturzystom większe możliwości wyboru - te same osoby protestują, a ja nie za bardzo potrafię to zrozumieć. Wydaje mi się, że robią wodę z mózgu maturzystom wmawiając im, że są pokrzywdzeni i zbijają na tym własny kapitał.
Zasadniczą przyczyną protestu maturzystów z Łodzi jest fakt, że pisząc z matematyki egzamin na obu poziomach spędzą w szkole prawie cały dzień. Rzeczywiście, przerwa między poziomem podstawowym a rozszerzonym, w trakcie której mogą odpocząć, zjeść obiad i zregenerować siły, jest drastyczną zmianą w stosunku do tego, czego doświadczyli ich koledzy i koleżanki piszący oba poziomy w 2005 roku. Tamci mieli tylko krótką przerwę i - szczerze mówiąc - chyba nie narzekali tak bardzo. Moim zdaniem można się zastanawiać nad tym, co jest lepsze: czy wolne popołudnie kosztem krótszej przerwy, czy egzamin od rana do późnego popołudnia, ale z czasem na odpoczynek między poziomami. Żądanie jednak, by rozbić te dwa egzaminy na dwa dni, jest niewykonalne i kto jak kto, ale nauczyciel pracujący w liceum powinien sobie z tego zdawać sprawę.
Weźmy na przykład same języki obce - jest ich sześć. Egzaminy pisemne z tych języków to sześć dni. Jeśli rozbijemy to na oddzielne dni dla oddzielnych poziomów, to już dni dwanaście. Dodajmy do tego dwa dni na język polski, dzień na język mniejszości narodowej, a wówczas już nawet nie dwa, ale trzy tygodnie musi trwać samo zdawanie języków i to samych egzaminów pisemnych.
Jak protestujący maturzyści wyobrażają sobie technicznie spełnienie swoich żądań? Owszem, jest proste rozwiązanie - robić maturę w lipcu. A przynajmniej od ostatnich tygodni czerwca, kiedy to szkoła i tak już nie prowadzi zajęć dydaktycznych z młodszymi klasami. Potem nie trzeba się przecież wcale tak bardzo spieszyć z wynikami matur, bo zewnętrzne egzaminy maturalne w znacznym stopniu wyeliminowały potrzebę przeprowadzania egzaminów wstępnych na uczelniach. Właśnie - w dyskusji o rzekomym potwornym dyskomforcie zdawania dwóch poziomów egzaminu jednego dnia zwolennicy tego argumentu zapominają chyba zupełnie, że przed laty sami siedzieli na maturze pisemnej pięć godzin zegarowych, a po otrzymaniu świadectwa dojrzałości musieli jeszcze przechodzić przez żmudny proces egzaminów wstępnych na uczelni. Składając dokumenty w dwa miejsca niektórzy musieli z dnia na dzień przemieszczać sie kilkaset kilometrów z uczelni na uczelnie, bo egzaminy byly tak zaplanowane.
Rozpoczynając matury z początkiem maja i spełniając żądania maturzystów z Łodzi dochodzimy do absurdu, w którym w szkole przez dwa miesiące nie ma normalnych lekcji, tylko odbywają się matury.
Na kanwie dyskusji o dwóch egzaminach jednego dnia wytacza się ciężkie działa przeciwko nowej maturze w ogóle, tymczasem prawda jest taka, że z armat tych strzela się kulą w płot. Nie znam się na języku polskim i na maturze z języka polskiego, ale w języku angielskim stara matura przy nowej wypada naprawdę blado - była nieprofesjonalna, nieobiektywna, nieporównywalna.
To nieprawda, że "na egzaminie maturalnym marnuje się potencjał intelektualny zdolnych uczniów". Wbrew ciągłemu utyskiwaniu na rzekomo zabijający kreatywność mityczny klucz, nowa matura pozwala wykazać się kreatywnością, nie daje możliwości wykazywania się jedynie przy pomocy powielania szablonów, daje maturzyście olbrzymie pole do popisu, a kryteria oceniania i sposób pracy w zespole egzaminatorów pozwalają docenić wypowiedzi wybitne i nieszablonowe. Zadania egzaminacyjne i cały arkusz są przemyślane i dopracowane, czego nie dało się czasem powiedzieć o starej maturze.
W dyskusji pod wpisem Pana Darka kwestionuje się profesjonalizm egzaminatorów, warunki i godziny pracy zespołu, a przecież istnieją sprawne i skuteczne mechanizmy, stale zapewnieniające dążenie do głębokiej rzetelności i obiektywizmu oceniania, o czym na starej maturze też chyba nikt nie słyszał. Odnoszę wrażenie, że komentujący rozpowszechniają stereotypy i plotki zasłyszane od kogoś, kto jest sfrustrowany, bo nie przyjęto go do zespołu oceniającego egzamin albo - dzięki wspomnianym właśnie mechanizmom kontrolnym - usunięto go z niego. Dla kogoś, kto od lat uczestniczy w ocenianiu egzaminu maturalnego, większość ich argumentów jest absurdalna i śmieszna, a dodatkowo - jeśli są nauczycielami w szkole średniej - podważa ich zawodowe kompetencje. Szkoda, że zamiast zainteresować się celami i metodami oceniania zewnętrznego, dezinformują swoich uczniów, a przy okazji osoby postronne.
Robert, o którym napisałem na początku, zdeklarował zdawanie matury z pięciu przedmiotów dodatkowych, w tym z języka angielskiego na poziomie rozszerzonym. Ten bardzo zapracowany dwudziestolatek ma firmę zajmującą się produkcją i montażem bram, krat i ogrodzeń, prawo jazdy na samochody ciężarowe, jest pracodawcą. Nie zawsze ma czas przyjechać punktualnie do szkoły, nie zawsze może zostać na zajęciach pozalekcyjnych, nie wydaje mi się, żeby miał ochotę zdezorganizować sobie cały kalendarz, bo jakimś jego rówieśnikom z Łodzi uda się wymusić na Centralnej Komisji Egzaminacyjnej zmianę terminarza matur. Gdybyśmy wszyscy funkcjonowali w myśl zasady "jedno poważne zadanie dziennie", Robert zajmowałby się w danym dniu albo produkcją, albo transportem, albo montażem bramy, albo szedłby do szkoły, tymczasem jemu udaje się pogodzić te rzeczy, a czasem zrobić jeszcze więcej. Ja też powinienem się mocno zastanowić nad tym, co na co dzień robię. W jednym z komentarzy pod wpisem Pana Darka pada ironiczne pytanie:

Rozumiem, że nie będziecie potem oczekiwać od chirurga zajęcia się dwoma pacjentami w ciągu dnia, od taksówkarza dwóch kursów i wybaczycie urzędniczce w okienku przerwę na kawkę po co drugim petencie, a nauczycielowi, że nie pojawi się na wywiadówce po lekcjach - to takie męczące!

Konik poszukiwany

, ,

Panowie z trzeciej mechanika, a także i ja sam, bardzo się niepokoimy, ponieważ z naszej pracowni zginął konik, którego zrobili mi i podarowali na poprzednim angielskim. Mamy głęboką nadzieję, że konik się nie zagalopował i nie wpadł w żadne tarapaty.
Ten konik to była taka prawdziwa kasztanka, na której chcieliśmy wszyscy daleko zajechać. A chyba i tak zajedziemy. Że tegoroczna czwarta mechanika zajedzie dalej, niż ubiegłoroczna, to wiadomo od dawna. Ale na dzisiejszej - wskutek zastępstwa - łączonej lekcji wspólnej z trzecią i czwartą mechanika jednocześnie widać było wyraźnie, że przyszłoroczni maturzyści od tegorocznych nie odstają wcale tak bardzo. Idą łeb w łeb, chciałoby się powiedzieć.
Ktokolwiek wie coś o losie naszego konika, proszony jest o pomoc w jego odzyskaniu.

Dziewczyny moich chłopaków

, , , ...

W starszych klasach szkoły średniej zdarza się, że dziewczyna ma bardzo dobry wpływ na naukę angielskiego (a może i innych przedmiotów) przez mojego ucznia, ponieważ - pod pretekstem wspólnego odrabiania lekcji czy tłumaczenia sobie rozmaitych szkolnych zawiłości - można sobie pozwolić na wiele innych, o wiele przyjemniejszych rzeczy. Od paru miesięcy obserwuję jednak zastanawiające nowe zjawisko, chociaż - na mniejszą skalę - miało już ono miejsce cztery lata temu, gdy wypuszczałem w świat jako nauczyciel podobną ilość maturalnego chłopa, co w tym roku.
Zaczęło się wiosną od Krzysia, ale od tamtej pory już chyba sześciu moich uczniów bije przede mną pokłony i nie kwestionuje mojego autorytetu, bo "tak im ich dziewczyny kazały". Z tymi pokłonami to może przesadziłem, ale z pozytywnym wpływem życiowych partnerek moich uczniów na mój autorytet już na pewno nie. Przytłaczająca część moich chłopaków w zasadzie niczego nie czyta i jakakolwiek ilość tekstu nie mieszcząca się w jednym SMS-ie to dla nich zdecydowanie za dużo, więc choćbym nawet napisał o nich samych i o ich wychowawcy, raczej ich to szczególnie nie zainteresuje. Może zresztą dobrze, bo przecież nie piszę bloga dla uczniów. I dobrze, że ci z nich, którzy decydują się jednak coś czytać, wybierają rzeczy dla nich pożyteczne, jak Robert, który wyleciał ostatnio z pracowni technicznej, bo czytał magazyn motoryzacyjny.
Natomiast bardzo liczna i wierna grupa czytelników, a właściwie czytelniczek mojego bloga, to dziewczyny moich chłopaków. Nie bardzo wiem, co w moim blogu je przyciąga, ale - jak wynika z tego, co mówią mi czasem panowie - lektura bloga wzbudza w paniach pełne zaufanie do mojej osoby, a oni dowiadują się od swoich dziewczyn, że mają się mnie słuchać, że jestem bardzo mądry i że wiem, co robię, nawet jeśli im się czasami wydaje inaczej.
Dziękuję Wam bardzo, drogie Czytelniczki. Nawet jeśli nie miewam jakichś poważnych problemów w dialogu z Waszymi chłopakami, to dodatkowe wsparcie bardzo wyraźnie odczuwam, chociaż pewnie po trosze jest to też zwyczajnie zasługa tego, że bardzo przez tych parę lat dorośli. Przy Waszym boku dorastają chyba jednak jeszcze lepiej, więc opiekujcie się nimi i wpływajcie na nich dalej. I przy okazji - weźcie ich czasem do Plazy czy do Multikina, żeby pooglądali trochę filmów w oryginale. Zresztą, co ja Wam będę podpowiadał, na pewno same wiecie najlepiej, co by się jeszcze każdemu z nich przydało zanim w maju przystąpi do matury z angielskiego.

Maturalny wyścig niekompetencji

, ,

Przez cały tydzień mimowolnie obserwujemy, jak maturzyści, nauczyciele, dyrektorzy szkół i dziennikarze popisują się całkowitą niewiedzą i niekompetencją w zakresie egzaminu maturalnego, do którego przystępują, przeprowadzają go lub relacjonują, w zależności od tego, w jakiej występują roli. Zdają się wręcz prześcigiwać w ignorancji.
Gdy dziennikarka największej telewizji informacyjnej w Polsce dziwi się, że w dniu egzaminu z języka angielskiego nie może znaleźć pod szkołą nikogo, kto zdecydował się zdawać język niemiecki, można zrozumieć, że za jej czasów młodzież była bardziej towarzyska i chodziła do szkoły także pokibicować kolegom i koleżankom, a nie tylko zdawać egzaminy. Ale gdy w przerwie między arkuszami poziomu rozszerzonego rozmawia z maturzystami i kilkakrotnie powtarza, że mają za sobą poziom podstawowy i zaraz przystąpią do dalszej, rozszerzonej części egzaminu, daje klasyczny popis braku rzetelności dziennikarskiej. Wyraźnie nie ma pojęcia, iż w tym, jak i w poprzednim roku szkolnym, maturzyści przystępują do egzaminu tylko na jednym, wybranym przez siebie poziomie. Jeszcze większy niesmak poczułem czytając na jednym z portali, że maturzyści mieli do wyboru napisanie listu, rozprawki lub opisu miejsca - list jest formą z poziomu podstawowego, a rozprawka i opis występują na poziomie rozszerzonym. Ba, dziennikarze nie wiedzą czasem nawet, jak się nazywa egzamin, o którym mówią, ponieważ nagminnie określają go mianem egzaminu dojrzałości, a tak - zgodnie z ustawową nomenklaturą - określano dawną, wewnątrzszkolną maturę.
Media zasypały nas jednak przykładami niekompetencji nie tylko swojej własnej, ale także nauczycieli i dyrektorów szkół. Na prawie każdym zdjęciu przedstawiającym maturzystów, które widziałem w minionym tygodniu w prasie i internecie, na stołach maturzystów stoją kartoniki z sokiem, szklaneczki, talerzyki i sztućce, a przecież stanowi to oczywiste naruszenie procedur przeprowadzania egzaminu i może być podstawą jego unieważnienia. Na krótkim filmiku nakręconym przez dziennikarza podczas wchodzenia maturzystów do sali widziałem, jak składają oni na specjalnie przygotowanym stole telefony komórkowe, a przecież samo wnoszenie urządzeń telekomunikacyjnych do sali egzaminacyjnej nie powinno mieć miejsca.
Jakże więc dziwić się doniesieniom mediów o komórce nauczycielki z zespołu nadzorującego, która kilkakrotnie głośno zadzwoniła podczas egzaminu? Nauczycielka miała ponoć trudności najpierw z wyjęciem dzwoniącego telefonu z torebki, a następnie z wyłączeniem dzwonka, chociażby przez odebranie rozmowy.
Ze środków masowego przekazu oraz z rozmów z kolegami i koleżankami, którzy od kilku dni uczestniczą w egzaminach w różnych szkołach, dowiaduję się o wielu przypadkach całkowitej beztroski i lekceważenia procedur. W jednej szkole dyrektor podczas egzaminu z języka angielskiego przeszedł w ciągu pierwszych kilku minut egzaminu po wszystkich salach i - nie zważając na odtwarzane właśnie nagrania do rozumienia tekstu słuchanego - upewnił się głośno, że wszystko jest w porządku. Gdzie indziej zdający skończyli kodowanie arkuszy o godzinie 8:45, a następnie przez 15 minut czytali pytania i gadali ze sobą, zanim rozpoczęli egzamin, zgodnie z planem, punktualnie o godzinie 9:00.
W innej szkole po rozdaniu maturzystom arkuszy egzaminacyjnych z WOS-u znajdujący się w komisji nadzorującej ksiądz katecheta zainicjował wspólną modlitwę, w której uczestniczyli maturzyści i zespół nadzorujący, w intencji pomyślnego wyniku egzaminu. W kolejnej szkole prace z wszystkich sal zniesiono do gabinetu dyrektora i dopiero tam zamknięto je w bezpiecznych kopertach.
Na forach internetowych roi się od pytań maturzystów, którzy - już po egzaminie - pytają o kryteria oceniania i wykazują swoimi pytaniami brak elementarnej wiedzy na ten temat. Jednym z moich ulubionych jest pytanie o to, czy list prywatny na egzaminie z języka obcego będzie sprawdzany, jeśli ma mniej niż przewidziane poleceniem 120 słów (oczywiście, że będzie - w kryterium długości list otrzymuje maksymalną ilość punktów, jeśli mieści się w przedziale od 108 do 165 wyrazów, poza tym oceniany jest każdy list, bez względu na ilość słów; list nie przekraczający 60 wyrazów nie może otrzymać punktów za bogactwo językowe i poprawność).
W sytuacji, w której najbardziej zainteresowani oraz bezpośrednio odpowiedzialni za przebieg egzaminu mają tak niewielką wiedzę o nim, dość łatwo zrozumieć, że matura zewnętrzna jest przedmiotem bezlitosnej krytyki i ma tylu wrogów. Tak, nie ma to jak stara matura, przeprowadzało się wedle uznania, oceniało się po swojemu, przy okazji można się było porządnie najeść, popić, zarobić, a nawet całkiem oficjalnie się potargować. To były czasy...

Litości dla Arystotelesa

, ,

Wśród tegorocznych abiturientów technikum mechanicznego mam całe bogactwo typów i typków. Niektórzy są notowani przez policję z tych czy innych przyczyn, niektórzy zdążyli już utracić zdobyte w niezbyt przecież zamierzchłych czasach prawo jazdy, jednego tak ucieszył fakt otrzymania świadectwa ukończenia szkoły, że zapił i zapomniał dopełnić kluczowych formalności związanych z czekającym go egzaminem maturalnym. Większość chodziła do technikum cztery lata, ale jeden potrzebował dwóch lat więcej. Jeden z nich trochę za bardzo przejmuje się rolą, gdy przypada mu w udziale organizowanie czegoś lub zbiórka pieniędzy.
Przez cztery minione lata jako zespół klasowy byli jedną z najgorszych klas w szkole. Ale to moi Arystotelesi, nawet jeśli nie każde zadanie z matematyki związane z twierdzeniem Pitagorasa rozwiązują w pięć minut. Czuję się między nimi jakoś tak niczym Platon, a kolega Władek chyba też ich bardzo pokochał, więc pewnie to taki ich Sokrates. Nawiasem mówiąc - mimo pewnych zgrzytów - dawno nie uczyłem tak zgranej klasy, a o rok młodsi panowie z mechanika powinni od tych abiturientów wziąć lekcje tolerancji.
Niektórzy nauczyciele mają im za złe, że spędzili wiele godzin lekcyjnych robiąc zakupy w jednym z pobliskich sklepów, który posiada koncesję na sprzedaż alkoholu, a w którym i ja dość często kupuję owoce - polecam zwłaszcza pomarańcze. Ale moi Arystotelesi nie dali mi powodu, bym ja osobiście narzekał na ich frekwencję - przez cały rok szkolny chodzili w klasie maturalnej na fakultatywne zajęcia w środy o siódmej rano, wytrzymywali ze mną we wtorki do końca ósmej, a w piątki do końca siódmej godziny lekcyjnej. Po wystawieniu im stopni nadal robili prace domowe i przychodzili na lekcje, przez co stawiali mnie w dość dziwnej sytuacji - podczas gdy większość moich koleżanek uczących maturzystów siedziała w pokoju nauczycielskim na wymuszonych okienkach, ponieważ inne klasy maturalne po wystawieniu stopni odpuszczały już sobie udział w dalszych lekcjach, panowie z czwartej klasy mechanika przychodzili do szkoły.
Co gorsza, już po rozdaniu świadectw moi Arystotelesi przychodzą co tydzień na spotkanie ze mną, a nie dalej jak wczoraj przynieśli po kilka listów maturalnych do sprawdzenia i - z zupełnie niezrozumiałych dla części moich kolegów nauczycieli względów - spędzili półtorej godziny na rozwiązywaniu jakichś prawie że niepojętych dla nich łamigłówek leksykalnych na poziomie praktycznie podstawowym.
W najbliższy wtorek moi Arystotelesi zasiądą nad arkuszami maturalnymi z języka angielskiego. Wszyscy, nawet Sebastian, który po przykrych doświadczeniach z angielskim na tym etapie edukacji jeszcze pół roku temu odgrażał się, że będzie zdawał niemiecki.
Kochany egzaminatorze, kochana egzaminatorko! Oceńcie ich obiektywnie. Kiedy porazi Was prostota rozumowania kogoś ze zdających, kiedy zadziwi Was niepojęta dla Was logika, starajcie się mimo to dostrzec przekaz niezbędnych komunikatów w pracach moich Arystotelesów. Pamiętajcie, że - trzymając się tej chronologii - Pitagoras umarł dopiero kilkaset lat temu, żadna z wielkich współczesnych religii - chrześcijaństwo, islam, buddyzm - jeszcze się nie narodziła, a Arystoteles to wszystko przetrwa. To Arystoteles w ogrodach Likejonu stworzy podwaliny wszystkiego, na czym oprą swoje filozofie przyszłe pokolenia. Dajcie mu szansę.

Mrówka zdaje maturę

, , , ...

Gdy między źdźbłami trawy w klombie koło naszej szkoły mrówka pieczołowicie przenosi jakieś ciężary, pewnie nie jest w stanie zauważyć ani szkoły, ani internatu, ani setek młodych ludzi przechodzących kilka metrów od niej w ciągu tych paru przedpołudniowych godzin. Ale gdyby wyszła na replikę stołu Tadeusza Kościuszki i dobrze się rozejrzała, jest w stanie zauważyć męskie skrzydło internatu i stołówkę oraz co najmniej trzy segmenty budynku szkoły.
A gdyby wejść na dach internatu (wystarczy zresztą wyjrzeć przez szeroko otwarte okno pracowni komputerowej), można już obejrzeć cały Płaskowyż Proszowicki, niektóre wzniesienia będą nawet w województwie świętokrzyskim. Z drugiej strony da się już poczuć Jurę Krakowsko-Częstochowską z jej warownymi zamkami na wapiennych skałach.
A gdyby tak pójść na dłuższy spacer i wejść na Koniuszę, wzniesienie oddalone o kilkaset metrów od naszej szkoły (chociaż to według znaków drogowych ok. 2 km), i stanąć na kościelnym wzgórzu albo na parkingu koło szkoły? W dole widać wtedy Kraków w całej okazałości, nawet najdalsze jego dzielnice. Ba, nawet wzniesienia po drugiej stronie miasta.
A jeśli jest dobra pogoda i zjeżdża się z Koniuszy do Posądzy, widać Tatry. Widać je całkiem nieźle i to piękny widok szczególnie w gorący letni poranek, gdy można wysoko nad linią horyzontu zobaczyć jakieś postrzępione wierchy z resztkami śniegu na wierzchołkach.
Z samolotu krążącego nad Balicami Tatry wyglądają cudownie, szczególnie wieczorem, gdy ich szczyty stoją jeszcze ponad chmurami w słońcu, podczas gdy Kraków, nagle tak maleńki i tak bardzo u podnóża tych Tatr się znajdujący, tonie już w mrokach nocy i pełen jest elektrycznych świateł.
Ilekroć przychodzi do mnie uczeń, który mówi, że nie będzie zdawał matury, czuję litość i rozgoryczenie zarazem. Czuję się, jakbym rozmawiał z mrówką, która metr od swojego mrowiska nie widzi już nawet ławek i siedzącej na nich młodzieży, a wręcz przeczy tych ławek istnieniu.

Praca domowa

, ,

Jutro panowie z czwartej mechanika zmierzą się z maturą próbną, a tym samym ja będę się wstępnie mógł zorientować, jak bardzo pójdę z torbami i ile będę musiał wziąć kredytów w przyszłym roku latem, gdy przyjdą wyniki ich właściwych matur. Gdy ich poznałem rok temu (otrzymałem ich "w spadku" po innych nauczycielach, którzy już nie pracują w naszej szkole), ich stopień zaawansowania z języka angielskiego tak mnie zadziwił, że nieopatrznie im obiecałem (chociaż ja - szczerze mówiąc - nie pamiętam dokładnie tej rozmowy), iż każdy z nich, jeśli tylko zda maturę, może liczyć na to, że sfinansuję mu po ukończeniu szkoły wycieczkę do Paryża. Dzisiaj ich wiedza i umiejętności nadal pozostawiają wiele do życzenia i właściwie przegoniliśmy ich już dawno z panami z drugiej klasy jeśli chodzi o zakres zrealizowanych treści programowych, ale - wbrew interesom własnej kieszeni - mam nadzieję, że panowie z czwartej mechanika wszyscy zdadzą maturę. Tak próbną, jak i tę w maju.
Jest ich zresztą tylko kilkunastu, więc może uda nam się tę naszą wycieczkę do Francji zorganizować jakimś tańszym kosztem. Poza tym Hubert ostatnio poinformował, że nie może jechać, bo po szkole jedzie do pracy przy robotach wykończeniowych do... Paryża.
Trzymam kciuki za wszystkich maturzystów, którzy jutro przystąpią do próbnego egzaminu, w tym szczególnie za czwartą mechanika. A przy okazji - rzadko kiedy się zdarza, by uczeń tak się ucieszył z pracy domowej, jak w poniższym filmie. A w czwartej mechanika to mi się kiedyś zdarzyło. W dodatku od tamtej pory nikt już się nie myli i każdy wie, że woman to liczba pojedyncza, a women mnoga. I nawet prawidłowo to wymawiają...

Matura poprawkowa

, ,

Portale wszelkiej maści zapełniły się tematyką związaną z początkiem roku szkolnego, wszyscy mówią i piszą, że skończyła się laba i pora się zabrać do pracy i nauki, a ja pozwolę sobie przekornie powiedzieć, że dziś - po wyjątkowo ciężkiej pracy - odpoczywam. Miniony weekend, podobnie jak blisko setka innych zapaleńców z Małopolski, ślęczałem nad pracami maturzystów, którzy oblali w maju egzamin pisemny z języka angielskiego, ale zdali wszystkie pozostałe obowiązkowe egzaminy i - na mocy rozporządzenia podpisanego jeszcze przez poprzedniego ministra edukacji - mieli prawo przystąpić do egzaminu poprawkowego 26 sierpnia.
Wydaje się słuszne, by ktoś, komu powinęła się noga na jednym tylko egzaminie, miał prawo ten egzamin poprawić jak najszybciej. Ale trudno się było w miniony weekend oprzeć wrażeniu, że większość zdających nieprzypadkowo oblała ten egzamin, a niespełna trzy miesiące przerwy to zbyt mało, by nadrobić zaległości. Jestem ciekaw, jak wypadną statystyki zdawalności tego egzaminu poprawkowego i czy będą na tyle dobre, by uzasadnić nakłady poniesione przez państwo na zorganizowanie, przeprowadzenie i ocenienie egzaminu, a tym samym, by egzamin poprawkowy w sierpniu odbywał się w kolejnych latach. Nie tak dawno temu z czysto praktycznych względów zrezygnowano przecież z przeprowadzania matury w dodatkowej sesji zimowej.
Bardzo pouczającym doświadczeniem był dla mnie kilka dni temu egzamin poprawkowy ustny w zaprzyjaźnionym liceum. Poprawiający swój wynik maturzysta spóźnił się na egzamin prawie półtorej godziny, mając na swoje usprawiedliwienie fakt, że pracuje, a dzień poprawki to jego pierwszy wolny dzień od bardzo dawna, więc zaspał. Słysząc takie tłumaczenie poczułem, że zdającemu mniej zależało na wyniku tego egzaminu niż mnie i koleżance z komisji. Zwątpiłem też w to, czy należało tak długo czekać na spóźnionego abiturienta, albo czy warto było angażować sekretariat liceum w próby dodzwonienia się do niego.
Mimo wszystko, trzymam kciuki za poprawiających się maturzystów i mam nadzieję, że wyniki ich sierpniowego egzaminu okażą się dla nich pozytywne i obronią sens przeprowadzania tej poprawki.

Refleksji maturalnych część czwarta

, ,

Mam duży szacunek dla twórców portalu internetowego Literka.pl i dla zgromadzonych tam zasobów, sam niejednokrotnie z nich skorzystałem, jednak ostatnio mój stosunek do portalu został wystawiony na próbę za sprawą artykułu Rozmowy sterowane autorstwa Barbary Radomskiej, najwyraźniej germanistki.
Właściwie nie jest to artykuł, lecz zestaw autorskich zadań maturalnych do egzaminu ustnego z języka niemieckiego. A przynajmniej w zamyśle autorki są to zadania maturalne, bo mnie raczej trudno się z tym zgodzić.
We wstępie Pani Barbara zaznacza, że tak zwane rozmowy sterowane na poziomie podstawowym to autentyczne sytuacje komunikacyjne, sprawdzające umiejętność uzyskiwania i udzielania informacji, relacjonowania wydarzeń i prostych negocjacji. Problem w tym, że rozmowy w zestawie ani nie są autentyczne (w każdym razie nie wszystkie), ani nie sprawdzają wszystkich trzech wymienionych umiejętności. Każda z rozmów to przykład negocjacji, a polecenia czasami trudno uznać za życiowe. Jak na przykład uzasadnić konieczność użycia języka niemieckiego w rozmowie, w której - według polecenia - zdający ma przekonać własnych rodziców, żeby pozwolili mu robić prawo jazdy? Wydawałoby się, że to sprawa drugorzędna, ale polecenia na maturze z języka obcego powinny w przekonujący sposób skłaniać zdającego do używania języka obcego.
Rozmowy sterowane zaproponowane przez autorkę zawierają jednak o wiele gorsze błędy konstrukcyjne, czasami zupełnie dyskwalifikujące je jako ćwiczenia z uczniami przygotowującymi się do egzaminu. Szczytem absurdu jest chyba rozmowa druga, w której zdający dowiaduje się, że ma osiągnąć kompromis z osobą, która chce dokładnie tego samego, co on: "Kolega chce większy i ładniejszy pokój, ty także". A czyż polecenie "podaj powód i uzasadnij swoją propozycję" to nie klasyczne "masło maślane"?
Każda rozmowa sterowana powinna się składać z trzech krótkich poleceń, które można jednoznacznie ocenić, a więc nie powinny się one składać z wielu części (np.: Rozwiej jego obawy i wskaż zalety twojej propozycji. Zaproponuj schronisko młodzieżowe). Prowadzi to do trudności w ustaleniu, czy zdający zasłużył na przyznanie punktu, jeśli pominął jeden z elementów polecenia, chociaż zrealizował pozostałe. Polecenie nie powinno również uzależniać uzyskania punktu za komunikację językową od umiejętności leksykalnych zdającego rozumianych jako znajomość konkretnych słówek, a tak jest w wielu rozmowach, gdy autorka nie pozwala zdającemu na samodzielny dobór argumentów, lecz poleceniem narzuca mu własne. W rozmowie dwudziestej pierwszej polecenie trzecie jest nie do zrealizowania, jeśli zdający w poleceniu pierwszym miał swój własny pomysł, inny niż wynikałoby z polecenia trzeciego.
Zadania powinny sprawdzać umiejętności językowe, komunikacyjne, a nie wiedzę ogólną maturzysty, zwłaszcza zupełnie bez związku z kulturą danego obszaru językowego. W sytuacjach skrajnych może to zapędzić zdającego w tak zwany kozi róg i uniemożliwić mu wykonanie zadania, na przykład w rozmowie, w której zdający ma przekonać rozmówcę o walorach filmu, którego tytuł określono w poleceniu (z tej sytuacji można oczywiście wybrnąć, ale możliwe też, że zdający podda się i nie przystąpi do zadania, ponieważ tego filmu nie zna lub jego osobista ocena tego filmu jest sprzeczna z rolą, jaką - zgodnie z poleceniem - pełni w rozmowie).
W rozmowie piętnastej kuriozalne jest polecenie: "Chcesz oddać aparat i żądasz zwrot pieniędzy" (fleksja oryginalna). Zupełnie nie wpisuje się ono w konwencję pozostałych poleceń i nie wiadomo do końca, że wynika z niego konieczność jakiejkolwiek komunikacji. Pasowałoby raczej do wstępu do rozmowy, a nie do ściśle punktowanych "kropek".
Poleceniem poprawnym, ale niekoniecznie najszczęśliwszym, jest powtarzające się w zestawie kilkakrotnie "Zgódź się na kompromis". Wystarczy przecież, by maturzysta powiedział "OK.", a punkt należy mu się jak psu buda.
W poleceniach maturalnych powinniśmy pozostawiać zdającemu swobodę wyboru, czy jego rozmówcy są kobietami czy mężczyznami, o czym autorka zdaje się również nie pamiętać. Pomińmy fakt, że publikacja zawiera literówki i błędy językowe, a wydawałoby się, że redakcja powinna coś takiego wykluczyć.
Publikacje pomagające ćwiczyć umiejętności egzaminacyjne do matury ustnej z języka angielskiego są bardzo potrzebne i nigdy ich nie będzie za dużo. Ważne jednak, by były to publikacje fachowe, rzeczywiście zgodne z zasadami konstrukcji zadań, w przeciwnym wypadku mogą bowiem wypaczać wiedzę na temat egzaminu zamiast ją pogłębiać. Trudno się dziwić, że zdarzają się potem przypadki uczniów, którzy - mimo wyraźnie dużych umiejętności językowych - nie wiedzą na egzaminie, czego się od nich oczekuje, i wypadają nie najlepiej.
Większość błędów konstrukcyjnych popełnionych przez autorkę publikacji wymaga drobnych poprawek technicznych. Szkoda, że przed umieszczeniem materiału na stronie nikt go wcześniej nie skonsultował i nie zasugerował autorce poprawek.
Na szczęście zadania wykorzystywane na maturze są wielokrotnie recenzowane i poprawiane, co pozwala uniknąć wpadek. Miejmy nadzieję, że z upływem lat będzie rosła wiedza na temat egzaminu maturalnego i przełoży się to na jakość repetytoriów i innych ogólnie dostępnych materiałów, z których korzystają uczniowie i nauczyciele.

Przed publikacją niniejszego wpisu zgłosiłem swoje uwagi portalowi Literka.pl, ale mój email pozostał bez odpowiedzi.
Download Opera, the fastest and most secure browser