Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

Docendo discimus

marcin.anglista.org - blog nauczyciela, który lubi szkołę

Posts tagged with "media"

Komentujmy konstruktywnie

,

Anonimowość internetowa ma swoje straszne oblicze - za jej sprawą najgorsze możliwe instynkty przestają być czymś wstydliwym, a słowa, których nigdy byśmy nie powiedzieli głośno, a już na pewno nie publicznie, leją się potokiem w usenecie, internetowych forach i grupach dyskusyjnych.
Pod artykułami o zabójstwie księdza w Blachowni można przeczytać wypowiedzi ludzi, którzy otwarcie sympatyzują z mordercą, szydzą z ofiary, korzystają z okazji, by naubliżać a to grupie zawodowej ofiary, a to światopoglądowi katolickiemu bądź ateistycznemu. Nawet w moderowanych przecież komentarzach pod artykułem na Onecie zobaczyłem dzisiaj tyle nienawiści i idiotyzmu, że odechciewa się na te wszystkie fora zaglądać.
Ale samo omijanie nie rozwiąże problemu. Internetowe trolle będą nadal wzajemnie obrzucać się mięsem wypaczając ideę swobodnej wymiany informacji i wolności słowa. W częstochowskim lokalnym forum Gazety Wyborczej zdarzyły się w tym roku przypadki aroganckiego zachowania osoby podającej się za sprawującą ważną funkcję publiczną. Chamstwu w sieci trzeba wyraźnie powiedzieć "STOP". Z internetowym rozmówcą, tak jak i z realnym interlokutorem, można się nie zgadzać, ale nie wolno na niego pluć, wybijać mu zębów ani dźgać go nożem - nawet wirtualnie.
Niewiele mogę zrobić sam, by to zmienić, ale postanowiłem codziennie wpisywać przynajmniej jeden konstruktywny komentarz na jakiejś stronie internetowej. Niekoniecznie pozytywny, bo internet to nie forum wzajemnej adoracji, ale rzeczowy i konstruktywny. Zachęcam do robienia tego samego.
Bądźmy konstruktywni - jest wielu ludzi rozumnych korzystających z internetu. Jeśli każdy z nas - zamiast biernie przyglądać się przerażającym bzdurom wypisywanym przez frustratów na forach - napisze od czasu do czasu coś mądrego, wolność słowa nie straci sensu, a internet drugiej generacji, umożliwiający każdemu publikowanie własnych treści bez żadnych nakładów finansowych ani wiedzy technicznej, nie stanie się odrażający.

Ostatni skrawek ... muru

, , , ...

Bywa, że nienawiść jest ubrana w słowa piękne, podniosłe, albo - dla odmiany - pozornie dowcipne. Przeraził mnie niedawny żart Johna McCaina, który bez najmniejszego zastanowienia palnął, że rosnący eksport papierosów do Iranu przyczyni się do szybszej śmierci obywateli tego kraju. Nie rozumiem, dlaczego miałoby mi zależeć na śmierci jakiegokolwiek Irańczyka. Z kolei na towarzyskim spotkaniu przy grillu zmroziła mnie niekonsekwencja, z jaką nienawidząca muzułmanów ortodoksyjna katoliczka godzi się na obrażanie ich wiary.
Przedwczoraj, jadąc pociągiem 230 kilometrów przekonałem się, że jest tylko jedna stacja radiowa, którą nieprzerwanie, na kolejnych częstotliwościach, znajdowało radio w moim telefonie, a kilka minut słuchania wprawiło mnie w takie zdumienie, że słuchałem dalej.
Z audycji wyłaniał się świat przerażający, w którym jacyś bezlitośni ludzie odbierają innym ludziom pensję i sprawiają, że ich dzieci będą głodować, co jednak nie odbiera sił tym pokrzywdzonym bohaterom, bo przecież co ich nie zabije, to ich wzmocni. Dowiedziałem się, że trzeba będzie wkrótce sięgnąć po inne środki niż konwencjonalne, a także, że czeka nas ciężki wrzesień i że trzeba będzie wyjść na ulice. Apelowano do prezydenta, żeby rozwiązał wybrany niespełna rok temu parlament w trybie natychmiastowym, a obecni w studio parlamentarzyści dodawali otuchy sobie i słuchaczom przekonując, że wyborów się nie boją i są na nie gotowi. Mówiono, że w Polsce zostały złamane wszystkie standardy obowiązujące w światowych demokracjach. Ze słuchawek sączyły mi się do uszu strach i nienawiść, a Janina - w trosce o moje zdrowie psychiczne - radziła mi się przełączyć na coś innego.
Dwa tygodnie temu słuchaczy tego radia na "ostatnim skrawku Wolnej Polski" przywitał przeor Jasnej Góry. Na szczęście nikt chyba nie traktuje poważnie tych bredni o oblężonej poprzez wrogie siły twierdzy, bo jeśli ostatni skrawek Polski naprawdę miałby wyglądać tak, jak można by było odnieść wrażenie z audycji, której wysłuchałem w pociągu, bez żalu i wahania wymazałbym go z mapy świata.
Wieczorem, po powrocie do domu, wysłuchałem w całości wystąpienia Baracka Obamy w Berlinie. Wyraźnie podniosło mnie to na duchu. Obama mówił o burzeniu murów i budowaniu porozumienia między religiami, pokazywał globalne zależności między ludźmi pozornie należącymi do zupełnie innych społeczności. Nie bał się wytknąć Niemcom tego, że to właśnie w Hamburgu przygotowano podstawy pod zamachy terrorystyczne na Stany Zjednoczone 11 września 2001 roku, ale jednocześnie wskazywał na wspólne korzenie i piękno wszystkich kultur i religii. Nie wahał się skrytykować ekstremizmu, ale jednocześnie odwołał się do wspólnych wartości chrześcijaństwa, islamu i judaizmu. Nie dzielił świata na dwie frakcje polityczne, ale podkreślał powiązania między ludźmi w krajach na różnych kontynentach. Padały nazwy krajów, które w Polskiej debacie politycznej właściwie nie istnieją, chociaż są to miejsca z różnych względów kluczowe i zapalne, a każdy z nas powinien się z troską pochylać nad tym, co tam się dzieje. W swoim przemówieniu ten "współobywatel Świata" wydał mi się jakoś bliższy Benedyktowi XVI, niż polskie radio katolickie, które straszyło mnie całą drogę z Warszawy do Częstochowy. Na spotkaniu z przedstawicielami społeczności żydowskiej, muzułmańskiej, hinduistami i buddystami podczas Światowych Dni Młodzieży w Sydney papież potępił przecież tych, którzy wykorzystują religię po to, by dzielić, zamiast jednoczyć ludzi. Widocznie, podobnie jak Obama, uważa, że musimy nauczyć się żyć razem, a nie odgradzać się murami i wyrządzać sobie krzywdę.
Nawiasem mówiąc, Obama zaimponował mi także poprawną wymową niemieckich nazw oraz dowcipem i dystansem do siebie. Nie każdy polityk roześmiałby się słysząc głośne beczenie w reakcji na wspomnienie o ojcu - pasterzu kóz. Nawet jeśli to wszystko polityczny marketing, warto mu się przyjrzeć i go naśladować, zamiast ziać nienawiścią i siać zdecydowanie złe ziarno.

Włamanie do TVN-u?

,

Nie wiem, czy tylko ja widzę na poniższym zrzucie ekranowym, że portal internetowy TVN24 padł dzisiaj ofiarą jakiegoś zwolennika partii o pięknej nazwie i wysokim stopniu zdesperowania?
Podpowiedź: link do raportu specjalnego prowadzi donikąd.

Lekturka nie do zaakceptowania

, , ,

W ramach lektoratu student co semestr powinien się zgłosić z opracowanym przez siebie kilkustronicowym tekstem o tematyce technicznej. Ma się wykazać jego zrozumieniem i wyjaśnić ewentualne wątpliwości lektora. Wolę udawać, że nie rozumiem, dlaczego studenci, mimo olbrzymiej dostępności rozmaitych źródeł, wybierają najczęściej stronę How Stuff Works lub Wikipedię.
Chociaż jestem zwolennikiem otwartego oprogramowania (niniejszy wpis wklepuję na laptopie z Linuxem) i chociaż sam bardzo często zaglądam do Wikipedii w poszukiwaniu informacji lub nawet w trakcie tłumaczenia z angielskiego na polski lub odwrotnie, nie przyjmuję tekstów pochodzących z tego wielkiego zbiorowego dzieła, jakim jest internetowa encyklopedia tworzona przez wolontariuszy z całego świata.
Studenci dziwią się czasem, gdy odsyłam ich z kwitkiem i każę poszukać tekstu o podobnej tematyce w innych źródłach. Ale na przykładzie poniższego wpisu, który po przegranym przez Polaków meczu pojawił się na moment w polskojęzycznej Wikipedii, można się przekonać na własne oczy, że do celów akademickich lepiej jednak posługiwać się publikacjami papierowymi, a w internecie tylko takimi, które nie stwarzają każdemu przygodnemu internaucie możliwości edycji w dowolnej chwili i z dowolnego miejsca.

Rzeczywistość wielowymiarowa

,

Kilka tygodni temu, zbliżając się do budynku, w którym miałem mieć cztery godziny zajęć, zobaczyłem czarne kłęby dymu wydobywające się z uchylonego okna na piątym piętrze. Zaskakujące było to, że grupy studentów wchodziły spokojnie do budynku i poruszały się po nim, nikt nie zwracał szczególnej uwagi na pożar, chyba nikt go w ogóle nie zauważał. Upewniwszy się, że ochrona budynku szuka już kluczy do pokoju, w którym się pali, poszedłem pod naszą salę i ze zdumieniem odnotowałem, że moi panowie sądzą, że żartuję, gdy mówię im o pożarze, i że odbierają moją propozycję wyjścia na zewnątrz jako sugestię, by tego dnia w ogóle darować sobie zajęcia, nawiasem mówiąc jedne z ostatnich w semestrze.
Wczoraj, gdy pojechałem na uczelnię oddać oceniony egzamin, był upał, żar lał się z nieba, nic nie zapowiadało gwałtownej burzy. Ale kilka godzin później stacje telewizyjne i portale internetowe pokazywały Kraków strzaskany gradem, nieprzejezdne drogi zamienione w rzeki i powyrywane z korzeniami drzewa.
Bez żadnych utrudnień pokonałem wczoraj kilkadziesiąt kilometrów drogą krajową numer jeden. Nie było żadnych korków, przewężeń, wyprzedziło mnie kilkadziesiąt szalonych TIR-ów, jadących z prędkością dwukrotnie większą niż dozwolona. Z niedowierzaniem patrzyłem więc na popołudniowe relacje telewizyjne z krajowej jedynki, na której ponoć tego dnia w ramach protestu kierowcy samochodów ciężarowych poruszali się z prędkością 20 kilometrów na godzinę, całkowicie blokując prawy pas drogi. Zatroskani znajomi pytali się, jak udało mi się dojechać, ile godzin jechałem, nie dowierzali, gdy mówiłem, że zupełnie normalnie.
Wygląda na to, że tkwimy w głębokiej schizofrenii pomiędzy rzeczywistością namacalną a tą kreowaną przez media. Nie zauważamy niebezpieczeństwa, jeśli media nas nie zaalarmują, nawet jeśli gęste, czarne kłęby dymu unoszą się nad wejściem do budynku, do którego wchodzimy.
Na forach internetowych roi się od apokaliptycznych wizji osób przerażonych ilością kataklizmów dotykających współczesny świat. Warto jednak wziąć na to pewną poprawkę - rzeczywistość jest widać bardzo wielowymiarowa, bo przecież trudno zaprzeczyć autentyczności nawałnicy, która przeszła wczoraj nad Krakowem parę godzin po moim wyjeździe z miasta. Nowoczesne media pomagają nam postrzegać tę mnogość wymiarów i pokazują nam rzeczy, których bez ich pomocy nie moglibyśmy zauważyć. Gdybym zdał się na własne zmysły i doświadczenia, Kraków wczoraj cieszył się piękną pogodą i nie doszło do żadnego kataklizmu. Jeśli ktoś zda się wyłącznie na relacje medialne, nie zauważy słonecznej pogody za oknem. Albo wejdzie do płonącego budynku.
Żyjemy w czasach, które stwarzają nam niewyobrażalne możliwości percepcji. Potrzeba tej odrobiny wysiłku, by nie zamknąć się w jednowymiarowym postrzeganiu rzeczywistości.

Abonament telewizyjny

,

Nie powinienem może zabierać głosu w tej sprawie, bo w moim mieszkaniu nie działa AZART i w związku z tym nie mam telewizji, a tym samym nie mam wielkiego pojęcia na temat tego, jak swoją misję publiczną spełnia Telewizja Polska. Ale dyskusja wokół likwidacji powszechnego abonamentu radiowo - telewizyjnego stała się tak gorąca, że nie sposób ugryźć się w język, zwłaszcza, że podczas jednego z niedawnych wyjazdów służbowych usiadłem z pilotem przed odbiornikiem telewizyjnym i dostąpiłem dobrodziejstwa zapoznania się z ofertą programową aż trzech kanałów państwowego nadawcy.
Domyślam się, że moje doświadczenie było zbyt krótkie, bym mógł mieć jakieś obiektywne spostrzeżenia. Na jednym z tych kanałów jacyś niezwykle mili i weseli ludzie w sutannach ewangelizowali właśnie młodych odbiorców, a że do młodzieży się nie zaliczam, przełączyłem telewizor na kanał regionalny, ale też tylko na chwilę, bo trwała tam transmisja nabożeństwa ze znanego sanktuarium, podobno audycja cykliczna. Przełączyłem więc na ostatni możliwy kanał, by dowiedzieć się z niego, że wizyta papieża Benedykta XVI w Stanach Zjednoczonych jest najważniejszym wydarzeniem tego dnia w Ameryce i na całym świecie, a także, że Telewizja Polska transmitować będzie na żywo całą mszę świętą, jaką Benedykt XVI odprawi dla 60 tysięcy zebranych na stadionie Jankesów (liczbę 60 tysięcy przeczytałem w New York Timesie, nie dosłyszałem, co na ten temat mówiła Telewizja Polska). Trochę mnie to zdziwiło, bo wprawdzie CNN dużo tego dnia mówił o religii, ale raczej dlatego, że jeden z pretendentów do urzędu Prezydenta Stanów Zjednoczonych powiedział właśnie na wiecu wyborczym, że ludzie w małych miasteczkach dotkniętych bezrobociem z goryczy i frustracji zwracają się ku broni palnej i religii, albo oddają się różnego rodzaju negatywnym nastrojom i sentymentom.
Nie mogłem tego dnia dłużej oglądać telewizji, więc nie jestem pewien, jak przedstawiała się dalsza oferta programowa tych kanałów, ale jestem pewien, że moje wrażenie, iż oglądam telewizję, na którą zamiast abonamentu można by przeznaczyć datki zbierane na tacę w kościołach, jest mylne.
Zajrzałem na strony internetowe Telewizji Polskiej i jestem przekonany, że spełnia ona dobrze swoją misję publiczną, a gdy moja Wspólnota Mieszkaniowa zdecyduje się zainwestować w nową instalację anteny zbiorczej, będzie mi pewnie dane przekonać się o tym. Dzisiaj na przykład, w piątkowym kinie akcji, widzowie mogą zobaczyć "Szczęki" - toż to klasyka kina, sam chętnie pokazałbym to moim uczniom na kółku filmowym w oryginalnej wersji językowej, z napisami (a TVP na pewno, w co nie wątpię, taką możliwość daje).
Na stronie internetowej TVP widnieją tak wspaniałe i wartościowe pozycje, jak na przykład "Moda na sukces", zapewne - jak wnioskuję z tytułu - bardzo cenny program edukacyjny. Jest też "Klan" - pewnie jakiś ciekawy dokument cykliczny poświęcony zagadnieniom genealogicznym, oraz "Plebania" - nie wiem, co to takiego, ale mój ojciec chyba to ogląda, jeśli dobrze kojarzę. W reklamach na stronie jest też jakiś ciekawy program popularno - naukowy o tematyce medycznej, jak się domyślam z opisu kolejnego odcinka, nosi tytuł "Na dobre i na złe". "Gwiazdy tańczą na lodzie" budzi moje wątpliwości - to astronomia czy meteorologia?
Tak czy inaczej, jestem gorącym przeciwnikiem likwidacji abonamentu. Uważam, że ma on fundamentalne znaczenie dla realizacji misji publicznej Telewizji Polskiej i nie należy osłabiać państwowego nadawcy na rzecz nadawców komercyjnych, którzy nie zadbają o odbiorcę kultury wysokiej.

Najpiękniejsza dziewczyna we wsi

, , , ...

W jednym z odcinków serialu Northern Exposure, w Polsce znanego jako Przystanek Alaska, miejscowy DJ - Chris Stevens - traci głos w wyniku spotkania z śliczną, nieznajomą kobietą. Jest to ponoć odwieczny problem mężczyzn i nie ma w tym nic dziwnego. Wpadasz na taką obcą istotę, zamieniasz z nią dwa słowa i jej piękno odbiera ci głos. By go odzyskać, jak głosi prastara indiańska legenda, trzeba się przespać z najładniejszą dziewczyną w wiosce.
Dostałem dzisiaj kilka listów w związku ze zmianami w rządzie. Jedni mi gratulują, inni martwią się, że nie będę teraz miał o czym pisać. A niektórzy się dziwią, że nie świętuję, że nie okazuję radości, nie trąbię i nie biję w bębny.
Wydaje mi się, że tylko nieuważni czytelnicy mogli odnieść wrażenie, że pan Roman Giertych nadawał sens mojemu życiu i mojej pisaninie. Ale powiedzmy, że z przyczyn zupełnie niezależnych od wydarzeń w Warszawie straciłem dzisiaj głos. A teraz proszę wybaczyć, ale idę się przespać z najpiękniejszą dziewczyną we wsi, tyle że sąsiedniej. Zatroskanych Tomaszów niedowiarków zapewniam, że nadal pojawiać się tutaj będą nowe wpisy. Mam również nadzieję, że będę miał w nich równie dużo do powiedzenia, co Chris w codziennej porannej audycji radiowej w Cicely.

Uderzymy mocno

, ,

W jakim ja mieszkam kraju? Chyba jakimś bardzo nerwowym, skoro premier porusza się po Warszawie specjalnie osłanianą kolumną pojazdów na sygnale, ponieważ służby ochraniające go otrzymały sygnał, że nie dość, że premier ma wielu wrogów wśród żywych, to i umarli wydali na niego wyrok śmierci.
Nic dziwnego, że taki nerwowy premier na konferencji prasowej mówiąc o najsłuszniejszych może i najmądrzejszych sprawach używa takiego straszliwego słownictwa. Na konferencji premiera i innych przywódców jego partii usłyszałem, że zło trzeba nazwać po imieniu i wskazać jego sprawców. Trzeba "usunąć balast" i konieczna jest "eliminacja ludzi" dla oczyszczenia polskiego aparatu państwowego. Uderzyć trzeba mocno, skuteczniej niż dotychczas, a "każdy przyzwoity człowiek, pominąwszy siły związane z poprzednim systemem, to poprze". Odrzucono nawet teorie o dużej grupie ludzi szlachetnych.
Te groźne słowa odwróciły jakoś moją uwagę od rzeczywistej treści przekazu. Musiałem wstać i otworzyć szeroko okno, żeby złapać oddech i uspokoić przyspieszone ze strachu tętno. Nie wiedziałem, że mieszkam w kraju wymagającym podjęcia tak drastycznych środków.
Panu premierowi życzyłbym, by używał trochę spokojniejszych słów, gdy mówi o swoich planach, bo agresywna semantyka może zniechęcić do najpiękniejszych nawet ideałów. A zło nie śpi i korzysta ze znakomitych specjalistów od PR i marketingu. Niewinnym uśmiechem i radosnym wyrazem twarzy przyciąga ludzi.

Idol z poczuciem humoru

, , ,

Wielokrotnie pisałem już o tym, jak bardzo razi mnie u obecnej ekipy rządzącej brak poczucia humoru i dystansu do siebie samych.
Politycy obozu rządzącego - parlamentarzyści, ministrowie, premier, prezydent - popełniają gafy śmieszne, żałosne, kompromitujące, a czasem i szkodzące państwu polskiemu.
Polskiemu prezydentowi nie milknie komórka podczas oficjalnych spotkań. Minister Edukacji szkaluje polską szkołę. Polski premier z rozpędu całuje w rękę Ministra Obrony Narodowej, co do którego trudno mieć wątpliwości, że jest mężczyzną.
Minister Sprawiedliwości atakuje Jacka Majchrowskiego udowadniając drukowanymi literami, że krakowskie dwa dodać dwa równa się pięć, manipulując faktami i opowiadając brednie. Mówi, że Jacek Majchrowski to persona non grata wypominając mu, że nie spotkał się z Georgem W. Bushem podczas jego wizyty w Krakowie. Twierdzi, że rozentuzjazmowane tłumy krakowian witały wtedy Busha. Zapomina, że w rzeczywistości to, że Jacek Majchrowski nie spotkał się wówczas z niezbyt popularnym prezydentem Bushem, przysporzyło mu w studenckim mieście Krakowie wiele popularności i było nonkonformistyczną demonstracją polityczną, na jaką mało kogo stać. I zręcznie przemilcza fakt, że premier z Prawa i Sprawiedliwości dość groteskowo żebrał ostatnio o kilka minut spotkania z prezydentem Bushem podczas swojej niedawnej wizyty w USA.
Parlamentarzysta w komisji śledczej rozbawia świadka Ewę Balcerowicz nie umiejąc zadać pytania, które sam sobie przygotował do zadania, ponieważ zawiera ono nazwy własne w języku angielskim. Dowiadujemy się między innymi, że Janina Wedel napisała książkę.
We wiodącej w Polsce, o dziwo nie publicznej telewizji publicystycznej, w specjalnym programie "Szkło kontaktowe", dziennikarze nie nadążają z pokazywaniem wpadek polityków. Nie starcza im czasu na ich komentowanie.
W tych wpadkach przodują faktycznie politycy partii koalicyjnych, chociaż pokazuje się także wpadki członków innych partii. Oburzeni zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości mają do "Szkła kontaktowego" pretensje, że jest "okopcone" nienawiścią do ich partii. Nie mają pretensji do swoich polityków o to, że popełniają bezmyślne gafy, że dobrowolnie ośmieszają siebie, polski parlament i inne instytucje państwa polskiego, włącznie z urzędem głowy państwa, tylko do dziennikarzy o to, że to pokazują.
Powaga urzędu paradoksalnie wymaga poczucia humoru. Znużony oglądaniem popisów prymitywizmu ze strony różnych polityków z dużą satysfakcją obejrzałem niedawną wypowiedź Donalda Tuska na temat programu "Szkło kontaktowe". Polubiłem pana Tuska o wiele bardziej, niż go lubiłem oddając na niego głos w drugiej turze wyborów prezydenckich.
Człowiek, jak to człowiek, popełnia gafy, myli się i miewa wpadki. Zdarza mi się przejęzyczyć w klasie i powiedzieć coś głupiego. Jak wtedy, gdy stawiając ocenę niedostateczną Tomkowi powiedziałem mu w ubiegłym roku, że muszę mu postawić laskę. Śmiejemy się z tego parę sekund i mówimy dalej na temat. Pomyśleć, że mógłbym zostawiać w kozie uczniów, którzy dostrzegają moje wpadki i śmieją się z nich. Albo dawać im za karę dodatkową pracę domową.