Skip navigation.

Jacko - zza okna pisane...

Hominis est errare, insipientis in errore perseverare.

February 2007

( Monthly archive )

Don't worry, be happy...

Doszedłem dziś do wniosku, że nie ma potrzeby się zamartwiać różnymi złymi rzeczami, które nas codziennie spotykają. To znaczy trzeba się martwić, ale nie w takim stopniu, żeby popadać w jakąś bliżej nieokreśloną paranoję zmartwień i żeby to nam spędzało sen z powiek (czy jakoś tak to się mówi...). Co z tego, że mam (tzn. miałem)) wysoką gorączkę? Po to idę do lekarza, żeby zbadał, coś przepisał i żeby wszystko do normy wróciło. Od tego on jest przecież (od tego jest on... :D ). Po co się martwić, że na dworze jest chlapa i że spodnie się na dole brudne robią? (nie wspomnę już o butach...) Przecież nie dzieje się to pierwszy i nie ostatni raz. I tak dalej i tak dalej... Ludzie, którzy mają zbyt wiele zmartwień, nie żyją długo...

Trzeba raczej szukać w tych sprawach dobrych stron (chociaż akurat w tych dwóch wymienionych przeze mnie przypadkach trudno coś pozytywnego znaleźć...). Myślę, że w takich przypadkach trzeba powiedzieć sobie "No cóż - trudno - stało się. Jutro będzie lepiej" (czy jakoś tak...).

I tym optymistycznym akcentem kończę te moje dzisiejsze wywody...

Aha. Powiedzcie mi, kogo Wam przypomina ta gęba, co ją tu umieściłem? Pół dnia się zastanawiam, do kogo "to coś" jest podobne? Pierwsze, co mi do głowy przychodzi, to albo minister Gosiewski albo poseł Kalisz. Jakie są Wasze typy?

Znów u lekarza...

Dziś znowu miałem wizytę w przychodni. Jakiś "gul" mi wyskoczył z prawej strony gardła. To znaczy dokładnie, to nie gardła, tylko mniej więcej w miejscu, gdzie się ma węzły chłonne. Nie boli mnie to wcale, ale strasznie uciska. Jak się obudziłem rano, to myślałem, że śliny nie przełknę. Ale jakoś się udało. Całe szczęście, że się "zapobiegawczo" do doktor Mi----------- we środę zarejestrowałem. Ale to nic...

W przychodni dowiedziałem się, że pani Mi--------- ma urlop do 2 marca (równie dobrze mogła napisać, że do 4-ego, bo 2-gi, to piątek, więc i tak jej w sobotę i niedzielę nie będzie...), więc musiałem się zapytać, czy mnie inna pani doktor przyjmie. Czekałem do niej około godziny. Oczywiście tylko po to, żeby wyjść za niecałe 5 minut ze skierowaniem do laryngologa... Pani w rejestracji oczywiście powiedziała, żebym podszedł do doktora L---- i zapytał, czy przyjmie (nie wiem, może to taki nowy zwyczaj w służbie zdrowia, że prócz skierowania, trzeba się jeszcze pytać lekarza o zgodę...). No ale w końcu zgodził się i zbadał. Stwierdził, że mam zrobić jakieś prześwietlenie i przyjść z wynikiem (historia lubi się powtarzać...). Oczywiście nie zaskoczę nikogo, jeśli powiem, że na dzisiaj się nie dało zarejestrować, bo przecież za późno już... Ale nieważne. Pójdę jutro i też będzie dobrze. Chyba...

Aha, wczoraj się koło promu przeszedłem (z psem oczywiście) i stwierdziłem, że nieźle musiało wiać i sypać na morzu.
Nie wiem, ale wydaje mi się, że ta śniegowa skorupa była o wiele większa, tylko znaczna jej część zdążyła już do kanału spaść. Brrr...

Maximum...

40,1oC - tyle pokazywał termometr we wtorek wieczorem. I nie chodzi o taki wiszący gdzieś na oknie w jednym z ciepłych krajów, ale ten domowy, mały, "lekarski". Miał ktoś z Was kiedyś taką gorączkę? Dla mnie to zupełna nowość. Sięgam pamięcią dosyć daleko i nie przypominam sobie, żebym miał kiedyś więcej niż 39oC. A było to tak:

Zaczęło się w poniedziałek po południu. Ból głowy, ból w gardle i gorączka (coś pomiędzy 38 a 38,5o). Wieczorem było jeszcze gorzej (ponad 39o). Tak więc decyzja musiała być jednoznaczna - jutro do lekarza!

Oczywiście to nie takie proste, jak się wydaje. Od jakiegoś czasu nie można tak po prostu pójść rano do przychodni, zarejestrować się, pójść pod gabinet, zapytać "Kto z Państwa ostatni do doktor Mi---------?", usiąść i czekać na swoją kolej. Gdy mama dzwoniła do przychodni we wtorek rano, okazało się, że do pani Mi--------- są wolne terminy dopiero na środę po południu :yikes: . Cale szczęście :confused: , że ojciec był do niej zarejestrowany na jakieś badania kontrolne, czy coś, więc wystarczył jeden telefon i udało mi się załatwić "wciśnięcie się" w kolejkę (się ma te znajomości... :wink: ).

Pani doktor mnie zbadała, nic niepokojącego nie zobaczyła, skierowanie do laryngologa wypisała i kazała przyjść z opinią od niego jeszcze tego samego dnia. Aha, przepisała jakieś tabletki, co to niby gorączkę miały obniżyć. Laryngolog zbadał, nic niepokojącego nie zobaczył i skierowanie na RTG wypisał (podejrzewał, że to może coś z zatokami).

Zdjęcia rentgenowskiego oczywiście się już nie dało we wtorek zrobić, bo za późno było - NO COMMENTS

A wieczorem nastąpiło to, o czym pisałem na początku - 40,1o. Trochę to dziwne, ale głowa mnie już nie bolała. Tylko ta wysoka gorączka... Mama oczywiście za telefon i na pogotowie dzwoni. Mówiła, że u lekarza byłem, co przepisał i takie tam... Pani w dyżurce powiedziała, że to, co mi zostało przepisane, "w żadnym wypadku nie zbije tak wysokiej temperatury!". Kazała łyknąć starą poczciwą Polopirynę S i poczekać do rana. Rano, co prawda jak młody Bóg się nie czułem, ale mogłem "w miarę normalnie" funkcjonować. Poszedłem na Rentgen, pani mi fotkę zrobiła (oczywiście na niej też nic nie wykazało...:D ). Potem znów laryngolog, znów pani Mi--------- i wreszcie do domu.

I tak przeleżałem w łóżku te kilka dni a cały mój pogląd na świat ograniczał się do takiego widoku:

No i oczywiście takiego...

No i to by było na tyle. To the next, czy jakoś tak...

Kryzys mam...

Tak, mili Państwo. K-R-Y-Z-Y-S. Przez miniony tydzień jakoś tam dawałem radę i cokolwiek udawało mi się sklecić. A teraz jakoś tak nic mi do głowy nie przychodzi. Przecież powtarzać się nie będę... I pisać bez sensu też... Na dodatek jeszcze głowa mi pęka. I w gardle drapie. I termometr za dużo pokazuje. Jakoś tak ostatnio nic nie jest po mojej myśli... Mam nadzieję, że jutro już będzie lepiej. A jak nie, to niestety do lekarza trzeba będzie się wybrać. Znowu... Bo ze mną, to tak właśnie jest, że mogę kilka miesięcy nie chorować, ale jak mnie nagle coś chwyci, to szybko nie puszcza.

Tak więc, Drodzy moi, dajcie mi kilka dni. Muszę ochłonąć. Na pewno wrócę. A teraz herbata (niestety bez cytryny :down: ), dwa Ibu_____ i pod kołdrę do rana...

Aha. Jakby ktoś nie wiedział, to mamy w kraju nowego językoznawcę (specjalność - wulgaryzmy...). W Faktach TVN Hubert H. wypowiadał się w sprawie Wałęsa - Kaczyński. Radził, by nie przepraszał... :lol: .

Dzień odwiedzin...

U kolegi dziś byłem. Obsługi komputera go trochę uczyłem. Znowu... No cóż, nie wszyscy to potrafią... Ja też kiedyś byłem zielony w tych sprawach i też pomocy potrzebowałem (nawet teraz czasami potrzebuję). Wtedy do kuzyna jeździłem. Albo on do mnie. A teraz, to raczej takie sprawy przez GG albo Skype załatwiam. Całe szczęście, że chłopak w miarę szybko łapie, bo to jeżdżenie już mnie męczy trochę...

Poza tym kolega z wojska mnie dziś odwiedził. Się wpakował chłopaczyna... Parę lat temu jakiś włam na sklep z kumplami zrobił, czy coś (nie wnikam) i teraz pół roku w zawiasach dostał. W poniedziałek idzie. Mówi, że tak sobie życie poukładał, że zdecydował o pójściu teraz i po 6 miesiącach wrócić do normalnego życia. Nawet obecny pracodawca dał mu półroczny urlop bezpłatny, tak więc chłopak będzie miał gdzie wracać. Całe szczęście.

A jutro chyba się moimi włosami zainteresuję. Nie nie, spokojnie - całkiem ścinał nie będę. Tylko trochę (tak z 10 cm) podetnę. Dawno nie podcinałem i mi się już końcówki rozdwoiły (a w niektórych miejscach nawet roztroiły...). A nie, jutro niedziela jest, to nic nie załatwię... No to może w poniedziałek. Muszę się dowiedzieć, jak Beata pracuje...

A tak w ogóle, to chyba dzisiaj Markowego widziałem. No i to tyle...

Aha - dla zainteresowanych moimi ostatnimi przygodami z maszynką - już wszystko do normy wróciło. Teraz już będę pamiętał, że mam do wyboru: Albo golić się codziennie maszynką elektryczną albo co kilka dni - tradycyjnie. Tak więc sorry Tangens - brody w najbliższym czasie nie mam w planach :wink:.

Odpoczynek...

A co...? Wolno mi... Pisałem cały tydzień i potrzebuję odsapnąć. Jeśli ktoś czekał na to, że dzisiaj coś ciekawego napiszę (zakładając, że to, co piszę jest w ogóle ciekawe... :D ), to przepraszam. No ale co ja mam zrobić, jeśli dzisiaj nic takiego się nie wydarzyło. To znaczy może i wydarzyło się, ale ja cały dzień - za wyjątkiem wyjścia z psem - w domu siedziałem (wszystko przez tą cholerną maszynkę... nervous - wyjaśnię niżej) i o niczym nie wiem. Dzisiaj moim oknem na świat był telewizor, z którego głównie można było się dowiedzieć, że Lech ujawnił raport, co go Antoni tak skrupulatnie tyle czasu przygotowywał. No cóż, powiem tak: Jeśli to był główny cel tych, którzy obecnie nad nami panują, to szczerze gratuluję i serdecznie zapraszam do wyjścia. Najlepiej jak najdalej stąd.

A co do maszynki, to sprawa wygląda w ten sposób: Jak pisałem wczoraj - rozładowała mi się w połowie golenia. Wrzuciłem do ładowania i dzisiaj rano chciałem naprawić, co wczoraj nabałaganiłem. Ale nie udało się, bo... no właśnie - bo co? Do tej pory nie znalazłem odpowiedzi. Tak więc pół dnia spędziłem na czekaniu, aż się trochę podładuje (kilka razy po około godzinie) i na goleniu (kilka razy po około 10 minut - aż się rozładuje). W końcu po którymś razie stwierdziłem, że nie ma sensu dłużej tego robić i zdecydowałem się ogolić "na mokro". No i dalej niby wszystko poszło już dobrze, pomijając kilka "zacięć" na szyi - tego się nie da uniknąć...:D No i to tyle na dzisiaj...

Aha, jeszcze pytanie (lub też prośba o radę) do innych, co blogi piszą: Czy to ma sens, tak o wszystkim pisać? Powoli zaczynam w to wątpić. Proszę o opinie. Z góry dzięki.

Raz na rok można...

Do Wrzeszcza się dziś po pączki wybrałem. Te najlepsze w Gdańsku. Jak ktoś myśli inaczej, to - z całym szacunkiem - niech się schowa...p: . A że to tłusty czwartek, więc nie byłem jedynym, który tam zmierzał. Byłem przygotowany na długie stanie w kolejce. Ale nie przeraziło mnie to wcale. Raz na rok można... Ręczę głową, że warto. A w tej kolejce, po prostu przegląd osobowości: Najpierw kolegę z Technikum spotkałem (7 lat go nie widziałem). Pogadaliśmy o dawnych :eyes: czasach. O tym, kto z kim kontakt ma, kto gdzie pracuje i takie tam. Po 15 minutach stwierdził, że jednak nie będzie w kolejce stał, bo czasu nie ma i poszedł. Po chwili mi się przypomniało, że nawet mu numeru telefonu nie dałem, albo chociaż GG (dość często mi się to zdarza). Ale nic, trudno. Stał też starszy pan, który po jakimś czasie z kieszeni wyciągnął coś wielkości mniej więcej kasety video i uraczył "współstojących" dźwiękami Jedynego Słusznego Radyja. Nie trwało to nazbyt długo, bo został "poproszony" o wyłączenie tego lub o opuszczenie kolejki. Po chwili namysłu w myślach starszego pana pokusa słodkiego pączka zwyciężyła nad wszystkowiedzącym głosem Ojca Dyrektora. Stała też dziewczyna (na moje oko, tak gdzieś z 14-15 lat) z ojcem, któremu wydawało się, że jest zabawny (z parasolem w ręku, stąpał po kałuży, podśpiewując niczym Gene Kelly w "Deszczowej piosence" - oczywiście do Kellyego mu wiele brakowało...). Był też chłopak w pilotce, który namiętnie całował się z dziewczyną (bez pilotki :D ). Chyba im walentynek było mało albo zapomnieli, że w kolejce stoją... Było też małe dziecko, które bardzo głośno ryczało, że - cytuję - "chce poncka" i mama, która mu tłumaczyła, że "jeszcze chwila i dostaniesz". No i na koniec grupa studentów, co się gdzieś na sobotę umawiali. Tak więc krótko mówiąc - było ciekawie. Stałem około godziny, ale powtarzam jeszcze raz - WARTO BYŁO!

W domu obiad zjadłem a po obiedzie 2 pączki - wyśmienite, jak zwykle... Potem się ogoliłem. To znaczy nie do końca, bo w połowie golenia mi się maszynka rozładowała nervous i musiałem ją znowu podłączyć. Więc teraz siedzę w domu na wpół ogolony (lub na wpół nieogolony...) i nigdzie nie wychodzę, bo maszynka, żeby się naładowała, potrzebuje ok. 12 godzin - niestety nervous . No i to tyle na dzisiaj.

Aha, jeszcze podzielę się z Wami czymś, co dziś usłyszałem - "Ostrzeżenie dla chodzących po płycie lotniska: Pamiętaj, że pilot podczas startu ma ograniczoną widoczność! Może Cię przelecieć i nawet tego nie zauważyć!" :lol:.

Nic szczególnego...

Dzisiaj nic szczególnego nie napiszę, bo to, co dzisiaj robiłem, opisałem wczoraj (więc logicznie rozumując - nie będę się powtarzał). Wszystko, co wczoraj opisałem, dzisiaj się wydarzyło (prorok jakiś, czy co... :D ). No i to tyle. Albo nie. Taki mały konkursik wymyśliłem (niestety bez nagród - z braku funduszy :D ): Powiedzcie mi, gdzie dzisiaj byłem?

Po co to komu...?

Mówię o jutrzejszym "święcie". Czy ktoś z Was, Drodzy moi, zastanawiał się kiedyś nad sensem "Dnia Zakochanych" (czy jak to się tam nazywa...)? Czemu on służy? Po co jest? Czy w taki dzień kocha się bardziej a w inne dni mniej? Nie rozumiem tego... Czy ktoś zna odpowiedź? To ja poproszę... Albo nie - nie chcę wiedzieć. Tak się jakoś dziwnie złożyło w moim życiu, że zawsze w "ten dzień" byłem sam (to znaczy raz, kilka lat temu, byłem z kobietą, ale to nie było to, co można nazwać miłością - niestety). Tak więc dla mnie 14 luty jest dniem - że tak powiem - zwyczajnym. Już tyle razy tego dnia nie miałem się do kogo przytulić (ani żadna się do mnie nie przytulała :frown: ), że doszedłem do wniosku, że nie ma sensu obchodzić tego dnia w jakikolwiek sposób. Traktuję ten dzień, jak każdy inny. Jutro na przykład jak zwykle wstanę rano do sklepu, zjem śniadanie, pójdę z psem na spacer, potem wsiądę w tramwaj i do znajomego pojadę. Później do urzędu muszę iść, więc przede mną czekanie w kolejce. Później na Żabiankę muszę jechać (ojciec mnie o to prosił, więc pojadę). Później do domu na obiad. Około 17-tej kolega przyjedzie i zabierze mnie do siebie. Obiecałem mu pomóc (a właściwie jego dziewczynie) w obsłudze komputera (Corel i takie tam...). Gdzieś pod wieczór przywiezie mnie do domu i jakoś czas minie. Tak więc mi tam żadne Walentynki do szczęścia nie są potrzebne. Przez tyle lat bycia sam (w sensie kobieta - mężczyzna), nauczyłem się nie myśleć o braku kobiety przy boku. I ciężko mi będzie się "przestawić", gdy się takowa przy moim boku znajdzie (bo przecież kiedyś musi, prawda...?). No i to tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że kogoś to zaciekawiło... Na koniec jeszcze cytat z Wergiliusza:
"Aby znaleźć miłość, nie pukaj do każdych drzwi. Gdy przyjdzie Twoja godzina, sama wejdzie do twojego domu, życia, serca."
I teledysk Foreigner...



Dla wszystkich w podobnej sytuacji...

Tak dla odmiany...

A dzisiaj, tak dla odmiany, nic ciekawego nie napiszę (przepraszam, jeśli kogoś zawiodłem - obiecuję nie robić tego zbyt często). Tak mnie jakoś dzisiaj wena opuściła i mimo szczerych chęci, nic konkretnego nie przyszło mi do głowy. No, może jedna sprawa, która "przywołała mnie do porządku". A było to tak:

Przeglądając dziś blogi zobaczyłem, że DeFU wstawił link do mnie na swoim blogu. Pomyślałem "super - ktoś mnie czyta". W międzyczasie prowadziłem rozmowę z Ariesem na GG i pomyślałem, że chyba nic wielkiego się nie stanie, jak się go zapytam, czy na swoim blogu mnie umieści. A jednak się stało... Otóż dowiedziałem się wtedy, że jedną z jego zasad jest to, że jak ktoś go poprosi o coś takiego, to na pewno nie umieści ani teraz ani w najbliższym czasie (przy okazji taka przestroga dla innych początkujących - jak nie chcecie poczuć tego, co ja wtedy, to pod żadnym pozorem NIE PROśCIE NIKOGO O TAKIE COś !!!). Jak przyjdzie czas, to i link się u nich pojawi... Ale trzeba sobie czymś zasłużyć, niestety... Traktuję to jako lekcję na przyszłość, że nie zawsze trzeba mówić, co komu pierwsze do głowy przyjdzie, tylko czasami trzeba trochę ruszyć mózgownicą, żeby się nie przeliczyć. No i ja się właśnie przeliczyłem. I pewnie jeszcze nie raz się przeliczę...

I mój pies z tego powodu też jakiś dziwny nastrój miał... :frown:

Wyprawa w nieznane...

Brat mnie dzisiaj do hipermarketu wyciągnął - niby nic wielkiego. A jednak... Pół biedy, gdyby chciał gdzieś blisko jechać (Wrzeszcz, Przymorze, czy coś takiego...). Ale nie, jemu się do Gdyni Karwin jechać zachciało... No ale dobra, stwierdziłem, że skoro mam w domu siedzieć i nic nie robić, to lepiej będzie, jak pojadę. Więc pojechaliśmy...

To znaczy nie tak całkiem od razu, bo najpierw musiałem biegać po dzielnicy za biletem całodziennym (kto by pomyślał, żeby w niedzielę były kioski pozamykane...nervous ). W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu szukać i kupię karnet w tramwaju, skasuję na godzinę a jak do Oliwy dojadę, to tam całodzienny kupię - trudno, moja strata - teraz już wiem, żeby zawsze w portfelu mieć na wszelki wypadek jeden bilet za 9,10 zł...

W tramwaju oczywiście, na końcowym przystanku, motorniczy jak zwykle drzwi nie pozamykał (a na dworze zimno, chyba coś ok. -10 oC). Już chciałem wstać do niego, żeby mu parę słów powiedzieć, ale akurat gdy chciałem to zrobić, on drzwi pozamykał i ruszył, tak więc tym razem mu się upiekło...:devil: )

Nie lubię 15-tką jeździć, bo się strasznie wlecze (około 45 minut do Oliwy). Potem jeszcze prawie drugie tyle autobusem do Karwin... Całe szczęście, że za dużo ludzi akurat wtedy w tamtym kierunku nie jechało, więc spokojnie siedziałem i czekałem aż dojedzie, gdzie trzeba (jakbym miał stać taki kawał, to bym chyba wysiadł w połowie drogi i do domu wrócił... :D )

Gdy wysiedliśmy na miejscu z autobusu stwierdziłem, że tam jest jeszcze zimniej, niż w Gdańsku (a mogłem w domu zostać... :D ). No ale nic, skoro już jestem, to trudno. W sklepie, jak to w każdym takim dużym - WIELKIE G.... Ale przypomniało mi się, że niedawno szukałem małej zwykłej kamerki internetowej, więc zacząłem poszukiwania (ostatnio w jednym takim żółtym sklepie, co ma czerwonego owada w swoim logo, po 29,90 były), ale niestety nie znalazłem. Najtańsza, jaką znalazłem, była po 99 zł w typowo komputerowym sklepie na "V" (aż takiej "zwykłej" nie potrzebuję...). Potem jeszcze kupiliśmy po paczce wafelków (Familijne - polecam) i na przystanek poszliśmy. Jakoś tak za chwilę autobus przyjechał i ruszyliśmy do domu.

W drodze powrotnej, przy zajezdni we Wrzeszczu, wypatrywałem nowego tramwaju, co z Dortmundu przywieżli, ale niestety go nie wypatrzyłem (pewnie go gdzieś z tyłu postawili albo na hali stoi, czy coś... :mad: ).

Po jakimś czasie do domu zajechaliśmy i nie wiem, jak brat, ale ja do grzejnika się na jakiś czas przykleiłem :D (ręce mi zmarzły, mimo rękawiczek). Potem był obiad, około 19-tej z psem wyszedłem i tak dalej i tak dalej... No i to tyle na dzisiaj.

Aha, mam takie pytanko do czytających: Czy ja aby nie za dużo w nawiasach piszę? Proszę o opinię. Dziękuję.

O czym by tu...?

Hmm... Zacząłem wczoraj bloga pisać i... nie wiem, o czym pisać :wink:. Bo od czego jest blog? Od tego, żeby pisać wszystko, co komu ślina na język przyniesie, czy może od tego, żeby pisać coś konkretnego? Nie wiem. W tej sprawie dopiero raczkuję. Czy mam pisać o sobie? Czy mam pisać o tym, co dzisiaj robiłem? A może o moim psie, którego dzisiaj inny pies pogryzł (na szczęście niegroźnie - chociaż wyglądało poważnie...)? No dobra, napiszę jak mi dzisiaj dzień minął (może się jakoś temat rozwinie...):

Wstałem rano (tzn. około 8:30, bo jestem obecnie w takiej sytuacji, że póki co nie muszę wcześniej wstawać), zjadłem śniadanie. I tu się na chwilę zatrzymam ze względu ta to, co na te śniadanie jadłem. Otóż po wczorajszym obiedzie w misce zostało trochę kopytków (kopytek...?), więc nie zastanawiając się zbyt długo sięgnąłem po patelnię, wylałem na nią trochę oleju, zapaliłem gaz i... już za chwilę usłyszałem to przemiłe skwierczenie rozgrzewającego się tłuszczyku... W międzyczasie gotowała się woda na herbatę a na kopytkach zaczęła pojawiać się już rumiana, chrupiąca skórka, więc wszystko zmierzało ku temu, żeby mój dzień rozpoczął się całkiem przyzwoicie... Ale to tylko pozory...

Spokojnie! Nic strasznego się nie stało! Ja tylko "powracam na ziemię", gdzie niestety nie wszystko jest takie piękne i sielankowe, jak wymienione wyżej przepyszne śniadanko. Więc wracam do rzeczywistości. Podczas śniadania czytałem gazetę (chyba nikogo nie zdziwi, że nie powiem jaką, co...?). Pierwsza strona - duży tytuł: "Ostatnia droga bohatera" - artykuł o pożegnaniu żołnierza, który do Iraku pojechał i tam zginął. Smutne... Nasuwa się od razu pytanie: Kto jest temu winien? Terroryści? Wojsko? Ministerstwo Obrony? Prezydent? Nie ma na to niestety jednoznacznej odpowiedzi. A szkoda... Przydałaby się.

Jedziemy dalej: Po śniadaniu poszedłem do sklepu (po pieczywo i takie tam...). W sklepie kolejna ogromna - jak zwykle w sobotę. Odstałem swoje i do domu poszedłem. W międzyczasie poszedłem obok poczty zobaczyć, czy to prawda, że był tam przycisk dla inwalidów (więcej o tym można TUTAJ poczytać). No i faktycznie był, tylko jakiś taki zniszczony...

Potem, że tak powiem "nicnieróbstwo" uprawiałem, czyli ogólnie siedziałem w domu. Później był obiad (pierogi z cebulką - kolejna rzecz, dla której warto żyć :D). Po obiedzie chwilę na kanapie poleżałem, co by się pierogi na swoim miejscu poukładały... Około 16-tej wyszedłem z domu na cmentarz. Poszedłem poszukać pewnego grobu (o tym z kolei można dowiedzieć się więcej, czytając TEN TEMAT). No więc poszedłem i znalazłem. Co prawda spędziłem tam ponad godzinę, ale znalazłem. Podczas moich poszukiwań jakieś dwie panie, co sobie papieroski przy grobie paliły (też sobie miejsce znalazły...), się do mnie przyczepiły. wywiązała się między mną a nimi krótka acz treściwa rozmowa. A było to tak:

- Przepraszam, co Pan tu robi?
- Szukam czegoś.
- Aha. A czy przypadkiem nie chce Pan czegoś ukraść?
- Nie.
- Bo wie Pan, tyle teraz złodziejstwa...
- Wiem. Ale to nie znaczy, że jestem złodziejem...
- No nie, ale...
- Co "ale"? Mówię, że ja nie z tych, co kradną. Ja mam w życiu ważniejsze rzeczy do roboty, niż kraść.
- No, ale Pan tak chodzi i nie wiemy, co mamy myśleć...
- No to niech się Panie zajmą swoimi papierosami a ja się zajmę szukaniem.
- No dooobra, niech Pan sobie szuka, już nie przeszkadzamy.
- Byłbym bardzo wdzięczny. Do widzenia.

No i tak sobie szukałem i szukałem ponad godzinę. Już miałem przerwać poszukiwania (ciemno się już robiło) i wrócić tu jutro, ale na szczęście znalazłem. Wyciągnąłem ten swój pseudoaparat w telefonie i pstryknąłem kilka zdjęć. W drodze powrotnej do domu jeszcze raz spotkałem wymienione wyżej panie. Już nic nie mówiły :D. W domu herbatę sobie zrobiłem i zasiadłem przy pudle (tak nazywam mój komputer) i zabrałem się za pisanie tego posta. W międzyczasie przeglądałem fora (linki po prawej), jadłem kolację i jednym uchem słuchałem najnowszych informacji z pewnej telewizji (tej, co to przez 24 godziny na dobę wiadomości podaje). No i to tyle. A teraz idę do łazienki zmyć z siebie dzień dzisiejszy i chyba pójdę już spać. Ale nad tym się jeszcze zastanowię... No i to tyle na dzisiaj.

Aha, na tym zdjęciu, to właśnie mój pies jest. Fajny, co...? :wink:

Na dobry początek...

Ruszyłem. W końcu... Zbierałem się, zbierałem i w końcu się zebrałem. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, nie wiem od czego zacząć...:D Ale najważniejsze, że się w końcu zebrałem. No dobra, już nie przynudzam...

Zapytałby się ktoś, o czym będzie mój blog? A bo ja wiem...? O wszystkim po trochu. Trochę o życiu, trochę o mnie, trochę o różnych wydarzeniach, trochę o sytuacji w kraju (która de facto coraz mniej mi się podoba), trochę o dupie marynie i tak dalej i tak dalej... Czasami też pojawi się jakaś fotka z mojej nędznej komórczyny Sony Ericsson K310i (Tak więc, na zdjęcia "jakościowo dobre" niech nikt nie liczy...). Choćby na przykład taka, jak po lewej (klatka schodowa, którą niedawno wyremontowali - te drzwi po lewej, to do mojego mieszkania). To na razie tyle, jeśli chodzi o początek. Jestem początkującym blogerem (buhaha :D ) i jeszcze za bardzo się nie znam na tym. W miarę upływu czasu moje wpisy pewnie będą bardziej treściwe. No to tyle na razie. Chyba zacząłem nie najgorzej, co?

PS. A tak w ogóle, to zacząłem akurat dzisiaj pisać bloga, bo dokładnie rok temu podłączyli mi Internet w domu. Niby nic nie znacząca data, ale po prostu nie chciałem zaczynać kiedykolwiek, tylko w jakiś ważny dzień, jakąś rocznicę, czy coś w tym stylu. Ale to tylko tak na marginesie...