Saturday, 30. June 2007, 20:49:55
Tomek mi dzisiaj takiego linka podesłał.
Wyszło mi, że umrę:
- w wariancie optymistycznym - 14 czerwca 2044
- w wariancie neutralnym - 12 maja 2035
- w wariancie pesymistycznym - 21 lutego 2021
Czyli na dzień dzisiejszy pozostało mi życia:
- w wariancie optymistycznym - 36 lat, 11 miesięcy i 14 dni
- w wariancie neutralnym - 27 lat, 10 miesięcy i 12 dni
- w wariancie pesymistycznym - 13 lat, 7 miesięcy i 21 dni
Czyli, krótko mówiąc, trzeba się spieszyć, bo nawet te niecałe 37 lat, to trochę mało...
A tak już całkiem serio, to nie mogę wyjść z podziwu, czego to ludzie nie wymyślą...
Sunday, 24. June 2007, 17:47:48
Właściwie, to nie chciałem nic o tym pisać, ale skoro Przemek (brat Adama) mnie o to sam poprosił, to nie mogłem mu odmówić.
20 czerwca na kanale portowym zginął tragicznie wieloletni sąsiad z podwórka obok i zarazem kolega - Adam Tulik. Z uwagi na to, że słyszałem już od ludzi wiele wersji tego wydarzenia oraz ze względu na to, by za bardzo nie "rozdmuchiwać" tematu zdecydowałem, że na tym poprzestanę.
Jaki był Adam? Hmm... Dla mnie był człowiekiem zawsze uśmiechniętym i, jak to się mówi - "lightowo" nastawionym do życia. Człowiekiem, który przez większość swojego życia siedział u siebie na podwórku, przy komórce i z brudnymi po łokcie od różnego rodzaju smarów rękami, grzebał przy tych swoich motorach. I taki jego obraz już na zawsze pozostanie w mojej pamięci...
Pogrzeb odbędzie się we wtorek, 26 czerwca o godzinie 15:00 na cmentarzu w Nowym Porcie.
A ja od siebie dla Adama znalazłem ten utwór (dałem linka, bo jak chciałem okno z video wstawić, to mi jakieś głupoty wychodziły). Chociaż tyle mogłem dla niego zrobić... Spoczywaj w pokoju, Młody...
Monday, 18. June 2007, 20:26:48
Kilka dni się zastanawiałem, czy Wam to pokazać. Czy aby nie będzie to coś w stylu tych słynnych afer z karykaturami Mahometa, czy coś... Ale doszedłem do wniosku, że jednak to pokażę. Bo w końcu to nie ja jestem autorem tego wizerunku, tylko jakiś "artysta".
Jako człowiek, który z racji wykonywanego zawodu, czasami (a nawet dość często) bywam na trójmiejskich cmentarzach. I właśnie na jednym z nich (a konkretnie na Cmentarzu Łostowickim), wypatrzyłem to "dzieło". Nie wiem, może ja jakiś dziwny jestem, ale widziałem już wiele wizerunków przedstawiających Jezusa i przywykłem do nich, więc to "coś" zrobiło na mnie... yyy... , no właśnie - sam nie wiem, jakie - wrażenie...
Nie chciałbym tutaj obrażać niczyich uczuć religijnych, czy coś, ale zastanawiałem się, do kogo jest podobna postać na tym obrazku?
Nie chciałbym też być jakimś krytykiem, ale jako wolny człowiek, mam prawo do własnego zdania i mogę śmiało powiedzieć, że mi się to nie podoba. Uważam, że takim postaciom, jak Jezus Chrystus, Mahomet, Budda itd. należy się jakiś większy szacunek i tego typu "sztuka" nie powinna być wystawiana na widok publiczny.
Thursday, 14. June 2007, 16:21:04
Wednesday, 13. June 2007, 19:50:02


Sprawy techniczne. Tak mnie jakoś wzięło, żeby sobie mały test zrobić. To znaczy nie sobie, tylko blogowi, telefonowi i MMSowi. Test mający na celu sprawdzenie, jak będzie wyglądał wpis z komórki, gdy wstawię do niego dwie fotki. Jest kilka możliwości. Albo po prostu pojawią się 2 fotki po prawej a tekst po lewej stronie (dla użytkowników Firefoxa, bo w IE fotki są i tak na środku) albo pojawią się 2 osobne wpisy (jeden tylko z fotką a drugi z fotką i z tym tekstem). Ciekaw jestem, co z tego wyjdzie. Czy będzie tak, jak myślałem, czy może będzie jeszcze inaczej? To się okaże. Już za chwilę.
~~~~
No i jest tak, jak myślałem - są dwie fotki po prawej a tekst po lewej. Fajnie, bo właśnie tak chciałem, żeby było. To znaczy w ogóle, to chciałbym, żeby poprzez pisanie posta MMSem, fotka nie wyrównywała się do prawej, tylko do środka, ale jak to się mówi: "Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma". Czy jakoś tak... No i to tyle, jeśli chodzi o dzisiejszy test. Wynik testu - pozytywny (w miarę...
).
Sunday, 10. June 2007, 21:21:01
Hmm... W sumie, to niby był to jakiś tam długi weekend, ale jakoś tak nic wielkiego się nie wydarzyło. No , może poza Wielkim Przejazdem Rowerowym (jak się później dowiedziałem w TVP3, w gdańskiej Panoramie, to była manifestacja...
- niech im będzie). Ale o tym później...
Piątek spędziłem, że tak powiem, domowo. To znaczy byłem z mamą we Wrzeszczu, poszukać jakiejś taniej wykładziny, bo mi się moja od kółek wytarła i zacząłem już po panelach z krzesłem jeździć. Na szczęście nie musieliśmy zbyt długo szukać i po niedługim czasie do domu wróciliśmy. W domu położyliśmy nowy nabytek i teraz, siedząc przy pudle, jakoś tak mientko mam pod stopami...
A pani pogodynka w TVN24 powiedziała, że po południu na pomorzu gdańskim, żadnych Bush nie przewiduje... 
W sobotę też nic specjalnego nie robiłem. No, może poza wizytą na działce u Magdy i Tomka. Tam posiedzieliśmy trochę, racząc się smakiem złocistego płynu i korzystając z dobrodziejstw natury w postaci promieni słonecznych. Potem u Heńka na działce też po piwku wypiliśmy (czy po 2 nawet... nie pamiętam...). Po obiedzie z Tomkiem się na drugą stronę wybraliśmy na rowerach. Nie będę pisał, gdzie byliśmy ze względu na to, że było to miejsce, gdzie nie każdy może sobie ot tak wjechać (przy okazji - Tomek, dzięki za przejażdżkę). Pod koniec wycieczki przysiedliśmy w pewnym lokalu, by uzupełnić płyny. Tomek wziął piwko z sokiem a ja, ze względu na to, że już kilka dziś wychyliłem, zdecydowałem się na orzeźwiający napój w postaci zimnej FANTY.
No a niedziela, jak już pisałem, minęła pod hasłem przejażdżki rowerowej. Wybrała się nas trójka - ja, ojciec i Grzesiek. Po drodze usiedliśmy sobie na ławeczce internetowej, gdzie z koleżanką Portuską byliśmy umówieni na wirtualne spotkanie. Efektem tego spotkania jest między innymi coś takiego.
Po paru minutach pojechaliśmy na Targ Węglowy, gdzie była zbiórka. Ludzi było mnóstwo (jak później podawały regionalne media, było nas ponad 6 tys.) Tam odbyło się krótkie spotkanie organizacyjne i o 12:15 cała chmara rowerzystów ruszyła w kierunku parkingu przy Uniwersytecie Gdańskim.
Po drodze można było spotkać rycerza krzyżackiego:

Kurczaki:

Pacjenta Akademii Medycznej (który de facto wygrał konkurs na najlepsze przebranie)

I parę młodą (dzielnie walczyli do samego końca...):

W międzyczasie odbył się też AlleyCat, czyli coś, jakby podchody tyle, że na rowerze. Grzesiek jak zwykle wziął w nim udział. Nie poszło mu tak dobrze, jak w zeszłym roku (o ile sobie przypominam, to chyba był piąty), ale jak tłumaczył - nie chodziło mu o wygraną, ale o sam udział. Skoro tak mówi...
W domu późny obiad zjadłem, z psem poszedłem i zasiadłem tutaj, by zdać relację. I to by było na tyle...
A następne większe wolne, to dopiero za 43 dni mam - urlop. Jakoś to wytrzymam. Chyba...
Aha, się mi przypomniało - spotkałem travisa z Cyfrowej Pukawki. Na ich blogu też coś tam zarzucił.
Thursday, 7. June 2007, 21:05:00
Jako człowiek, który zajmuje się obserwacją ludzkich zachowań (sam nie wiem, dlaczego to robię...) stwierdzam, że ludzie, to czasami pewne rzeczy bezmyślnie robią. Rzeczy, które nie mają żadnego sensu. Czasami są to rzeczy, które nie mają sensu w ogóle a czasami takie, które nie mają sensu w danej chwili. Czasami są to rzeczy błahe, nie mające żadnego poważniejszego znaczenia a czasami całkiem poważne. Kilka przykładów (Od razu uprzedzam, że nie będę pisał, u kogo takie zachowania zauważyłem, by w żaden sposób tym osobom nie podpaść. Skupiam się na sprawach a nie na osobach z nimi związanych):
1. Do czego służy telefon komórkowy? Do tego, żeby z niego korzystać (dzwonić, pisać smsy itd.). A co robi ów telefon w domu podczas, gdy jego właściciel jest poza domem? Ładuje się bateria. Dlaczego? Tego już nie wiem. Ja nie ruszam się z domu bez telefonu (no, może jak idę śmieci wyrzucić) a ładuję go zawsze w nocy. Po co? Po to, żeby na drugi dzień mieć spokój. Po to, żeby mi w ciągu dnia się bateria nie wyczerpała podczas jakiejś ważnej rozmowy. Albo gdy będąc na mieście zauważę coś ciekawego i zechcę fotkę pstryknąć. Nie rozumiem tego...
2. Na czym polega zmywanie naczyń (wykluczając korzystanie ze zmywarki)? Na tym, że trzeba podwinąć rękawy, odkręcić wodę i zmywać. Tutaj niektórzy leją wodę do zatkanego kurkiem zlewozmywaka lub miski a inni myją naczynia pod cały czas odkręconą wodą - nieważne. Co się dzieje podczas zmywania? Moczą się ręce. Więc jaki jest sens przed zmywaniem zapalać papierosa, pociągnąć ze 2 "machy", położyć na popielniczce i zająć się zmywaniem? Nie rozumiem tego...
3. Do czego służą klucze od mieszkania? Do tego, by w razie potrzeby móc nimi otworzyć drzwi do mieszkania. Więc jaki jest sens zostawiać je w domu? Ja zawsze (wyjątkiem znowu może być wyrzucanie śmieci) biorę ze sobą klucze. Nawet, gdy jestem pewien, że jak wrócę, to ktoś w domu będzie. Po prostu tak się nauczyłem i tyle. Bo przecież różne rzeczy mogą się w życiu wydarzyć. A w połączeniu z niewziętym z domu telefonem, to już w ogóle głupota jest. Pozostali domownicy mogą mieć nagłą potrzebę pilnego wyjścia i wtedy klapa. Co wtedy pozostaje? Siedzenie na wycieraczce aż ktoś wróci i nic poza tym. Nie rozumiem tego...
4. Do czego służą światła w rowerze? Do oświetlenia sobie drogi oraz do tego, by być widzianym w warunkach złej widoczności na drodze. Z tego, co wiem, to przepisy, które niedawno zostały wprowadzone dla samochodów, że światła mijania należy mieć włączone przez cały rok (poprzednio było jakoś tak, że od października chyba do marca - zmotoryzowani wiedzą lepiej) nie dotyczą rowerzystów. Więc jaki jest sens jeżdżenie rowerem z włączonymi światłami, skoro jest piękny, słoneczny i bezchmurny dzień? Czy polega to na tym, że "włączam światła, bo MAM"? Nie rozumiem tego...
5. Tutaj nie zawaham się personalnie wymienić, bo akurat chodzi o mnie (żeby nie było, że się tylko innych czepiam...). Każdego wieczora przed dniem pracującym sprawdzam, czy mam dobrze budzik w telefonie ustawiony na rano. Robię to pomimo, że jestem na 100% pewny, że mam ustawiony alarm cykliczny na 6:30 w poniedziałek, wtorek, środę, czwartek i piątek. Nie rozumiem tego...
Mógłbym tak jeszcze wymieniać wiele przykładów bezsensownego zachowania, ale już mi się nie chce. Poruszyłem temat a teraz czekam na Wasze komentarze i podobne przykłady z Waszych obserwacji.
A odbiegając od tematu, to w końcu udało mi się "ustrzelić" swojego imiennika:



Wiedziałem, że gdzieś tu pływa po naszych wodach i w końcu go znalazłem...
Sunday, 3. June 2007, 07:49:23

Strasznie buja na zatoce. Chociaż z drugiej strony myślałem, że będzie gorzej.
~~~~
No to czas na uzupełnienie. Wybraliśmy się wczoraj z Grześkiem na Hel (tzn. do Helu, bo tam statek dopływa), zamiarem powrotu rowerami. Wszystko szło w miarę dobrze do czasu, gdy jadąc Marynarki Polskiej, mniej więcej pomiędzy budynkiem Stoczni Północnej a mostem stalowym obok bramy stoczniowej, złapałem gumę. A że do "odpływu" statku było około pół godziny, nie było czasu na zmianę dętki, więc Grzesiek pojechał kupić bilety a ja pieszo szedłem (Hmm... Można iść inaczej niż pieszo...?) do celu.
Na statku, zamiast jak normalny człowiek iść sobie posiedzieć na wygodnym siedzeniu, musiałem zająć się wymianą dętki. Przy okazji zamieniłem opony (z tyłu na przód lub odwrotnie - jak kto woli...), bo na przedniej był lepszy bieżnik. Po mniej więcej pół godziny uporałem się z tym i mogłem w końcu udać się na górny pokład, podziwiać widoki gdańskiej zatoki (się mi zrymowało...).
W Helu byliśmy mniej więcej o 10:25. Pozwiedzaliśmy sobie trochę (latarnia, okolice muzeum i takie tam...) i po około godzinie zdecydowaliśmy, że zaczynamy zmierzać w kierunku domu. Pod drodze widzieliśmy szynobus:

Jakieś dziwne, niezrozumiałe znaki:

Potem była Jurata, Jastarnia (tutaj w Grześka rowerze stała się rzecz najgorsza z najgorszych - pękła felga). Nie będę tego tłumaczył, tylko pokażę:

Początkowo nie wyglądało to zbyt dobrze, ale po kilkudziesięciu metrach jazdy Grzesiek stwierdził, że da radę jechać z bąblem na kole, więc pojechaliśmy dalej przez Kuźnicę i Chałupy. W Chałupach zatrzymaliśmy się coś zjeść.

A propos jedzenia - nie zamawiajcie tam nic!!! Ja zamówiłem hamburgera (Tylko trochę byłem głodny) i za 5,50zł dostałem coś hamburgeropodobnego z bułką mokrą, jak z wody wyciągniętą, wstrętnym sosem majonezowym i kawałkiem mięsa (tu bym polemizował), grubości około 5 (no, może 7 mm) twardym, jakbym jadł kilkudniowego placka ziemniaczanego, wyciągniętego z lodówki i przez chwilę na ruszcie podgrzanego - OHYDA!
Po tym "posiłku" pojechaliśmy dalej. Na trasie do Władysławowa zatrzymaliśmy się na chwilę w miejscu, gdzie około 3 miesiące temu z ekipą Cyfrowej Pukawki i z Markowym na zachód słońca czekaliśmy.

We Władysławowie był ostry zakręt w lewo na Swarzewo (znów czuję, że rymuję...). Od Pucka zaczęły się większe problemy - bąbel zaczął się niebezpiecznie powiększać i stukać o błotnik (hamulec już wcześniej odczepiłem), więc trzeba było spuścić trochę powietrza, żeby bąbel był "bezpiecznej wielkości". Oczywiście zaczęło już powoli powietrze bokiem uciekać. Tak więc dalszy odcinek drogi (Puck - Rzucewo, przez lasy) polegał na tym, że Grzesiek jechał bardzo powoli a ja za nim, kontrolowałem sytuację bąbla. Mniej więcej co jakieś 1500-2000m musieliśmy się zatrzymywać w celu lekkiego dopompowania.
Niestety w Rzucewie dętka już nie wytrzymała i było wielkie BUM!!! Trzasnęło, aż się ptactwo z pobliskiego drzewa poderwało! A że nie mieliśmy więcej dętek do wymiany (ja wziąłem jeszcze przed wypłynięciem z Gdańska), więc dalsza nasza droga polegała na tym, że ja jechałem na swoim rowerze przodem, szukając odpowiedniej drogi, sklepów by uzupełniać zapas płynów i wypatrując samochodów dostawczych, by ewentualnie nas podwiózł do jakiegoś autobusu, pociągu czy coś.

W miejscowości Osłonino sołtys pokierował nas do Żelistrzewa, do stacji kolejowej. Jak na złość, przyszliśmy (tzn. ja dojechałem) 10 minut za późno, bo właśnie odjechał. A następny był dopiero za niecałe 2 godziny. Więc poszliśmy (tym razem ja też szedłem - głupio mi się zrobiło, że Grzesiek tak sam idzie) dalej wzdłuż torów do Mrzezina i dalej do stacji Reda Rekowo.
Tam okazało się, że kolejka przyjedzie o 19:45, czyli za około 20 minut, więc postanowiliśmy, że na tym kończy się nasza rowerowa przygoda. Usiedliśmy na peronie i czekaliśmy...

Pociąg przyjechał z ponadpółgodzinnym opóźnieniem. Dojechaliśmy nim do Gdyni. Tam mieliśmy przesiadkę na SKM-kę i na stacji Gdańsk Politechnika wysiedliśmy. Tam niespodzianka - rodzice po nas przyjechali (no i Ares też). Potem Grzesiek i reszta wsiedli w 15-tkę i do domu pojechali a ja, jako że mój rower był sprawny, pojechałem przez Marynarki Polskiej (elegancko się jedzie po tym nowym asfalcie...). Gdy dojeżdżałem do Nowego Portu, spełniło się jedno z moich marzeń (tych mniej ważnych) - na liczniku pojawiła się liczba 100 - po raz pierwszy w życiu jednego dnia przekroczyłem dystans 100km na rowerze.
W domu zjadłem szybką kanapkę, przejrzałem pocztę, forum (nie działało praktycznie przez cały weekend), wziąłem prysznic i poszedłem spać. No i to tyle, jeśli chodzi o niedzielę.
Aha - WIELKIE DZIĘKI dla taty za to, że podczas naszej "wędrówki" telefoniczne nas informował o rozkładach jazdy poszczególnych pociągów. Dzięki.
No i oczywiście wyrazy WIELKIEGO podziwu dla Grześka za to, że dał radę pieszo zasuwać około 10-12 kilometrów. Ja raczej bym nie dał rady.