Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

Jacko - zza okna pisane...

Hominis est errare, insipientis in errore perseverare.

Przeprowadzka...

Jak już wcześniej wspominałem, ze względów technicznych "przestało mi się tu podobać". Tak więc, nie zastanawiając się zbyt długo, zdecydowałem się na przeniesienie mojego bloga na inne (lepsze) miejsce.

Tak więc, krótko mówiąc, jakby to kogoś interesowało TUTAJ jest mój "nowy" blog.

Aha, byłbym zapomniał - dziękuję ekipie my.opera.com za w miarę miło spędzone ponad 9 mięsiecy i za (bla, bla, bla... :wink: )

Na razie cisza...

Ostatnio nie chce mi się nic pisać. Blog mi się sypie. Nie jest już taki, jak był jeszcze niedawno. Obecnie jestem w fazie poszukiwania sobie innego miejsca na pisanie. Mam już na oku kilka pomysłów, ale to na razie tylko plany. Już robię pewne "przymiarki", ale to jeszcze nic pewnego. Jak będzie coś na rzeczy, to na pewno was powiadomię.

A tymczasem proponuję obejrzeć wczorajsze gole Smolarka: Gol na 1:0 Gol na 2:0. Czyż to nie piękne...?

I co z tego...?

I co tego, że u mnie w pracy już tak dużo do roboty nie ma?
I co z tego, że nie wracam już do domu około 21:00 (lub nawet później), tylko gdzieś tak o 16:00?
I co z tego, że mam teraz więcej czasu na to, by pójść sobie gdzieś w czasie wolnym (do przyjaciół, znajomych, czy chociażby tak po prostu sobie gdzieś połazić...)?

Skoro i tak muszę rano wstać i do pracy pojechać na te parę godzin.
Skoro i tak po tej 16:00 wracam zmęczony, jakbym cały dzień jak wół tyrał.
Skoro pogoda na dworze (szaro, buro, deszczowo i wietrznie) nie sprzyja spacerom.

Nie lubię takiego okresu, jaki teraz mamy. Taki "już nie jesień, ale jeszcze nie zima". Rano pogoda w miarę dobra, ale temperatura bliska zeru, w ciągu dnia kilka stopni przybywa, ale za to się pogoda psuje (deszcz lub, jak dzisiaj, śnieg). Po południu niby się wypogadza, ale za to się już ciemno robi i człowiek odczuwa, jakby było co najmniej 3 godziny później (a przecież zegarki przestawialiśmy tylko o godzinę...). Powiem szczerze, że teraz tylko czekam na zimę. Bo jak jest zima, to wtedy ogólnie wiadomo, że jest zimno i jakoś się można do tego w miarę przyzwyczaić. A taka późnojesienna, nieprzewidywalna plucha, to jest chyba najgorsze, co może być. Mam nadzieję, że to szybko minie. Czego sobie i Wam wszystkim życzę.

Aha, niedługo święta. Napisaliście już do św.Mikołaja? Ja napisałem. Co roku proszę go o to samo. I co roku mam nadzieję, że spełni moją prośbę. Ehhhh...

Co ja narobiłem...?

Jakoś tak kurka wodna, dziwnie teraz ten mój blog wygląda. Nie jestem biegły w sprawach technicznych, ale widzę, że coś jest nie tak. Fotki nie są, jak do tej pory, na swoim miejscu (jedne wyrównane do lewej, inne do prawej itd). Poza tym tekst pisany między fotkami też jakoś tak dziwnie się przeplata między nimi.

Ja się nie znam, ale stało mi się to parę dni temu, gdy chciałem zmienić trochę design bloga (bo już mi się ten poprzedni trochę znudził...). Wszedłem w ustawienia, wybrałem nowy, zaakceptowałem wybór i od tej pory zaczęły się cyrki. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że "nauczony doświadczeniem" i w związku z tym, że to nie był dobry pomysł z tą zmianą designu (chociaż z drugiej strony, skąd mogłem wiedzieć, co się wydarzy), postanowiłem powrócić do poprzednich ustawień. I właśnie tu zaczęły się schody - na liście dostępnych designów jest tylko kilka i nie ma tego mojego poprzedniego. Zapadł się pod ziemię, czy co?

Co gorsza, próbowałem wszystkie dostępne designy i w każdym z nich dzieje się to samo. I teraz nie wiem, co robić. Chcę prowadzić dalej swojego bloga, ale jeśli nie dam sobie rady z tą sytuacją, to naprawdę nie wiem, co robić. Założyć gdzieś nowego bloga a z tym dać sobie spokój? Czy jednak próbować "na siłę" zrobić coś z tym blogiem? Nie wiem. Poradźcie coś. A może ktoś z Was się na tym zna i mi pomoże z tego wybrnąć? Byłbym bardzo wdzięczny za pomoc.

Aha, jakby tego było mało, to jeszcze nie dostaję na maila powiadomień o nowych komentarzach:furious: .

Dla...

Dla wszystkich, których już z nami nie ma...

W czasie wolnym...

Dzisiaj u Pawła kładłem panele podłogowe. Poszło w miarę szybko (od 12:00 do 15:30 - pokój był nieduży). Potem (po obiedzie) do Tomka zadzwoniłem, by jakiś wspólny browarek "stworzyć". A, że Tomek powiedział, że dopiero za około godzinę w domu będzie a ja już z domu wyszedłem, więc postanowiłem, że nie ma sensu do domu wracać, więc poszedłem sobie na mały obchód po dzielnicy. Efektem tego obchodu jest takie coś:

Na początek były Szkwał (podobno się tam jakiś lokal gastronomiczny szykuje - moim zdaniem, będzie tam to, co zwykle - mordownia, gdzie nie każdy będzie mógł sobie ot tak na piwko wstąpić) i ścieżka rowerowa na Marynarki Polskiej (w końcu gotowa...):


Zauważyłem też, że przy ulicy Wyzwolenia istnieje jeszcze "ostatnia pamiątka" po linii kolejowej (element podstawy jednego ze szlabanów):


Sfociłem też nowe nabrzeże przy promie Wisłoujście (wyremontowali je już jakiś czas temu, ale dopiero teraz znalazłem chwilę, by tam sobie tak "na spokojnie" pójść:


Będąc przy promie, postanowiłem na koniec jeszcze trochę w temacie jesiennym - brzózki, które parę lat temu wyrosły pomiędzy szynami wyżej wymienionej kolejki (już nie pamiętam, ile to już lat minęło od ostatniego kursu tamtego pociągu...):

A tak w ogóle, to zostały mi jeszcze 3 dni pracy. To znaczy, nie całkowicie, bo po 1 XI (a dokładnie od 5 XI - A co? W końcu mnie się też kiedyś należy jakieś dłuższe wolne...) będę jeszcze do pracy chodził, ale to już nie będzie tak "na wariata", jak w ostatnich dwóch miesiącach, gdy wracałem do domu około 21, bo tyle roboty było. Teraz sytuacja (mam nadzieję) się trochę ustabilizuje i będę miał trochę więcej czasu na swoje własne ("niesłużbowe") sprawy. Muszę nadrobić "zaległości" towarzyskie i poodwiedzać trochę znajomych.

No i to tyle na dzisiaj, bo zaraz się Kuba Wojewódzki zacznie.

Jakoś tak inaczej, lepiej, optymistyczniej...

Wydawało by się, że można by, parafrazując słowa piosenki Kazika Staszewskiego:

"Wstałem dziś tak, jak zwykle
o szóstej trzydzieści,
jeszcze szaro za oknami,
dymy snują się po mieście..."


I tak dalej i tak dalej. Ale nie! Gdy dzisiaj rano zadzwonił budzik, jakoś tak lepiej mi się wstawało. Śniadanie jakieś takie jakby smaczniejsze było. Nie przeszkadzało mi zimno na dworze (a było nieco ponad 0oC). W ogóle jakoś tak nic mi nie przeszkadzało. Czy to jakiś znak na przyszłość?

Wiem wiem, niektórzy z Was pewnie myślą, że się podjarałem wynikiem wczorajszych wyborów. Że w ogóle jestem jakimś platformersem (czy nawet platfusem) - wisi mi to.

Cieszę się i tyle. Tak, jak cieszyłem się 2 lata temu (TAK, to nie pomyłka), gdy jeszcze były jakieś szanse na PO-PiS, że już minął czas tych wszystkich Hausnerów, Cimoszewiczów i innych tam Jarug-Nowackich, tak teraz się cieszę (a nawet jeszcze bardziej), że nie będzie już Gosiewskiego, Leppera, Giertycha, Fotygi i innych takich.

No i to tyle na dzisiaj ode mnie. Życzę Wam WSZYSTKIM, by żyło się lepiej.

Aha. Jak dziś do domu wracałem, to ktoś (nie powiem kto, bo... po co?) zapytał mnie, jak mi się żyje w Irlandii? No cóż... Pozostawię to bez komentarza.

Daj głos...!

Mój pies Ares, jako porządny obywatel tego kraju, już dał głos. I Wy też, jak Ares idźcie dać swój głos!!!

Proszę ja Was...

Chcąc, nie chcąc, muszę się odnieść do dzisiejszej debaty Tusk - Kaczyński. Nie wiem, czy Was to interesuje i czy w ogóle oglądaliście. Ja oglądałem. Szczerze mówiąc podobała mi się. Już pomijam fakt, że moim faworytem był Tusk i że w ogóle najbliżej mi do Platformy. Chodzi mi ogólnie o przebieg debaty.

Moim zdaniem bezapelacyjnie wygrał lider PO. Według Onet.pl było 82% dla Tuska i 15% dla Kaczyńskiego. Ale to nie o to chodzi, bo na sondażach się nigdy nie opierałem (a szczególnie po wyborach w 2005 roku, gdy wyraźnie wskazywały na wygraną PO a w ostatniej chwili wygrał PiS...).

Tusk punktował Kaczyńskiego i był w tym naprawdę dobry. Od samego początku zadawał konkretne pytania (chociażby te o ceny podstawowych produktów - premier nie miał pojęcia, o czym mówi - podawał jakieś liczby z kosmosu, które w ogóle nie mają nic wspólnego z rzeczywistością). Nie będę tutaj streszczał przebiegu debaty (niech się tym zajmują ludzie do tego powołani), bo nie taka jest moja rola. Ja z punktu widzenia zwykłego zjadacza chleba oceniam, że zdecydowanie wygrał człowiek, który zna problemy zwykłych ludzi a nie ten, który patrzy na nas z góry (w sensie z Kancelarii Premiera) i wydaje mu się, że robi dla Polski dobrze.

Tak mi teraz przyszło do głowy, że prowadzenie polityki przez Jarosława przypomina mi trochę film "Marsjanie Atakują". Są tam takie sceny, gdy zielone ludki chodzą po mieście, zabijają po drodze większość Ziemian a jednocześnie z głośników maszyny tłumaczącej słychać słowa: "We come in peace! We come in peace! (Przybywamy w pokoju!)". Obecny rząd właśnie tak się zachowuje - niszczy nasz kochany kraj od środka, jednocześnie głosząc wszem i wobec, że "zmieniają Polskę na lepszą". Trochę też mi się to kojarzy z PRL-owską "propagandą sukcesu". Ale to tylko takie moje przemyślenie.

A teraz przejdę do meritum, czyli do "Proszę ja Was..." - Moi Drodzy! Niedługo wybory. Proszę ja Was, nie pozwólcie na kontynuowanie tego, co się teraz dzieje! Nie pozwólcie na to, by ludzie władzy mieli nas serdecznie gdzieś! Nie pozwólcie, by nasz kraj staczał się na dno z powodu jednego zakompleksionego (lub nawet dwóch) facecika, który pod pozorem naprawy, niszczy wszystko, co mu stanie na drodze. Nie pozwólcie! Idźcie na wybory! Wybierzcie normalnych ludzi! PROSZĘ JA WAS!!! I to tyle na dzisiaj.

Aha, jeszcze coś! Właśnie mi przyszło do głowy - Jakie są wg mnie podstawowe różnice między Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim?

Donald Tusk chce Polskę uporządkować a Jarosław Kaczyński - podporządkować (sobie),
Donald Tusk chce rozmawiać z ludźmi a Jarosław Kaczyński - mówić do ludzi.

I tak dalej, i tak dalej...

A jutro meczyk Polski z Kazachstanem. POLSKAAAAA, BIAŁO-CZEEERWOOONIII !!!

Nie życzę sobie...!

Jechałem dziś do domu z pracy i przy budynku Dworca Głównego PKP zauważyłem WIELKĄ facjatę Jacka Kurskiego. W związku z tym takie coś mi do głowy przyszło: Z czego są finansowane takie rzeczy? Oczywiście z budżetu państwa. No bo, skoro partie polityczne są finansowane z kasy państwowej a pieniądze na te wszystkie spoty, billboardy, płyty pilśniowe obklejone plakatami kandydatów, ulotki i inne, różnego rodzaju duperele z logo partii (proporczyki, długopisy, smycze do komórek...) są brane z budżetu partii, to de facto (tym stwierdzeniem na pewno Ameryki nie odkryłem) my podatnicy za to wszystko płacimy.

Pomijam już fakt, że akurat Jacka Kurskiego nie lubię (po pierwsze dlatego, że jest z PiSu a po drugie, bo... po prostu go nie lubię i tyle. Nieważne...). Chociaż nie powiem - wkurzyło mnie trochę, że nie wystarczyło mu wywieszenie na górnych piętrach budynku Proremu wielkiego "transparentu" z wielkimi (tak na oko - ze 3 piętra) literami KURSKI i obok logo jego partii. Musiał jeszcze swoją ogromną fizjonomię ludziom pokazać (jakby go mało było widać...).

Chodzi mi o sam fakt finansowania. Bo jeśli na przykład mogę zrozumieć, że partie, które wygrywają wybory i tworzą rząd dostają pieniądze na działalność dla kraju itd. to dlaczego niby my (ja, Ty i Ty i Ty...) mamy płacić za kampanię wyborczą? Za te wszystkie "Mordo Ty moja" i inne tego typu pierdoły?

A swoją drogą ciekawe, co by było, gdyby zakazać W OGÓLE kampanii wyborczych? To znaczy nie całkowicie. Gdyby zrobić tak, że kampania mogłaby polegać jedynie na spotkaniach z wyborcami i ewentualnie na debatach? Żadnych spotów. Żadnych billboardów. Żadnych ulotek. Ciekaw jestem, jak to by było. Proponuję sprawdzić. Choćby zaraz.

Powiem krótko - NIE ŻYCZĘ SOBIE, BY NA TO SZŁY MOJE PIENIĄDZE !!!

Bałtycka Galeryja...

Jak większość mieszkańców Gdańska, tak i ja się do tego molocha wybrałem. Skoro tak wszyscy go zachwalali, że taki ładny i w ogóle, więc postanowiłem to sprawdzić. Chciałem pojechać w sobotę, ale tak mi się jakoś dziwnie dzień ułożył, że musiałem to przełożyć na niedzielę. Pojechałem oczywiście z Grześkiem. A od wewnątrz (dla tych, co to jeszcze nie mieli okazji zobaczyć) wygląda to mniej więcej tak:


No i to by było na tyle, jeśli chodzi o Galerię Bałtycką. Moje ogólne wrażenie? MOLOCH! Centrum Handlowe, jak każde inne. Jak na razie największe w Trójmieście (chociaż słyszałem nawet głosy, że podobno największe na Pomorzu...). Nieważne. Największy plus tego jest wg mnie taki, że został zagospodarowany teren, na którym to stoi. I tyle.

Aha, jeszcze pytanie (dla tych, co już byli) - W którym miejscu zrobiłem fotkę nr.1? Niestety nagrody rzeczowe nie są przewidziane. Jedyną nagrodą będzie własna satysfakcja i moje WIELKIE uznanie.

Czy musi tak być...?

Nareszcie znalazłem jakąś w miarę długą chwilę,żeby coś napisać. Mam teraz taki nawał obowiązków w pracy, ze sam nie wiem, czy dam radę. Całe szczęście jeszcze tylko miesiąc (a dokładnie 23 dni robocze plus ewentualnie 4 soboty) pozostał i sytuacja się trochę uspokoi. Uspokoi się trochę, bo po 1-szym listopada jeszcze trochę roboty będzie. Ale na szczęscie już nie tyle, co teraz.

Już nieraz zastanawiałem się, czy to tak musi być. Trochę mnie przeraża ta codzienna monotonia wykonywania tych samych czynności. Codziennie wstaję o tej samej porze (6:30). Pierwsze co, to włączam telewizor. Na TVN24. Potem schodzę na dół (dla tych, którzy nie wiedzą - mam tzw. antresolę, czyli łóżko na wysokości 2m od podłogi), włączam komputer i sprawdzam pocztę (w międzyczasie się ubieram). Potem idę do kuchni, włączam wodę i zostawiam na stole 1,10zł (we czwartki 1,50zł) dla ojca, żeby kupił gazetę, jak będzie z psem szedł. Wstawiam wodę w czajniku (zawsze wlewam tyle, żeby wystarczyło na 3 kubki - dla mnie herbata do śniadania a pozostałe dwa na kawę dla rodziców, jak wstaną) i idę do łazienki. Tam robię, co trzeba i zabieram się za śniadanie. Zjadam je i zakładam buty. Potem albo siadam tutaj albo (jak mi się nic nie chce) nastawiam sobie budzik na 7:55 i kładę się na sofie i ucinam sobie drzemkę. Gdy zadzwoni budzik wstaję, wyciągam z szafy moją ulubioną koszulę, zakładam i chwilę po 8:00 wychodzę na przystanek (całe szczęście, że mam blisko...). Tramwaj przyjeżdża o 8:10 (tzn. czasami mu się zdarzy przyjechać punktualnie). Wsiadam i jadę do samego końca (41 minut jazdy). Na końcowym wysiadam i idę do pracy.

Nie będę opowiadał, czym się zajmuję, bo to akurat nie jest głównym tematem tego wpisu (może kiedyś napiszę coś więcej...).

Kończę pracę różnie. Czasami jest to 15:00 a czasami, to nawet ostatnim tramwajem (23:26) do domu wracałem (chociaż w tym roku takiej sytuacji nie miałem... póki co jeszcze...). Ogólnie, to we wrześniu i październiku, kończę około 19:00. Przyjeżdżam do domu, zjadam "obiad", sprawdzam pocztę i około 20:30-21:00 z psem na spacer idę. Po spacerze ponownie zasiadam tutaj, wgrywam fotki z telefonu, przeglądam wiadomości, blogi, fora itd. Czasami (jak np. nie ma nic nowego na blogach, forach), to sobie w coś pogram (najczęściej w piłkę nożną) i około godziny 23:00-23:30 idę spać.

Gramolę się na te swoje 2 m.p.p.p (metry ponad poziomem podłogi :wink:), sprawdzam, czy budzik jest ustawiony (chociaż na 100% wiem, ze tak, bo mam Alarm cykliczny ustawiony na 6:30 od poniedziałku do piątku), wyłączam telewizor, zamykam oczy i zasypiam.

Następnego dnia o 6:30 dzwoni budzik i wszystko zaczyna się od nowa. Już tak od jakiegoś czasu zastanawiam się, co mogę zmienić, by to, jak wygląd mój zwykły dzień, nie wyglądało, jak jakiś schemat, matryca, wzornik z Sevres pod Paryżem. Tej zimy, gdy już będę miał wolne, będę musiał się nad tym poważnie zastanowić. Bo tak przecież nie można. Chyba...

Gdynia - MotoShow na Skwerze

33/39
Wybrałem się dziś z Grześkiem do Gdyni na MOTO SHOW. Zapowiadało się nawet ciekawie, więc pojechaliśmy. No i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie pogoda. To znaczy, wyjeżdżając z Gdańska, było jeszcze całkiem całkiem, ale w Gdyni, to już się znacznie pogorszyło. Zerwał się dość silny wiatr i do tego jeszcze co jakiś czas popadywał deszcz (niby delikatny, ale zawsze deszcz). No ale jak już tam zajechaliśmy, to postanowiliśmy "dokończyć dzieła". A wyglądało to tak:

Na początku stało kilka "pożeraczy paliwa":



Idąc dalej, to już raczej nowsze auta były:

Wracając do domu też niezłe wózki można było zobaczyć :wink: :

Ogólnie, to zmarzłem i zmokłem. A teraz siedzę w domu i pisząc ten post wkurzam się, bo właśnie pogoda zaczęła się klarować a mnie boli głowa :mad:. Mam nadzieję, że mi przejdzie, bo się jeszcze dzisiaj na koncert nad kanał wybieram. Oczywiście nie mam zamiaru płacić 10zł (ciekawe, kto zapłaci... :wink:), tylko stanąć sobie gdzieś z boku i poobserwować.

A jutro w NPC Zawody Smoczych Łodzi, na które też się wybieram.

Nie lubie, nie lubie...

Takiej pogody, jak dziś nie lubię. No bo niby co jest fajnego w takiej pogodzie? Niby termometr pokazuje, że jest około 10oC, ale jakoś tak ogólnie zimno jest. Niby nie ma jakiejś wielkiej ulewy, ale jakiś taki prawie niewidoczny deszcz pada prosto w twarz. Niby nie ma jakiegoś porywistego wiatru, tylko raczej delikatnie wieje. Ale w wyniku połączenia tego wiaterku z deszczykiem i taką temperaturą, daje dość nieprzyjemną mieszankę. W taką pogodę, to tylko w domu siedzieć (najlepiej przy jakimś piffku :wink:). Ale niestety, jak co wieczór trzeba było z psem na spacer pójść (że też się jeszcze nie nauczył sam ze sobą wychodzić... :wink:). Więc poszedłem. Nie łaziłem z nim zbyt długo. Zrobił, co trzeba i wróciliśmy. Chciałem na Szymona zdążyć. I zdążyłem.

A propos telewizji (a raczej filmów) - w sobotę oglądałem dość dobry film. "Skazany na bluesa", czyli historię życia Ryśka Riedla - wokalisty Dżemu. Dość długo się zbierałem, żeby go obejrzeć i w końcu się udało. Powiem szczerze, że zrobił on (ten film) na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem pełen uznania dla Tomka Kota, odtwórcy głównej roli. Moim zdaniem zagrał wyśmienicie. A scena, w której członkowie zespołu przyprowadzają swojego, zupełnie naćpanego wokalistę na przesłuchanie w sprawie kontraktu (jakieś 2/3 filmu) a Rysiek po podniesieniu kurtyny zbiera się w sobie i ostatkiem sił zaczyna śpiewać "List do M." ("Samotność, to taka straszna trwoga..."), to po prostu arcymistrzostwo. Choćby dla tej sceny warto ten film obejrzeć. Polecam.

No i to tyle na dzisiaj. Nie wiem, kiedy coś nowego napiszę. Mam teraz dość napięty plan. I to już tak do końca października. Mam nadzieję, że jakoś to wytrzymam.

Dzień blogera...

Jak się dzisiaj dowiedziałem, 31 sierpnia, czyli wczoraj był Międzynarodowy Dzień Blogera.

Cytat z portalu dziennik.pl:
"Dzień blogera to inicjatywa Izraelczyka imieniem Nir Ofir. Chciał mocniej zintegrować środowisko tych pisarzy-amatorów. Dzień blogera - 31 sierpnia - rządzi się pięcioma zasadami. Oto one:

1. Znajdź pięć nowych blogów, które uznasz za interesujące.
2. Poinformuj pięciu blogerów których polecasz, że robisz to w ramach Dnia Blogera 2007.
3. Napisz krótki opis każdego z blogów, które podlinkujesz na swoim pamiętniku.
4. 31 sierpnia zamieść notatkę o święcie.
5. Zamieść na swojej stronie linka do strony www.blogday.org."


A ja oczywiście, jak to ja, w ten dzień zrobiłem tak:

1. NIE znalazłem (a nawet nie szukałem) pięciu nowych blogów.
2. NIE informowałem nikogo (bo niby kogo, skoro nie szukałem?).
3. NIE napisałem krótkich opisów (bo niby o czym...?).
4. 31 sierpnia NIE umieściłem notatki o święcie (tylko dzisiaj).
5. NIE zamieściłem linka do www.blogday.org (no bo to nie jest link :wink: ).

A tak w ogóle, to niedawno Corzano na swoim forum zacytował coś niepokojącego. Mam nadzieję, że nie będę musiał zamknąć bloga...

I jeszcze zapowiedź - Ojciec i Grzesiek pojechali wczoraj do Radomia na AIR SHOW, więc pewnie po weekendzie jakieś fotki wrzucę (jak mi Grzesiek pozwoli... :wink: ). No i to tyle na dzisiaj (dawno tego nie pisałem... :wink: )