Musze przyznac, ze juz od kilku lat nie czuje jakos swiatecznej atmosfery. Moze to kwestia braku sniegu w ostatnich latach, moze fakt, ze Gwiazdka nie cieszy juz tak bardzo jak za dzieciaka... wszystko jakies takie inne... tylko w TV wciaz te same filmy ( i slyszalam ze w tym roku powtorka z rozrywki!!!)
W dziecinstwie najbardziej lubilam ubierac choinke. Jak tylko minely Mikolajki to meczylysmy Starszych co by juz ta choine pozwolili nam ubrac, zeby juz caly miesiac byl swiateczny, zeby mozna bylo wieczorem zapalac lampki i przy nich zasypiac... Pamietam, ze jedego roku u Dziadkow choinka stala caly rok specjalnie dla nas! Mialysmy z sis swoje ulubione bombki (troche juz nadkruszone zebem czasu, ale dla nas najfajniejsze) ...mama pisala listy, ze niby od sw.Mikolaja, a my lykalysmy wszystko i sledztwo przeprowadzalysmy, kiedy i jak grubas w czerwonym kubraku do nas na chalupe zladowal i jakim cudem fanty bezszelestnie podrzucil... To byly fajowe czasy
U mnie w domu zawsze bylo sztuczne drzewko, wiec jak tylko sie wyprowadzilam postanowilam, ze bede miala swoja pierwsza zywa choine. Potem mi sie juz odechcialo. Zapachu lesnego nie bylo, igly sypaly sie przy kazdym dotknieciu, a resztki tego badziewia wymiatalam spod szafy jeszcze na Wielkanoc w czasie gruntownych porzadkow Nie wiem...moze jakis trefny badyl nam sie trafil... Od tego czasu drzewek w moim domostwie nie bylo, ani sztucznych ani prawdziwych. Potrzeba posiadania zielonego krzaka z roku na rok zanikala...
To sa nasze pierwsze swieta z dala od Polandi i rodziny. Pierwsze na Wyspie. Drzewka nie ma z braku miejsca, jest za to swiateczna dekoracja na parapecie. Tu ludziska w zywczaju maja wreczanie sobie kartek swiatecznych, wiec takowe na naszym parapecie tez wyladowaly. Zrobil sie z tego christmasowy oltarzyk ale fajnie wyglada i jakos tak milej sie zrobilo.
Co do samych swiat to ja lubie ten okres wyczekiwania, lubie dekoracje na ulicach, wystawy sklepowe, lubie pakowanie prezentow i nawet lubie gdy pada snieg (ogolnie to sniegu w miescie nie znosze ) Marzy mi sie taka Gwiazdka w gorach, w malym gorskim domku, z kominkiem, ze sniegiem po kolana. Pierwszego dnia mozna isc na sniezny spacer, albo na nartach pojezdzic...jak w piosence Last Christmas ...to by bylo cos! moze kiedys to marzenie sie spelni...
Wczoraj bylam off wiec Wigilie moglismy swietowac tradycyjnie zaopatrzywszy sie wczesniej w polskim sklepie. Zamiast karpia byl losos, ale rybka to rybka. Byla kapucha z grzybami, barszczyk z pierozkami rawioli (uszka wykupili ) byly smazone pieczary, tylko o fasoli zapomnialam...
Wieczorem zapukal do drzwi sw.Mikolaj, a ze bylam bardzo grzeczna z wora posypaly sie zacne prezenciory Potem telekonferencje z rodzinka przez skype'a, giercowanie nowym Xbox'em. Wynagrodzilismy sobie pierwsze wyspiarskie swieta sowicie, ale i tak brakowalo rodzinki i friendow Ciekawe jak bedzie za rok...
Dzis rano bylam w pracy, wiec dopiero teraz mam czas na zyczenia...
With a great pleasure I would like to present a LipDub - performance from my "old" University in Poznan / Poland info about clip: LipDub was created on 13th December by 220 student's of Adam Mickiewicz's University. song: Alphabeat - Fascination
Tydzien wydluzyl sie do 8 dni, w tym okolo 60h pracowych, czyli busy busy busy!!!!!!! i tak caly miesiac... Zaliczylam jeden maly kryzys, czyli jak to mawiaja Angole zaliczylam "crap day" Nie naleze do osob, ktore wiecznie nazekaja, a juz zupelnie nie przywyklam do mazgajstwa. Jak widze, ze ktos sobie nie radzi i rozkleja sie za kazdym razem jak jest w stresie to mam ochote nim wstrzasnac i jeszcze kopa sprzedac co by sie wzial w garsc i przestal innych brac na litosc Kazdy ma slabe chwile czy gorsze dni, no ale nie CODZIENNIE!!!!!! wrrrrrrrrrrrr
W HOTELU pracuje juz 8 m-cy. Z osob, ktore ze mna zaczynaly zostalam tylko Ja! Swieta to okres wybitnie busy, wiec ze wiem "co i jak" zostalam wydelegowana do zarzadzania calym nowym staff'em. Zadziwiajace jak znikome jest uzycie mozgow przez niektore jednostki Mozna tlumaczyc, pokazywac, a oni stoja z otwartmi gebami i tempym wzrokiem, z ktorego nie winika zadna reakcja...no moze poza jedna...ta najbardziej widoczna...INFORMACJA NIE ZOSTALA PRZYSWOJONA!!! wrrrrrrr Koniec koncow, jakbym miala tak czekac i tlumaczyc gdzie co jest i co dalej nalezy zrobic to chyba do dnia nastepnego nadal bym czekala. Zolwie tempo i brak uzycia mozgu skutkuje KATASTROFA!!!!! No wiec zapierdzielam sama, bo szkoda mi czasu... zapierdzielam az sie kurzy! Szefostwo juz sie poznalo na mnie i do domu nie chca puszczac...za szybko, wiec PRACA to teraz moj DOM , w ktorym tylko nie spie. Chociaz ostatnio mi zaproponowali, ze skoro koncze tak pozno a rano musze byc na miejscu to przeciez moga dac mi pokoj na ta noc...
...ale ja o tym kryzysie chcialam pisac... wiec nadszedl...zmeczenie kilkudniowym maratonem, kolejne 11h w pracy i konca nie widac, 4-dniowe lupanie czaszki, ktotnia z laska z restauracji (wredna suka z niej czasami) puste kiszki od sniadania, nowa dostawa bezmozgowcow + wszyscy cos ode mnie chcieli w tym samym czasie!!!!! jednym slowem MASAKRA!!! no to jak sie juz ze wszystkim uporalam poszlam sie poryczec...tak poprostu..ze zlosci, bezsilnosci, tak dla oczyszczenia... Gdybym mogla to bym na dach polazla i zawyla Lisim skowytem, co by mnie wszyscy uslyszeli... ale kilka lez okazala sie zbawienne.
No to jak sobie tak lkalam w kacie, co by mnie nikt nie widzial i wpierdzielalam spozniony dinner znalaz mnie moj manager i caly przejety zalal mnie potokiem pytan: ze co, jak, dlaczego? Ze on nie wiedzial, ze przeprasza, ze nie pomyslam... Dobry z niego czlek i wiem, ze tez ma duzo na glowie...wiec nie ma sie co mazgaic...crap day juz za mna
Po calej akcji zostalam puszczona do domu w trybie natychmiastowym a nastepny dzien to pasmo przywilejow i break'ow w zmozonej ilosci Moral z tej opowiesci jest taki, ze czasem warto sie poryczec, ze nic nie dziala tak dobrze jak lzawe oczyszczenie, a jak juz ktos cie na tym przylapie to nie udawaj ze wszystko jest w porzadku skoro nie jest. Gadaj co ci na watrobie lezy bo taka okazja moze sie za szybko nie powtorzyc! Placz ze zlosci dobrze robi (nie za czesto of course) ale Mazgajom mowie NIE!
Braki z Vimeo straszliwe ale znalazlam cos fajnego... w sam raz na przedswiateczna atmosfere
To juz trzeci dzien jak nie wynurzam sie z domu, a konkretniej z lozka Nie wiem co mnie dopadlo, ale wszystko boli, goraczka itp. Zaczelam juz nawet myslec, ze to wina Prosiaczka... przyszlo jakos tak nagle i za cholere nie chce odpuscic skutkiem czego przespalam swoje dwa wolne dni, a dzis zadzwonilam ze sie w pracy nie pojawie. Nie byli zbyt szczesliwi, ale trudno...jakos sobie poradza. Mialam tyle planow na te wolne dni...po miescie chcialam sie poszwedac... fotki wieczorem zrobic, kiedy ulice sa tak pieknie oswietlone (btw swiateczne dekoracje pojawily sie zaraz po Halloween) i na German Christmas Market chcialam zajrzec. Nic z planow nie wyszlo i teraz bedzie juz trudno bo w pracy zaczas sie okres swiateczny i wszyscy jak w transie powtarzaja tylko jedno slowo BUSY Gdyby nie to, ze bardzo lubie swoja prace, pewnie juz bym marudzila, a ja sie doczekac nie moge kiedy z tego wyra wreszcie wyleze.
Siedzenie w domu mialo tez dobre strony, bo po pierwsze: wyspalam sie za wszystkie czas (chociaz dzis w nocy lewitowalam bo zasnac juz nie moglam ), po drugie: nadrobilam zaleglosci blogowe w czytaniu, ogladaniu filmikow na Vimeo, no i po trzecie: dokonczylam pare zaczetych projektow, ktorymi sie juz niedlugo podziele na blogu. Tak wiec jako rasowy Nocny marek w dzien sie wyspalam by w nocy zaczac dzialac... czasem pojawialy sie przerwy w dostawie energii elektrycznej, ale to juz inna historia W ciagu tych ostatnich dni towarzyszyla mi Karin i to wlasciwie o Niej bedzie dzis kilka slow...
Karin Dreijer Andersson to ta sama Pani co spiewa m.in. Pass this on i What Else Is There? Wraz z bratem tworzyla szwedzki electro duet The Knife, az postanowili zawiesic dzialalnosc. Karin zaczela jednak solowa kariere i tak narodzil sie projekt Fever Ray. Od marca tego roku plyta dostepna jest w sprzedazy. Ja poki co sledze Jej profil na Vimeo, gdzie pojawiaja sie kolejne clipy.
To co mnie najbardziej urzeka, oprocz glosu Karin, to jej szwedzki akcent. Wprost uwielbiam!!! To wlasnie ten akcent nadaje muzyce ta aure tajemniczosci... to glos jakby nie z tego swiata... zupelnie nierealne brzmienie... hipnotyzuje... zreszta posluchajcie sami... ja czesto slucham, zwlaszcza do poduszki... Keep The Streets Empty For Me - Fever Ray Memory comes when memory's old
I am never the first to know
Following the stream up North
Where do people like us float
There is room in my lap
For bruises, asses, handclaps
I will never disappear
For forever, I'll be here
Whispering
Morning, keep the streets empty for me
Morning, keep the streets empty for me
I'm laying down, eating snow
My fur is hot, my tongue is cold
On a bed of spider web
I think of how to change myself
A lot of hope in a one man tent
There's no room for innocence
Take me home before the storm
Velvet moths will keep us warm
Whispering
Morning, keep the streets empty for me
Morning, keep the streets empty for me
Uncover our heads and reveal our souls
We were hungry before we were born...
Odkrycie wczorajszej nocy... Dziś oczywiście...REPLAY...REPLAY...REPLAY
Poszperałam trochę i okazało się, że utwór jest z 2002 roku No i się kurna zastanawiam co ja robiłam w tym czasie, czego wtedy słuchałam, że takie cudo przeoczyłam Może kiedyś mi się przypomni bo chyba jakąś amnezję muzyczną mam od 2000-go... A tymczasem nic straconego, bo jak widać dobra muza zawsze powraca Archive AGAIN... (r.2002)
You're tearing me apart
Crushing me inside
You used to lift me up
Now you get me down
If I
Was to walk away
From you my love
Could I laugh again ?
Again, again...
You're killing me again
Am I still in your head ?
You used to light me up
Now you shut me down
If I
Was to walk away
From you my love
Could I laugh again ?
If I
Walk away from you
And leave my love
Could I laugh again ?
Without your love
You're tearing me apart
With you close by
You're crushing me inside
Without your love
You're tearing me apart
Without your love
I'm dazed in madness
Can't lose this sadness
Wczoraj całkiem przypadkowo trafiłam do Yasminowego świata i zostałam oczaraowana. Jak tak patrzę na te mini dzieła sztuki to aż trudno uwierzyć, że to wszystko można zjeść! ...ale z drugiej strony, to aż żal
Precyzja i fantazja wykonania zachwyca, a przecież to tylko TORT. No nie mogę oczu nacieszyć!
Ciasta to torty w stylu angielskim i jak podaje Yasmin: dekoracje powstają ze specjalnej plastycznej masy cukrowej.
Gdyby Angole zobaczyli co tak faktycznie można zrobić z tymi ich tortami to chyba by mi oczy na wierzch wyszły. Trochę się tych ich przysmaków naoglądałam i z żalem muszę stwierdzić, że nie dość, że z wierzchu marnie wygladają to jeszcze środek pozostawia WIELE do życzenia.
Linka dostałam od Przyjaciela Macusa jako życzenia urodzinowe I on i ja mamy tak, że jak dopadniemy jakąś piosenkę masakrujemy ją aż do znudzenia... chodzi za nami całymi dniami i tylko ponowne jej odtwarzanie przynosi ulgę... Czasem podobają nam się te samie utwory, czasem zupełnie inne, możemy się więc wymieniać linkami i nudno nigdy nie jest. A Macus wie, że uwielbiam wszelkie wykręcone, odjechane, dziwne dzwięki, a jak do tego jest jeszcze odjazdowy clip to już w ogóle będę z radości skakać. No i tym razem trafił wręcz idealnie
Jest coś hipnotyzującego w tym utworze... mogę tak słuchać i słuchać...
koleś w niebieskiej katanie rules!!!!!!!
The Knife - Pass this on ( utwór z 2003 roku)
I'm in love with your brother
What's his name?
I thought I'd come by
To see him again
When you two danced
Oh what a dance
When you two laughed
Oh what a laugh
Has he mentioned my age love?
Or is he more into young girls with dyed black hair?
I'm in love with your brother
I thought I'd come by
I'm in love with your brother
Yes I am
But maybe I shouldn't ask for his name
And you danced
Oh what a dance
And you laughed
Oh what a laugh
Does he know what I do?
And you'll pass this on, wont you?
And if I ask him once what would he say?
Is he willing?
Can he play?
If I ask him once what would he say?
Is he willing?
Can he play?
Does he know what I do?
And you'll pass this on, wont you?
And if I ask him once what would he say?
Is he willing?
Can he play?
SKOPRIONY (24.10 - 22.11) są egocentrykami. Kierują się rozumem. Uczucia dopuszczają do głosu rzadko. Odznaczają się doskonałą pamięcią i bystrością umysłu. Skorpiony są dumne, energiczne, wytrzymałe, inteligentne, posiadają bogatą wyobraźnię. Są bardzo namiętne we wszystkim co robią. Nie znoszą połowiczności. Są doskanałymi organizatorami pracy swojej, a zwłaszcza innych. Żyją i kochają intensywnie. Ich dynamiczność i intensywność udzielają się otoczeniu. Są bardzo dyskretne, nie zdradzają powierzonych im tajemnic. Nie przerażają ich trudności, bo lubią walkę, nie lubią wygodnictwa. Wciąż potrzebują nowych impulsów.
Znaki przychylne: Byk, Rak, Ryby
(źródło: kartka z kalendarza ściennego )
Dostałam kiedyś tą notkę od kumpeli, która stwierdziła, że ten opis jest dokładnie o mnie, że ja właśnie taka jestem... coż, trudno mi się z nią nie zgodzić. Jestem skorpionem z drugiej dekady, czyli jak podają wszelkie horoskopowe źródła, odmianą łagodniejszą choć do łatwych typów nie należę (pierwsza dekada to podobno te najwredniejsze osobniki) Mam taką jedną cechę, z którą trudno jest żyć... mi samej z nią trudno... mianowicie - nie umiem przegrywać.
Nie chcę przez to powiedzieć, że dążę po trupach do celu, bo taka nie jestem, ale wszelką porażkę nawet tą najmniejszą przeżywam jak koniec świata (mojego świata oczywiście) Walczę zawsze do końca, nawet jak już nie ma nadziei, bo sama świadomość porażki jest dla mnie wystarczająco mobilizująca. Nie umiem przegrywać i już! nawet w bierki muszę wygrać a jak mi nie idzie to sabotuję
Życie było by jednak za proste, gdyby zawsze było tak jak ja chcę, wiec czasem przegrywam. W sumie to żadne odkrycie, ale dla mnie to może jakiś krok na przód, bo się do tego przyznaję przed samą sobą. Nie wiem czy jest jakiś sposób, żeby się oswoić z porażką, żeby nie było tak dramatycznie, żeby nie rozmyślać całymi dniami co poszło nie tak, żeby nie zamykać się w sobię i żeby nie łapać doliny jaka to jestem beznadziejna... ze wszystkich stanów emocjonalnych, które w życiu doświadczam, tego uczucia nienawidzę najbardziej... W chwilach zwątpienia w samą siebie wypełza ze mnie uśpiony, obrzydliwy, przebiegły, żywiący sie moją energią PASOŻYT... i ze wszystkich sił stara się przejąć kontrolę. Ciągnie mnie w tą swoją ciemną dolinę, podkłada kłody, żebym jeszcze parę razy upadła nim sięgnę dna rozpaczy... i kiedy dokopie tak mocno, kiedy myśli że walka jest już wygrana, ja się podnoszę...
Wstaję powoli, otrzepuję się z resztek myśli o tamtym zdarzeniu, poczucie beznadziei zamieniam na złość, bo dzięki temu mogę zacząć działać. Widać, tylko wtedy gdy sięgnę dna w użalaniu się nad sobą, mogę w końcu przejrzeć na oczy. Nie tak łatwo jest odbudować pewność siebie, którą mi zabrano, ale wyznaczam sobie nowy cel, walczę i trochę na zasadzie: Ja wam wszystkim pokażę znów biegnę do pierwszego rzędu...
No tak... zapomniałam dodać, że interesują mnie tylko te pierwsze miejsca, że lubię być najlepsza w tym co robię, bo tak już mają perfekcjoniści... ale akurat z tą cechą walczyć nie zamierzam
Dużo ostatnio myślałam o swoim życiu, co mi się udało osiagnąć, co bym chciała zmienić, czego jeszcze dokonać i wyszedł mi taki mały rachunek sumienia. A wszystko przez to, że 3-go skreśliłam kolejny rok w życiorysie i jak co roku na refleksje mi się zebrało. Gdybym mogła cofnąć czas to pewnie parę rzeczy bym zmieniła... Ale w sumie wychodząc z założenia, że nic się nie dzieje bez przyczyny, widocznie taki miał być mój los. Ktoś tam na górze wybrał dla mnie taki właśnie scenariusz, a mi pozostaje odgrywać swoją postać najlepiej jak potrafię.
I może właśnie o to w tym moim życiu chodzi, żeby walczyć (na początek ze swoimi słabościami), żeby realizować te wszystkie małe cele, ktore sobie wyznaczam, bo to tylko poszczególne etapy do wielkiej bitwy o te najwieksze marzenia. I może w końcu moja wiara i upór przyniosą efekty i spełni się to czego tak pragnę.
Tyle razy padałam na pysk, czasem z nożem w plecach, ale nie tracę wiary w ludzi i w to, że będzie dobrze. Wiem, że zawsze się podniosę, nawet jakbym się czasem zbyt długo zasiedziała w ciemnej dolinie beznadziei, bo gdzieś tam w środku czuję, że będę mieć dobre życie, że przejdę te wszystkie próby...bo czuję, że warto! Powiadają, że nadzieja matką głupich, ale i umiera ostatnia...
Jak mówi Dr.House: Ludzie sie nie zmieniają i ja pewnie też już się nie zmienię... waleczną mam naturę, tylko czasem ktoś mi sktrzydła podcina, a ja tak bardzo nie lubię upadków. Może kiedyś nauczę się jak je skutecznie łagodzić...
Nic to... nie tracę optymizmu, cieszę się każdym nowym dniem, nowym życiem, które tu zaczeliśmy, cieszę się tym co mam, ale dalej walczę o więcej... Nie dość, że skorpion to jeszcze numerologiczna 1-ka, a więc zaczął się dla mnie 4-ty rok cyklu. Według numerologii: To czas próby – dzieło zainicjowane przez Ciebie w 1 Roku już teraz domaga się praktycznego wykorzystania. To swego rodzaju konfrontacja teoretycznych założeń i „spontanicznych natchnień” z realiami życia. Czas wytężonej, Twojej własnej pracy nad udoskonalaniem swego dzieła. Może pojawić się możliwość konieczności „walki” o uznanie Twoich własnych dokonań. plany na ten rok to CIĘŻKA PRACA – OSIĄGANIE CELÓW. http://www.ezoforum.pl/kurs-numerologii/1858-temat-6-lata-numerologiczne-i-osobiste.html
...może to właśnie ten rok będzię przełomowy ...coż, zobaczymy za rok