My Opera is closing 3rd of March

Górskie opowieści ;)

Zimowy wypad w Tatry Wysokie

Tatry zimą:)

, , ,

16 kwietnia - Dzień pierwszy
Nim zacznę opisywać swą przygodę w górach, rzeknę słów kilka gwoli nakreślenia;) Otóż, moje wiercenie się w miejscu przed samym wyjazdem osiągnęło punkt kulminacyjny. Toteż postanowiłem przyspieszyć swój "teleporting", zmniejszając tym samym ryzyko dostania kręćka. Krótki telefon w góry, akceptacja i już pędzę z ciężkim jak diabli plecakiem z czwartego na dół, zastanawiając się po drodze, co ja tam do jasnej cholery wpakowałem, że tyle waży?? Ale teraz to już nie miało najmniejszego znaczenia. Za chwilę miałem trzasnąć drzwiami, przekręcić kluczyk, pokręcić troszkę zadkiem ku lepszemu - czytaj optymalnemu - ustawieniu się względem osi jezdni i w drogę:) Machnąłem na pożegnanie, buźka i ruszyłem przed siebie. Do samego Zakopanego jeździłem nie jedną już trasą. W zeszłym roku, wraz z córeczką jechaliśmy przez Wadowice, Oświęcim. Spodobała mi się, w sumie nie było tak źle, trochę utrudnień w ruchu, ale nie więcej niż gdzie indziej. Toteż i tym razem obrałem kurs na w/w miejscowości. Wyjechałem około godziny 10:40. W Katowicach byłem sprawnie, w okolicach południa. Później zaczęło się kićkać trochę, lecz jakoś się przebijałem. Utknąłem natomiast w Wadowicach, gdzie miałem, "niepowtarzalną" okazję zwiedzać to przepiękne poniekąd miasto, lecz z poziomu fotela kierowcy. Z początku było fajnie, miałem czas pooglądać kilka wspaniałych okazów architektury, lecz jak doszło do "zwiedzania" taboru kolejowego zaraz za Wadowicami, tak skończyłem to "podziwianie" jakieś 7 km za Oświęcimiem. Nawiasem mówiąc nie wiedziałem, że nasz rodzimy tabor ma taką różnorodność;/ Na miejsce "zbiórki" moich szanownych zwłok dotarłem koniec końców po sześciu godzinach tułaczki. Przy czym, jak łatwo się domyśleć, moje szanowne "odbicie" fotela miało dość i krzyczało!! bigsmile Dotarwszy do celu, po krótkim przywitaniu ruszyłem na górę się rozbebłać i odnaleźć w pokoju. Rozpakowawszy się z grubsza bujnąłem się do miasta w celu złapania aklimatyzacji Pod Reglami. Poszwendałem się jakiś czas i po powrocie postanowiłem zaglądnąć do moich ukochanych gospodarzy. Tam posiedzieliśmy nad herbatką góralską, która podziałała na mnie "rozbrajająco". Podziękowawszy późnym już wieczorkiem ruszyłem zdobywać swoje "K2", czyli wspinać się na trzecie piętro w willi. To była dłuuuga droga usiana wieloma zakosami jak i atakującymi mnie z nienacka lodówkami i innymi sprzętami gospodarstwa domowego;D Kładąc się spać obmyślałem jak by tu się zwlec wcześnie rano;/
17 kwietnia - Dzień drugi
Ponieważ dzień wcześniej spakowałem swój plecak, pozostało mi tylko wrzucić cosik na ruszt, zrobić herbatkę w termos i w drogę. Obudziłem się bardzo wcześnie o dziwo! Wstałem już o 4 z małym haczykiem. Ogarnąłem się, zabrałem plecak i ruszyłem do autka. Na cel obrałem Tatry Zachodnie, a konkretniej to śniadanie nad Smreczyńskim, małe przepakowanko w Ornaku i Rakoń do Grzesia. Plan był ambitny, lecz nie do niezrealizowania. Zaparkowałem w Kirach, plecak na bary i .... przygody czas zacząć:) Dla przypomnienia na grań Tatr Zachodnich ostatnio wchodziłem jakieś 8 lat temu. Latem. Szlak wydawał się całkowicie pusty. Pracowali tylko drwale, zwożący pował i wiatrołom. Wchodząc od razu poczułem ten swoiski zapach, pomieszanie robionej bryndzy, oscypków, owiec i ich "śladów", zapach kwiatów ( krokusów się znaczy ) oraz potoku. Te wszystkie zapachy razem tworzą klimat dolin tatrzańskich. To chyba najbardziej oddaje "smak" niższych partii . Minąłem odejście do Jaskini Mroźnej, idąc dalej brnąłem po trosze w błocie, po trosze w pozostałościach po zwożonych smrekach. Wszędzie rozchodził się zapach żywicy, orzeźwiający chłód od potoku, który zaznaczał swą obecność coraz to głośniejszymi kaskadami po skalistym korycie. Po krótkiej chwili szlak zmienił swe oblicze, stając się z błotnistej mazi, ubitym lodowym jęzorem, nad którym moje nogi bezskutecznie próbowały łapać przyczepność. Nie mniej jednak parłem wciąż na przód. Na raki jeszcze nie czas - pomyślałem sobie. Po jakiś 40 minutach znalazłem się na rozwidleniu szlaków. W lewo odchodził do Przełęczy Tomanowa, lekko po skosie na Staw Smreczyński gdzie zmierzałem, by zaopiekować się moim żąłądeczkiem;), na wprost zaś do Schroniska Ornak. Zrzuciłem plecak, wypakowałem raki i dalszą drogę postanowiłem usprawnić sobie chrzęstem:D Dotarłem na miejsce biwaku po około 30 minutach ostrej rywalizacji moich nóg, które dziwnym trafem ciągle mi się gdzieś zapadały w śnieg. Niby tylko do łydek, do kostki, czasem po kolana, ale kosztowało to mnóstwo wysiłku. Dotarwszy na miejsce zacząłem wyżerkę:) Z pełnym brzuszkiem pozwoliłem sobie na odrobinę romantyzmu i zacząłem podziwiać widoki. Grań Starorobociańskiego do P.Tomanowa była cała w śniegu. Latem cała grań odbija się w tafli, tworząc odbicie, które lekko faluje. Dziś miałem sam lód. Nie mniej jednak robiło to wrażenie! To jest naprawdę magiczne miejsce! Bez jakichkolwiek banałów, lecz takie wymarzone miejsce na randkę. Po tych kontemplacjach i z nutką na ustach ruszyłem w drogę powrotną do rozwidlenia szlaków. W Ornaku jeszcze tylko rzuciłem okiem na mapkę i ruszyłem na przód. Obrałem za swój pierwszy cel Przełęcz Iwaniacką. Droga szlakiem całkiem sympatyczna. Mały potok, przejście po kamieniach i ostro w górę. Śnieg się skończył, więc zatrzymałem się by zdjąć raki. Chwilkę postałem, ponieważ gdzieś w oddali zasuwał dzięcioł ze swą melodią. Dotarłem po chwili do ujścia żlebu, którym prowadzi szlak. Niestety jak się okazało po parunastu metrach, niedawno zeszla tędy lawina, więc włażenie tędy: po pierwsze trąciło ryzykiem, że być może to jeszcze nie ostatnia, po drugie, diabelnie ciężko się chodzi po lawinisku. Co i rusz brnąłem po pachy w śniegu. Postanowiłem ułatwić sobie drogę pod górę i zacząłem z lekka dzikować na północ od żlebu. Jak się później okazało, moja decyzja był słuszna. Pował w odległości nawet 15 metrów od szlaku, często uniemożliwiał podejścia. A omijanie zajmowało okropnie dużo czasu i wymagało ogromnego wysiłku. Przy drzewach, leje od budzących się do życia konarów miały głębokość około metra, co przy nachyleniu stoku metr dalej pokrywa sięgała już 1,5 do 2 m czystego śniegu, a pod nim często leżał pował. Taki dzikowanie zajęło mi okolo 2 godzin nim dotarłem do Iwaniackiej. A to przecież miały być dopiero drzwi do dalszych "komnat" szczęścia. Przystanąłem wypluty, wyduźdany jak mops. Omijanie i dzikowanie alternatywnej drogi zajmowało mnóstwo czasu i pochłaniało ogromne zapasy mojej energii. Tak więc postanowiłem, że jak na pierwszy dzień to i tak już nieźle. Porobiłem kilka foci i oddałem się delektowaniu okolicy. Stoki jakie przede mną się wyłaniały znad górnej granicy lasu były urzekające. Białe kopuły szczytowe rosły przed mymi oczyma pod takim kątem, że czasem miałem wrażenie , że się pochylają. Dało się zauważyć jak w 2/3 wysokości stoku, pękają pokrywy śnieżne, granica między nimi była na tyle widoczna, że dało się zobaczyć cień, który rzucała na poniższą, obsuniętą. Tu na przełęczy wiatr szusował niczym nie hamowany. Dopiłem herbatę i postanowiłem, że zacznę schodzić. Schodząc już robiłem jeszcze fotki, a to się tu zatrzymałem, a to tu... I tak oto pierwszy raz stanąłem, patrzę...a gdzie są moje ślady?? Zrazu zero paniki, tylko no, przecież grzebałem się tędy, więc nie ma mowy, bym się zaglamał .. A jednak. Parę chwil na rozglądanie i wypatrywanie miejsc charakterystycznych, które zapamiętałem w drodze wejścia. Coś wyoczyłem, ale znajdowało się ono jakieś 20 m na północ od mojej obecnej lokalizacji. Cóż, pomyślałem sobie. Pewnie dałem ciała i najzwyczajniej w świecie zlazłem. Prę więc na górę potykając się o pnie pod śniegiem. Dopchawszy się w z góry uplanowane i upatrzone miejsce stwierdziłem ze zgrozą, że tu nie ma żadnych śladów. Parę minut pokręciłem się w niedowierzaniu i zacząłem trzeźwo myśleć. Łeb do góry i po szczytach, gdzie ja mogę być. Cóż, tu nic mądrego nie wymyśliłem, więc postanowiłem iść na pewniaka. Tam gdzie żleb, tam wyjście, pomyślałem sobie i ruszyłem w dół. I tu się zaczęła zabawa. Wchodząc stopa zazwyczaj atakuje częścią śródstopia, bądź też palców teren. Przy zejściach zaś jest odwrotnie. To pięta przejmuje największy ciężar, z dwóch powodów. Pozwala "ugruntować" miejsce, na które stąpasz jak i stabilizuje postawienie. Przy chyba piątym stąpnięciu poczułem jak zlatuję i w sekund parę byłem uwięziony po pachy w śniegu. Jak później się okazało ponad 30 min zajęło mi wygrzebanie się z tej jopy!! Nogi miałem jak z galarety.. hahaha.. Tym razem schodziłem już uważniej, badając grunt kijkami. Niestety po nastu krokach znów wylądowałem w śniegu, tym razem jednak z nogą między pniami, który obtarł mi się o piszczel. Od razu pierwsza myśl, skoro mam raki to leżącemu już drzewu pod zwałem śniegu i tak już nie robi różnicy, a ja jakoś wyleźć stąd muszę. Tym razem gramolenie poszło mi znacznie lepiej. Resztę drogi poświęciłem głównie utrzymywaniu się na powierzchni śniegu..Po jeszcze kilku takich wpadkach, na mniejszą skalę do dna żlebu i ... odnalazłem ślady "żywych i na ogół rozumnych istot". Postanowiłem do nich przystać i ruszyłem ich śladem. Odnalazłwszy "utracony " wątek poczułem się znacznie pewniej. Co prawda strachliwy nie jestem, lecz bycie samemu na szlaku, z perpektywą dzikowania po kolana choćby, w śniegu do samego wieczora optymizmem mnie nie napawała. Dotarłem wreszcie już bez większych przygód, poza wpadnięciem jeszcze do takiego płynącego małego potoczku, po kostki dosłownie. W Ornaku, zajadłem się batonami, byle tylko odbudować jeszcze troszkę energii i od razu ruszyłem w dół, kierując się już do wyjścia ze szlaku. Po ponad 1,5 godzinnym schodzeniu dotarłem do auta, gdzie zwaliłem się jak "sosienka".Wtedy to zacząłem robić bilans strat, zysków. Wrażeń oraz próbowałem sklasyfikować uczucia, jakie mną targały podczas tego niecodziennego zdarzenia. Cała przygoda zajęła mi prawie 8 godzin. Do domu dotarłem zmachany, ale szczęśliwy jak małe dziecko, które dostało ulubioną zabawkę. Wgramoliłem się jeszcze na pokoje, ogarnąłem się, wtranżoliłem sutą i słuszną kolację, obmyślając co jutro będę czuł.



18 kwietnia - Dzień trzeci
Z uwagi na fakt, że dzień wcześniej padłem jak neptek, wstałem ... dla odmiany przed 5 rano. W zimnym pokoju, spod kołderki nie chciało mi się nawet palca od nogi wystawiać. No ale co tam, twardym trza być, nie?! Więc opracowawszy sobie technikę szybkiego dostania się do łazienki zerwałem się i za chwilę byłem pod cieplusim prysznicem. Rozkoszowałem się chwilkę;Dciepełkiem, które mnie ogarniało. Szybciutko wstawiłem wodę na kawę, śniadanko, herbata w termos i prawie gotowy. Po śniadanku poczułem, że cosik mi dokucza kolano. Klnąc pod nosem poszukałem swej opaski, z którą się nie rozstaję i założywszy postanowiłem, że nie odpuszczę. Może trzeba tylko rozchodzić...?! I faktycznie, ruszając już w dół ból się zmniejszał, więc pomyślałem - jest dobrze. O 6 parłem już na szlak z dziwnie roześmianym pychem. Sam nie wiem skąd ta głupawka, ale nie przeszkadzała mi w żadnym razie. W dobrym nastroju szedłem dość szybko. Tu mały przerywnik. Gdy podjechałem na parking, w celu pozostawienia mojej pandziochy, wychodząc z autka "zaatakował" mnie pan "wcześniej urodzony". Rąsia, cześć i od razu do rzeczy. Pyta mnie gdzie idę, na Zawrat pewnie, co? Ja oczywiście z zaskoczenia wzięty, zrazu zapominam języka w gębie. W związku z tym z lekko rozwartą gębą i zapewne głupawym wyrazem twarzy wsłuchuję się w wiadomości z Wysokich. Ten słowotok; wspaniale się go słuchało nawiasem mówiąc trwał prawie 5 minut, po czym włączyłem się wreszcie do dialogu. Ależ facet ma autorytet i wiedzę!!! Ten język, charyzma!!Po całej rozmowie trwającej prawie 20 minut! pożegnaliśmy się ( o dziwo!) jak na ludzi gór przystało - tylu zejść ilu wejść i życząc sobie super dnia pożegnaliśmy się serdecznie. Nigdy w życiu się nie spotkaliśmy! Musiałem mu pewnie przypominać jednego z kursantów...Przez cały ten czas starałem się sobie przypomnieć skąd ja tą buźkę znam. Bo osobiście nigdy nie miałem przyjemności. Po powrocie okazało się, że tenże człowiek mieszka dwa domy ode mnie , na Olczy! Tak to zacząłem kolejny dzień od przygody ze spotkaniem z taką Osobistością. Poprawiwszy plecak, szpeje ruszyłem bardzo szybko, podbudowany i rozochocony "profesjonalizmem" jaki "łyknąłem".Tego dnia obrałem sobie za punkt honoru Kasprowy Wierch, no i może; jak mi sił starczy a języka nie przytwierdzę rakiem gdzieś na stoku, kawałek Czerwonych Wierchów. Około południa byłem już na szczycie. Zmachany, ale jakże szczęśliwy. Narciarzy było sporo, lecz umiarkowanie. Większa część ludzi opalała się na osłoniętej części stoku. Ja zarzuciwszy herbatkę i batony, wyjąłem kurtałkę bo dość wiało.A że wątłej postury jestem, to dziękowałem , że mój plecak trochę jednak mnie jeszcze przytrzyma. Nie mniej rzucało mną odcinkami jak pies flakiem. Ale co tam. Postałem, puknąłem kilka foteczek i zasępiłem się. Pomyślałem sobie ... Jak to milo by było podróżować po tej grani bez końca. Łza zakręciła mi się ... taki sentymentalny jestem i miętkie serduszko mam ... Łatwo się coś ostatnimi czasy wzruszam....To niby kawał skały, pokryty śniegiem, lodem. A jednak wzbudza takie emocje. Sam fakt dotarcia tu jest już dla mnie dużym wyczynem. Szczególnie, że dokonanym zimą. A ja tu "sam". No wiem, że nie do końca, lecz w takich sytuacjach nachodzą różne myśli. Piękno okolicy, niecodzienne widoki, które do tej pory były raczej przeze mnie oglądane na filmach, teraz stały się moim udziałem. Częścią mnie samego. To coś jak taki mały trybik, który dojdzie na zębie zębatki do górnego martwego punktu i musi opaść, lecz jest to już stopień dalej. Od kilku lat, nie licząc wakacji z córeczką, jeżdżę w góry sam. To z jednej strony pozwala mi przeżywać moje góry bez "zobowiązań" emocjonalnych, lecz prowadzi do ... gadania do siebie.. hahaha... co powszechnie jest uznawane za starcze zapędy. haha.. No ale wracając do tematu. Stojąc na grani i tak rozmyślając zagadało do mnie dwóch jegomości. Kijki, raki, 40-tki plecaki, lina, czekan. Pomyślałem zawodowcy. Lecz czemu akurat ja?! przykułem ich uwagę. Krótkie pozdro i spytali co robię. Miałem na końcu języka walnąć, że "kątempluje", ale się powstrzymałem, lecz na samą myśl o tym słowie uśmiech wrócił mi na opaloną już ciut gębę. Mówię, że jeszcze nie wiem. Miałem zamiar przejść trochę granią do Kopy i kawałek dalej w kierunku Czerwonych, ale się waham. Rozważam mały spacer po grani w kierunku Świnki;D Ta Świnica ciągnie mnie jak diabli!! A oni właśnie szli w tamtym kierunku, jak się okazało. Zaprosili mnie bym się do nich przyłączył. Wahałem się co odpowiedzieć, bo przecież moje przygody w górach zimową porą nie są naznaczone "profesjonalnym łojeniem". Podziękowałem im bardzo, coś w stylu, że łapię aklimatyzację i wybrałem się tylko na mały spacerek, ale jak coś to ich dogonię. Powiedzieli, że idą północną śnianą jak coś i do Czubów, zejdą Kościelcem do Murowańca. Spytali jeszcze na odchodnym, czy mnie Świnka nie ciągnie?? Ale już nic nie odpowiedziałem, bo wiatr zagłuszał moje słowa i zatykał straszliwie. Gdy już się oddalili, znów mi się sposępniało. Czy mnie nie ciągnie. Jasne, że tak, i to jeszcze jak cholera! Ale mam świadomość swych niedoskonałości, jak również wcześniejszych kontuzji, które wykluczają mnie z tego grona szczęśliwców:( . No ale jak to mówią nigdy nie mów nigdy. Robię co mogę,by urzeczywistniać swe marzenia!! To przecież nie musi być akurat Świnka, może inny , mniejszy, wcale nie mniej ciekawy strukturalnie szczyt, prawda?! Tak czy inaczej, postanowiłem jednakoż przelecieć się po grani właśnie w tamtym kierunku. Założyłem raki, przygotowałem czekan, wpiąłem karabinki do asekuracji, spiąłem plecak i ruszyłem. Szedłem zrazu wolno, było dość sporo lodu, po wczorajszym Halnym. Grań miejscami robiła się wąska na tyle, że ekspozycja po bokach robiła wrażenie!! Wtedy wręcz słyszałem muzykę z filmu K2, jakieś 200 metrów do kopuły... Przeszedłem przełęcz i parłem na Liliowe. Zrobiło się troszkę stromo, więc zacząłem trawersować zbocze w celu uniknięcia ewentualnego zjazdu. Wszystko szło jak po maśle. Jakieś 30 metrów od topu zaczęły się skałki pod lodem. Przystanąłem, poprawiłem się i przyjąłem pozycję "atakującą". To ni mniej ni więcej wyglądało jak rozdeptany pająk próbujący łapać się na szkle polanym oliwą. Nóżki po kilku metrach zaczęły mi drżeć. Bynajmniej nie ze strachu, lecz raczej z wysiłku. Zaczęły się momenty, w których trzymałem się tylko dwoma zębami atakującymi raków w lodzie. Parę kroków, raki wbijane po kilka razy w celu dobrego "uchwytu" i znów to samo. To tygrysy lubią najbardziej!!! Po chwili będąc pewny swego wbicia lewym rakiem, prawym przeszukiwałem miejsce do następnego wbicia. Wtedy chrup, sru i pierdu do dołu. Zdążyłem złapać czekan i zacząłem awaryjnie hamować. Za chwilę już, może z pięć metrów zjechałem i stanąłem. Ale czułem, że mnie cosik kłuje w lewe podudzie. Ja tu patrzę, a mój prawy rak siedzi sobie w moich lewych gaciach. Szybciutko go usunąłem z nadzieją, że nie wszedł zbyt głęboko. Ponieważ cały czas jeszcze byłem w pozycji na "ziabę na asfalcie", zakotwiczyłem się czekanem i przystąpiłem do oględzin mojej nóżki. Okazało się, że 1 cm niżej i nic by się nie stało - miałem opaskę. A tak 3 centymetrowa "wżera" kilka rysich pazurów. Nic na szczęście po za tym się nie stało. A, no i gacie pod kolanem udarte. Ale pal licho gacie, grunt, że noga cała, pomyślałem sobie. Wyjąłem apteczkę i skrzętnie lawirując paluszkami próbowałem się dostać między gacie, kalesonki do mojej gagusi. Zdezynfekowałem, lecz na opatrunek postanowiłem poczekać do Kasprówki. Ściąganie gatek na tej wysokości grozi wymrożeniem jegomościa i wiąże się z wieloma innymi przygodami, raczej niespecjalnie przyjemnymi. Poruszałem nogą, jest ok. Nic nie boli, ale czuć małe obtarcie. Pomyślałem sobie, najwyżej z powrotem będzie dwa razy szybciej, więc w 20 minut będę w Kasprowym. Tak więc cała przygoda skończyła się lekkim uszkodzeniem podwozia i rozdartymi gaciami.Krótki rekonesans oczyma dookoła, pogoda zmienia się z uwagi na bardzo silne podmuchy z minuty na minutę. Ale nie zapowiada się by miało tłuc gradem. Kask na łeb i szybka decyzja i dę dalej. Zwiększyłem więc czujność i zapierałem dalej. W między czasie zatrzymywałem się jeszcze kilka razy sprawdzając, co tam słychać poniżej. Ale moja przyzwoicie chodząca kończyna zachowywała się jak kózka. Na ostatni etap postanowiłem wybrać zachodnią ścianę Świnicy. Porobiłem kilka fotek. Tu już wiało mocno. Spotęgowało to wzrost adrenaliny. Miałem strasznie nieodpartą ochotę przeć dalej. Lecz rozum nakazywał wycof. Postałem więc jeszcze, napawając się moim "małym, lecz jakże wielkim zwycięstwem". Żałowałem, że nie mogę tego z kimś podzielić. W takim momencie, cały trud, męka podejścia, ciepło doliny jest w tym jednym ułamku sekundy - zdobycia celu - czymś nadzwyczajnym!! To takie piękne, wzruszające, wręcz rozczulające uczucie. Pełne skrajnych emocji! Mimo zmęczenia masz ochotę iść dalej. Adrenalina buzuje w Tobie przeszywając organizm mnóstwem informacji, wrażeń, odczuć, od euforii po smutek, otuchy po obawy. To taki moment w którym chaos króluje i jest jedynym wypełnieniem w Twych myślach. Tego się nie planuje, to wychodzi jakoś samo z siebie! Gdy tylko zacząłem się rozglądać, cały nastrój zaczął powolutku stygnąć, choć nie do końca. Lecz czas było pomyśleć już o wycofie. W końcu Ona tu będzie i nigdzie mi nie ucieknie. Z tą myślą zrobiłem piękne pamiątkowe zdjęcie i ruszyłem w dół....
Opisując swoje przygody siedzę sobie już w łóżeczku, popijając ciepłą herbatkę. Przez okna podziwiam całą grań Polskich Tatr. Z perspektywy łóżka, cały mistycyzm gór wygląda zupełnie inaczej. Wszak, tylko ten kto wchodził, wie ile trzeba czasem włożyć trudu, by wejść, osiągnąć jakiś tam cel, no i przede wszystkim zejść. Mistycyzm i piękno dopełnia szczęścia, jednocześnie dopiero wówczas mamy poczucie całowitego spełnienia. Czymże byłby sam duchowy klimat, gdyby nie był okupiony właśnie zmęczeniem, czasem potłuczeniem. Ale to wszystko jest nierozerwalnie przypięte do gór. Szczęście i radość jest dal mnie tym większa, iż dziś "pokonałem siebie". Zacytuję : (...) Chcę, potrafię, jestem skałą, stać jak posąg,to za mało. Wolę ruszyć poza świat (...) Pokonam dziś siebie, pokonam siebie, udowodnię, że można lepiej!(...) Hej, mówię sobie 'Siłę masz i nie przegraj, wygraj, grasz, ale w pokonanie siebie!'(...). To może banalne, lecz właśnie w tej kolejności, konfiguracji, moje szczęście z dnia dzisiejszego łatwiej mi opisać. Góry zimą, które ostatnio najbardziej ukochałem, ciągną i wołają do mnie coraz częściej. Nie umiem sobie niestety jeszcze odpowiedzieć, dlaczego. Wierzę jednak, że kiedyś się o tym przekonam. Napisałaś mi, że fajnie byłoby móc poczuć zapach tamtych miejsc. Jak też tu Ci go przesłać. Jak to mawiali:dumał, dumał,a carem nie budiejsz. Niestety nic mądrego nie wydumałem. Lecz postanowiłem, że spróbuję to jakoś ująć słowami. Każda partia, począwszy od dolinek do góry ma swój niepowtarzalny "urok i smak". Tym razem skupię się na próbie oddania górnej części. Nad granicą schronisk, zimową porą jest raczej baardzo cichuteńsko. Ja trafiłem na totalną "ciszę" wietrzną na wejściu do Kasprówki. Słonko prażyło,a śnieg odbijał od dołu przypiekając wszystkie wystające członki ciała - u mnie to jest nos;D Słyszałem stukot czekano-młotków gdzieś w skale. Pewnie gdzieś się wspinali taternicy. Krystalicznie czyste powietrze. Ostre, zimne wdzierające się w płuca, które po wysiłku próbują łapać jak największe chausty. Chrzęst śniegu pod butami, Twój oddech miarowy, lecz szukający życiodajnego tlenu. Temperatura niby niska, lecz idąc w ciszy, pod parasolem słonecznym masz wrażenie, że jesteś na patelni głównym daniem. Chłód i ciepło, radość i wkurzenie. Na grani wiatr, że chce przewrócić, skóra na twarzy w momencie sztywnieje. Balaklawa na dziób i dalej, no ale znów trzeba się zatrzymać. Same skrajności, ciągłe zmiany, lecz to nic innego jak właśnie odbicie lustrzane ludzkiego podejścia. Psychiki. Celowo opisałem to zgoła odmiennie od tego co ostatnio i w takiej formie. Chcę przez to powiedzieć, że takie właśnie są górne partie, nieprzewidywalne, mimo "przygotowania". Piękne, lecz zarazem groźne i czychające na mały błąd. Tu są zgoła zupełnie inne warunki podejścia. Góry zimą mają inne zgoła oblicze. Tu decydującą rolę w kwestii Twego być lub nie odgrywa doświadczenie. Ja dopiero nabywam, lecz cele, które obieram pozwalają na szybki i bezpieczny wycof. Odpowiedzialności i wspaniałych widoków, uniesień duchowych;D HEJ!!

Write a comment

New comments have been disabled for this post.

February 2014
M T W T F S S
January 2014March 2014
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28