Rumunia 2008

Buena Rumunia, no problema...

Subscribe to RSS feed

Plany:

Wszystko zaczęło się bardzo dziwnie. Plany wakacyjne były zupełnie inne. Miała być wielka wyprawa nad Bajkał. Miały być Sajany i miały być zdobywane szczyty. Jednak pewne przepisy uniemożliwiły nam ten wyjazd. Ale był czas i była kasa odłożona na tamten wyjazd. Trzeba było pomyśleć co w zamian robić. I Chomik rzucił hasło – Rumunia. I tak już pozostało.

Termin wyprawy: 17-29 lipca 2008.

Przygotowania:

Nasze przygotowania ograniczyły się raczej do minimum. Postanowiliśmy pojechać w Fogarasze – najwyższe pasmo Karpat Rumuńskich. Nabyłam zatem przewodniki po Rumunii (Pascal i Bezdroża) i przeglądaliśmy różne relacje w necie. Ogólny plan wędrówki górskiej oparliśmy o artykuł „Góry Fogaraskie” autorstwa Stanisława Łukasika, który ukazał się w Górskiej Gazecie Internetowej. Mieliśmy zamiar pokonać opisywaną tam trasę. Od znajomego kolegi dostaliśmy mapę Fogaraszy. Wszystko wydawało się dobrze zaplanowane i uzgodnione.

Najwięcej problemów sprawiła nam organizacja dojazdu do Rumunii. Pierwotny plan zakładał dojazd bezpośrednim pociągiem. Jednak informacja w PKP działa lepiej nie mówiąc jak. W każdym miejscu mówiono nam coś innego> Dotyczyło to zarówno pociągów jak i cen. W wielu miejscach bezradnie rozkładano ręce i mówiono, że tak się nie da, że to niemożliwe. W końcu poddaliśmy się i postawiliśmy na dojazd do Rumunii autobusem relacji Przemyśl – Suczawa. Bilety zarezerwowaliśmy bez problemu telefonicznie. Pozostało tylko skompletować sprzęt i w drogę.

Sprzęt kompletowaliśmy na zasadzie: im mniej tym lepiej. Zależało nam na tym, aby nasze plecaki ważyły jak najmniej. Wiadomo było, że czeka nas noszenie naszego dobytku na plecach. Zatem rzeczy osobistych zabraliśmy minimum z minimum. Każdy z nas posiadał w miarę jak najlżejszy śpiwór z optymalną temperaturą około 0° C. Każdy posiadał karimatę lub matę samopompującą, menażkę, kubek, niezbędnik, czołówkę. Dwa namioty na całą ekipę okazały się wystarczające. I dobrze zaopatrzone apteczki. Wbrew pozorom, choć nikomu się nic nie stało, wiele korzystaliśmy z wyposażenia apteczek.


Najwięcej miejsca w naszych plecakach zajmowało jedzenie. Tu też było ono przemyślane starannie. Wiedzieliśmy, że w górach nie ma co liczyć na kupienie czegokolwiek. Zatem musiało ono ważyć niewiele a równocześnie być odpowiednio kaloryczne i pożywne. Doskonale sprawdziło się musli, wszelkiego rodzaju bakalie, mleko w proszku, kaszki dla dzieci, wszelkiego rodzaju jedzenie liofilizowane. Poczynając od zupek w proszku, przez warzywa, kisiele, budynie. Niezbędny okazał się też kuskus i błyskawiczne płatki ryżowe. Doskonałym dodatkiem mięsnym może okazać się salami. Do tego wszystkiego dobrze dobrane przyprawy i można sporządzić naprawdę smaczny posiłek. Nie obeszło się także bez batoników musli. Gdy przewidziane są dwa posiłki dziennie ważne jest, aby coś w międzyczasie przegryźć (batonik, rodzynki, morele, suszona żurawina, słonecznik, itp.).

Niezbędne okazały się też butelki na wodę. Każdy z nas dźwigał na plecach przynajmniej 3 litry wody. Miejscami w górach dostęp do wody mógł być ograniczony. Średnio co dwie, trzy godziny można było uzupełnić braki w butelkach.

Ekipa:

Nasza ekipa składała się z pięciu osób. Każdy na swój sposób związany z górami od dawna. Kinga – od dawna wielka miłośniczka wędrówek górskich, półprzewodniczka sudecka. Chomik – przedstawiciel KTK Morena, półprzewodnik sudecki i maniak górski. Kasia – osoba chyba najmniej z nas związana z górami, stawiająca już może nie pierwsze kroki w tym fachu. Rafał – od wielu lat wędruje po górach, jako jedyny z nas był już w Fogaraszach. Dotka – półprzewdoniczka sudecka i przedstawicielka KTK Morena, wielka miłośniczka górskich wędrówek.