Wednesday, 7. November 2007, 19:42:27
Od dłuższego czasu posty na tym blogu pojawiają się tak rzadko, że publikację każdego kolejnego mógłbym zacząć jakoś celebrować. I w sumie nie wiem czy już tego nie rozpocząłem

Tytuły moich ostatnich zapisków choć dziwne i na pierwszy rzut oka niezbyt logicznie dopasowane do poruszanych spraw, dobierane są według pewnego klucza

A kluczem tym jest mój ulubiony
Rhythmbox i losowane przez niego utwory z mojej skromnej bazy

Dziś jednak muszę nadać tytuł
własnoręcznie (chociaż w dalszym ciągu jest to jednocześnie nazwa utworu), gdyż potrzebuję czegoś BARDZO wymownego. Czegoś co zwięźle i krótko zdoła oddać przedmiot mych wieczornych rozważań
Jakiś czas temu zastanawiałem się nad zmianą
fotki, a raczej tego co ją zastępuje, w moim profilu na
My.Opera. To jednak czego było mi dane dziś doświadczyć, utwierdziło mnie ostatecznie w przekonaniu, że... jeszcze nie czas. Motto zawarte bowiem w tej smutnej i nieprzyjemnej kompozycji, nadal jest bardzo aktualne.
05:40 Wstaję. Nie za wcześnie? Tak - o wiele. Jednak co zrobić, plan jest jaki jest i środę zawsze mam przesraną (delikatnie mówiąc). Nie dość, że moja grupa (nasz rok jest podzielony na dwie, informatyczne) godzinę wcześniej zaczyna i godzinę później kończy w stosunku do grupy
A, to jeszcze z racji nadchodzącej zimy nie jest nam dane oglądać tego dnia słońca. Przychodzę - ciemno, wychodzę - ciemno. Kurrr... czę

Pół biedy, że przynajmniej z rana na ostatni przystanek podrzuca mnie ojciec, udający się w tym czasie do pracy (dzięki temu unikam tłuczenia się tramwajem). Zawsze docieram na czas. Tym razem jednak było inaczej - spóźnienie 45 sekund i już tylko patrzyłem jak linia M998 ucieka mi sprzed nosa. Trudno się mówi. Spokojnie poczekałem na kolejny bus. Szkoda, że nie wiedziałem co jeszcze mnie czeka w nadchodzących
nastu godzinach
15:20 Na uczelni szczęśliwie nic strasznego się nie wydarzyło. Resztki popołudnia zapowiadały się nawet ciekawie - wcześniej skończone zajęcia (planowo 16:10

), pogodna nawet jakaś taka znośna. Na 16:30 planowane było zebranie Klubu Uczelnianego
AZS. Zostałem tam odpowiednio wcześniej
zaproszony przez naszego
Wuefistę - niby jako Admin strony
studium - jednak, gdy otrzymałem propozycję kandydowania w wyborach do Zarządu Klubu (ja, osoba praktycznie bez zainteresowań sportowych; może jeszcze na jakiegoś szefa albo coś podobnego? Wkręcą mnie i potem trzeba będzie jeździć na kolejne spotkania. Oooo, nie! Podziękuję

), postanowiłem darować sobie uczestnictwo. Czmyhnąłem więc po cichu do domciu

Tym razem busik podjechał w sam raz - punktualnie, a i nawet ja się nie spóźniłem

Po ~10 minutach spokojnie dotarłem na chorzowski rynek. Tak, spokojnie. Tu się właściwie spokój dnia dzisiejszego urwał.
15:42 W prawym bucie rozwiązała mi się sznurówka. Właśnie zaczął padać deszcz. I to tak odrazu, prawie jak z cebra. No dobra, przesadziłem, ale mżawka to to nie była

Czekam na tramwaj.
15:51 Czekam dalej. Oczywiście wciąż leje. W międzyczasie pojawiły się dwa składy - niestety linia nie ta. Przystanek zalewa kolejna fala ludzi

Zimno mi i jestem w coraz gorszym nastroju.
16:05 Podjeżdża tramwaj! Szkoda tylko, że w przeciwnym kierunku (btw. teź tak macie, że jak stoicie na przystanku to w drugą stronę co chwila coś jedzie, a w Waszą nic?

). I jeszcze ta reklama (na tramwaju, ofkz): ZOBACZ CIEPŁO... To jakieś grzejniki były chyba czy coś. Agrrh. Gdybym tylko miał wtedy pod ręką jakiś granat, nie zawahałbym się.
16:10 Alleluja! Wreszcie - 41! Przełączam się na tryb agresywny i rozpoczynam walkę o miejsce. Masa ludzi, są wszędzie!

Udało się, jestem trzeci. Kobieta przede mną ze wzglęgu na swoje gabaryty miała pewne trudności z przedarciem się przez drzwi; finalnie jednak znalazła się w środku. Ufff... jedziemy.
16:32 Dotarłem na
Pogodę (
potoczna nazwa dzielnicy Bytomia - cóż za ironia, nieprawdaż?

). Ehh... Autobus na Piekary dopiero za 20 minut. No cóż, jak się sypie to na całego. Deszcz nie daje za wygraną. Wbijam na Carrefour Express (jeszcze niedawno
Albert). Czas coś zjeść, więc kieruję się w stronę działu z pieczywem po ulubionego cebularza

NIE MA! Trudno. Moją uwagę przykuwa niezwykle niebieska paczka Lay's 4 Pory Roku ZIMOWA Pieczona Szynka. Chcesz trochę? Chcę, biorę i do kasy. Nawet dobrze się nie ustawiłem, a tu już
proszę do kasy obok, bo ja kończę. Nein! Ale co zrobić. W drugiej kasie kolejka. Na taśmie ciasnota, jakaś starucha przywaliła moje chipsy stertą batoników Nestle. Chętnie bym się odwinął, ale kobiet nie biję

No przecież. Stoimy. Przede mną dwie osoby. Babka na kasie dziwnie się ociąga i jeszcze jej do śmiechu. Patrzę -
kasuje, co? No cebularze. Ostatnie i oczywiście odrazu trzy

Na dodatek nie potrafi znaleźć kodu.
Beata, daj no mi tu zeszyt z kodami! (2 minuty później) Kolejka stoi.
Beata, ale ten kod mi nie działa! To jakiś rogal jest! Miarka się przebiera, krew we mnie wrze. Z tyłu jakiś facet się unosi, bo nie wytrzymuje. Ochroniarz-emeryt zatrzymuje podejrzanego gościa. Ten oddaje mu zwinięty Panadol (czy co to tam podpierniczył) i najzwyczajniej wychodzi ze sklepu, bo co mu dziadek zrobi

Normalnie cyrk. Jeszcze bramka zapiszczała, a mundurowy ciśnie kasjerkom wała, że to pewnie to co mu przed chwilą
odebrał. N/c
16:49 Wpieprzanie chipsów na deszczu nie należy do moich ulubionych czynności, ale nie pomyślałem o tym przed zakupem. Paczka ląduje w plecaku. Autobus już stoi (zawsze ma tu postój mniej więcej 10 minut przed odjazdem).
16:52 Próba uruchomienia silnika. Pierwsza, druga...

Jeszcze by mi tego brakowało żeby się tu bus rozkraczył. Jednak w końcu zapalił.
17:04 Wysiadam. Fuck - w lewym bucie rozwiązała mi się sznurówka. Idę do domu. Po drodze mijam billboard z półnagim Wiśniewskim reklamującym pralkę automatyczną - a temu to nie zimno? Na naszym piekarskim
pseudo-ryneczku góra 6 - 7 osób. Ludzie wiedzą co dobre, siedzą w domu.
17:10 Wreszcie przekraczam próg klatki schodowej. Cieeeepło

Zwykle powrót komunikacją miejską do domu zajmuje mi godzinkę, ale to szczegół.
UWAGA! Post napisany pod wpływem chwili (czyt. złości i nienawiści do całego świata
). Pierwotnie miało się znaleźć tutaj coś innego, jednak ze względu na silną potrzebę wyrażenia emocji wyszło jak wyszło
Coś innego skrobnę może w weekend. Kiss kiss, bang bang!