Przyznaje, ze zaniedbalam ostatnio bloga. Po czesci za sprawa duzej ilosci zajec i rownolegle mniejszej ilosci weny. Do tego stosunkowo bogata korespondencja z S, gdzie wyczerpuje limit klepania w klawiature. Ale ze niedawno zgralam zdjecia z telefonu to moze choc troche nadrobie zaleglosci.
Propozycja El Corte Ingles dla pierwszokomunijnej mlodzierzy.
Postoj rowerowy kolo mojej (bylej) pracy w Sewilli.
"Pomiedzy nami, uzywaj prezerwatywy" reklama spoleczna na budynku Ministerstwa Zdrowia w Madrycie. W tym dniu wybieralam miejsce specjalizacyjne.
Doctora przed szpitalem, a konkretniej, jak zdradza napis, wejsciem do Wydzialu Medycznego, ktory jest do szpitala przyklejony. Na pierwszym planie miejskie rowery barcelonskie.
A na sam koniec zupelnie wspominkowa fotka z nart. WK, nadzieja polskiej ortopedii, zbyt pozno pstryknal, bo wyswietlacz jeszcze pare sekund wczesniej (po moim rzecz jasna zjezdzie) wskazywal 73
W czwartek - pozegnanie wyspecjalizowanej juz rezydentki, czyli kolacja dla calego oddzialu, potem driny w pobliskiej knajpie i powrot do domu po 3 (w piatek normalnie do pracy) W piatek - kolacja dla wszystkich rezydentow pierwszego roku, po niej driny, dyska i powrot do domu przed 6. W sobote - juz na spokojnie. Kolacja meksykanska dla nas i Doroty z Petarem. Meksykanska nie do konca, bo z powodu slynnego strajku przewoznikow nie dostalam czerwonej fasoli i awokado. W niedziele - Swieto Montjuic, jako atrakcje darmowa kolejka na sama gore (wagoniki jak na nartach, dziwnie sie jedzie prawie srodkiem miasta), Fideuà, czyli paella z makaronem zamiast ryzu, wejscie do muzeum militarnego (z powodu kolejek nie zaliczone). Na koniec spotkanie z Magda, pielegniarka poznana w moim szpitalu. A teraz postaram sie skonczyc czytac skrypcik o trakeostomii.
Jestem w Barcelonie od miesiaca a dni kiedy w ogole nie padalo bylo moze ze trzy lub cztery. Tak to codziennie, albo z rana, albo popoludniu kropi, popaduje, czasem nawet lunie. Jak wspominalam wczesniej ma to swoje dobre strony, bo pare dni temu zbiorniki przekroczyly 50% wypelnienia, tym samym ogloszono koniec okresu oszczednosci wody co oznacza, ze mozna juz podlewac trwaniki (jak ktos ma), dzialaja plazowe prysznice jak i miejskie fontanny.
W pracy spoko. Pomalu ucze sie tej calej otrynolaryngologii (w Hiszpanskim tez jeden z dluzszych wyrazow ). Dzis pierwszy raz wprowadzilam fibroskop - fajna zabawka Poszlo gladko, wszystko bylo widac a pacjentka nawet nie pisnela. Od kilku dnia trwa burzliwa dyskusja odnosnie dyzurow w sierpniu i nie wykluczone, ze aby zalagodzic trudnosci bede miala pojedyncze dyzury z Franklinem nieco wczesniej niz planowane. Czyli do tego czasu mamy opanowac tamponady nosa, laryngoskopie posrednie, cala otoskopie no i najwazniejsze trakeotomie.
W ostatnia niedziele byl zorganizowany przez miasto dzien rowerowo-rolkowy w ktorym aktywnie wzielam udzial przejezdzajac na rolkach trase przez samiuskie centrum (dla zorientowanych Passeig de Gracia, Carrer d'Arago, Pl.Catalunya, Passeig de Colom, Pl.Espana). Przy Font Magica przy Montjuic byly rozne atrakcje,m.in. szkola deskorolkowa gdzie juz po godzinie i siodmych potach nauczylam sie jezdzic na tym cudzie (jeszcze jedna umiejetnosc do wpisania w CV ): To nie ja na fotce.
Strajk kierowcow ciezarowek, o ktorym pisza nawet polskie gazety, odczulam (a nawet nie do konca ja, tylko rezydentka ktorej towarzyszylam) jedynie tym, ze do przychodni przyszpitalnej nie zglosilo sie na wizyte z 50% pacjentow. A benzyny ponoc faktycznie na stacjach nie ma.
Pozegnalam sie z perspektywa roku gdzies w okolicach Mont Blanc, gdzie doprowadzalabym do perfekcji swoj carving przy okazji leczac gruzlice, ktora jeszcze pare dni temu wydawalo mi sie, ze mialam bo zrobiona w ramach przyjecia do pracy proba tuberkulinowa wyszla dodatnia... Rtg klatki wyszlo jednak ujemne, a amerykanskie wytyczne leczenia profilaktycznego izoniazydem przez 6 do 9 miesiecy nie maja w Hiszpanii zastosowania.
Zegnam sie pomalu z ostatnimi chwilami wolnosci, bo niby juz specjalizacje zaczelam, ale ostatni tydzien to roznego rodzaju kursy i prelekcje, pacjenta zadnego jeszcze nie widzialam, za to opalalam sie na barcelonskiej plazy i bylam dwa razy w Ikei
A dzis na kolacji bedzie Hubert, poznany i od wtedy nie widziany kolega z Lleidy AD2003.
Siedze w domu, na gazie mieso w sosie i czekam az sos odparuje... Pogoda od przyjazdu do Barcelony srednia, caly czas pochmurno i chlodnawo. Mogloby przynajmniej popadac i wypelnic zbiorniki retencyjne, ale nie, chmury sa, deszczu nie ma.
Mam juz podpisany kontrakt ze szpitalem. Panie z Izby lekarskiej w Barcelonie maja chyba takie same szkolenia co panie z izby w Gdansku... Dosc powiedziec, ze musialam tlumaczyc raz jeszcze swoj dyplom, mimo posiadania odpowiednika z Ministerstwa w Madrycie (no wlasnie, gdyby to bylo Katalonskie pismo na pewno by starczylo...) Za to w szpitalu poszlo juz jak z platka (zastawki?), przemilo i przesympatycznie. Mam juz komplet ciuszkow, buty, mam identyfikator ze zdjeciem. Wybierajac Hospital Clinic nie wiedzialam, ale okazuje sie, ze tylko tam rezydenci dostaja wyzsze pensje. I to nie malo wyzsze, bo dosc powiedziec, ze o tyle wyzsze ile w sumie zarabiaja rezydenci w Polsce...
O, wlasnie zlapalam jakis niezabezpieczone wifi, wiec publikuje poki moge.
Jestem juz w Barcelonie, gdzie od dwoch dni pada i jest zimno, ale to dobrze, bo niebezpieczenstwo strasznej suszy nadchodzacego lata spada. Bede jedynie musiala wrocic do kurtek, ktore w Sevilli zostalyby juz schowane na nastepna zime... A teraz wracam do prob zapanowania nad sterta siatek, walizek, plecakow i innych, ktore rozstawione sa po calym mieszkaniu.
Dojechalam do Elche (nieznana niemal w Polsce rodzajem trasy - autostrada) cala i zdrowa. Na miejscu lalo jak z cebra, ale dzielnie w strugach deszczu dopakowalismy samochod. A jutro main part i zaczynam zupelnie nowa czesc zycia
PS. Co Sevilla to Sevilla, wyjezdzalam w upale i strugach slonecznych promieni...
No i tak rozstaje sie z FC Sevilla aby stac sie fanka FC Barcelona... Zaladowana furgonetka stoi na parkingu. Jutro ruszam, najpierw do Elche, skad zabieram Andrzeja a wczesniej podziwiam wpisane do rejestru Unesco palmy, a potem w sobote udarzamy juz razem do Barcelony. Bede musiala zmienic podtytul bloga, nazwa pewnie juz zostanie
Od poniedzialku wieczorem (a jest czwartek w nocy) wszystko dzialo sie tak szybko, ze nie mialam czasu chocby na puszczenie baka. Po krote lecialo to tak: poniedzialek
21:30 odbieram Magde z lotniska 22:00 szybkie przygotowanie m.in. usta na ostro karminowo 23:00 otwarcie Feria de Abril 2008 czyli picie i tance (w tym roku nawet udawalam, ze tancze sevillane) 04:00 na lekkiej bani klade sie spac
wtorek
07:30 pobudka 08:45 w pociag do Madrytu 12:00 lazenie po Madrycie m.in. muzeum Thyssen-Bornemisza z wystawa Modiglianiego 15:00 wejscie na sale wyborow w Ministerstwie Zdrowia oraz nerwowe oczekiwanie na moja kolej.udaje mi wybrac Laryngologie w Hospital Clinic de Barcelona 18:00 jeszcze nieco roztrzesiona ide na dwie bezplatne godziny do Prado 20:00 spotkanie z Ewa (kolezanka siostry, tez lekarz, tez szczesliwy przyklad specjalizacji w Hiszpanii) 22:00 w pociag do Sevilli 02:00 po opiciu z siostra szampanem mojego radosnego wyboru klade sie spac
sroda
11:00 pobudka 11:05 zaczynam pakowanie, wyskakuje po ubezpieczenie, lece z Magda do centrum po ostatni prezencik dla pacjenki AK, koncze pakowanie 17:30 dostaje sms od pacjetnki AK, ze jest wiza () tylko musze ja jeszcze jakos wydrukowac 18:00 w samolot do Barcelony 23:00 w hostalu w Barcelonie nie udana proba wydruku wizy i tym samym wyruszenie w miasto w poszukiwaniu otwartego jeszcze miejsca dysponujacego internetem i drukarka 00:30 jeszcze bladze, przeszlam juz chyba 7km, ale z pomoca siostry i google maps wiemy gdzie musze sie udac 01:15 mam wydrukowana wize , biore taksowke na droge powrotna do hostalu
czwartek
07:00 pobudka 10:45 w samolot do Frankfurtu 14:20 w samolot do Dubaju 23:30 lokalnego czasu (+2 godziny) w taksowke, gdzie przemily kierowca bladzi (co w sumie rozumiem) szukajac podanego przez mnie adresu 00:10 targi z tzw. cieciem w portierni w rezydentowcu pacjetki AK o to, ze on na pewno nie ma dla mnie kluczy, bo oni kluczy miec nie moga, ale koniec koncow okazuje sie, ze jest zostawiona dla mnie damska torebka o nieznanej zawartosci. szczesliwie w srodku znajduje klucze... ??:?? ide spac, jeszcze nie wiem o ktorej
O wyborze miejsca i co sie z tym wiaza bede jeszcze pisac, ale generalnie zajebiscie (sorry mamun, wiem, ze nie lubisz jak uzywam brzydkich wyrazow, ale tu powiedziec, wow ale fajnie to za malo ) No i widzialam juz ten najwyzszy budek swiata, jest, mozna powiedziec, rzut beretem ode mnie, taki uczciwy rzut, ale do wykonania
Dzis pojezdzilam troche na rowerze, tym miejskim. Jeszcze po 20stej mruzylam oczy, bo takie slonce bylo , bylo tez 27 stopni . No i zaczelam sezon na gazpacho. Wczorajszy dyzur dosc spokojny, dwa wezwania jedno po drugim. To drugie to stala "klientka". Najtrudniejsze w takich ludziach jest to, ze kiedy w koncu faktycznie im sie cos bedzie ze zdrowiem dzialo, uspiony tyloma wczesniejszymi wezwaniami doktor moze z latwoscia cos grubszego przeoczyc. Kolo 4:30 mialam jeszcze konsultacje telefoniczna podczas ktorej walczylam z niezla chrypa, taka jakbym cala noc pila, a nie zostala wlasnie wybudzona z glebokiego snu. Jutro w robocie caly dzien.
Z malym poslizgiem (m.in. nieplanowana noc na lotnisku w Barcelonie) wrocilam do Sevilli, gdzie przywitalo mnie 30 stopni i eleganckie slonce (teoretycznie takie same mogloby byc w Gdansku). Java tez mnie przywitala pomialkujac gdy otwieralam drzwi wejsciowe.
Pobyt w Gdansku wysmienity. Bylo i rodzinnie i imprezowo. Spotkalam sie z cala masa ludzi, zaliczylam tradycyjne zeberka z p.Basia, odhaczylam molo w Sopocie.
Kwiecien zapowiada sie dosc bogato . Ciesze sie, bo udalo mi sie miedzy atrakcjami wcisnac pare godzin w robocie - zaczynam jutro w nocy...
Nieskromnie nadalam sobie dzisiaj kolejny tytul, tym razem krolowej mazurkow. No, przynajmniej krolowej ozdabiania takowych, bo prawde mowiac ciasto uwazam, ze wyszlo za kruche. Tak czy siak oto moje tegoroczne dziela:
Mazurek glowny
Mazurek pobozny
Mazurek mini
Przez grzecznosc nie pokazuje mazurka mamuni, ktora w udekoworanie wlozyla zdecydowanie mniej serca i czasu stawiajac jedynie na nieudana mase czekoladowa rozlana pomiedzy orzechy wloskie i ratujac sie polewajac calosc lukrem w tak zwane esy floresy.
Moze wbrew rozsadkowi, ale na pewno kierujac sie sercem i wrodzona zylka globtrotera (mocno ostatnio stlamszona) kupilam wlasnie bilety do Dubaju. Mam nadzieje, ze pacjentka AK zalatwi mi teraz wize Wowowow
Wrocilam do domu ok. 3ciej nad ranem. Wyjazd jak zwykle bardzo udany, pogoda przecietna, ale i tak mam mordke typu panda i skora mi schodzi z nosa. Wyjezdzilam sie bardzo, bez kontuzji. Raz tylko roznicowalismy obolale miesnie od sztywnosci karku po tym jak wbilam sie w stok czolem. A teraz 3 tygodnie w Gdansku i lista znajomych do "obskoczenia"
Nowe mieszkanie. Co prawda bez blatow w kuchni, ale radzimy sobie korzystajac z kartonow. Bez kuchenki, ale za to z camping gazem. Bez boilera, wiec i bez cieplej wody, ale jezdzimy sie kapac na stare mieszkanie. Bez zlewozmywaka, ale umywalka to prawie to samo.
A juz w srode dom na Zaspie W koncu mam niezle polaczenie, co prawda musze wstac z kurami, ale za to jestem w Gdansku przed 17sta!
Za to jeszcze jutro firmowy obiadek, co w swietle przygotowania naszej kuchni do gotowania jest opcja bardzo mile widziana