Skip navigation.

Log in | Sign up

Smakuję świat

...a w środku parskam śmiechem

Natkowo-Wojtkowe podsumowanie przedoscarowe

, , ,

Spięliśmy się dzielnie z Kunieczką i udało nam się obejrzeć pięć tegorocznych nominowanych w kategorii najlepszy film. Ranking nasz i podsumowanie przedoscarowe, choćby króciutkie, czas więc zrobić. Filmy prezentuję w kolejności, w jakiej je oglądaliśmy.

1.


"Obywatel Milk" to pierwszy z nominowanych filmów, jaki zobaczyliśmy. Zupełnie inny, nie tylko ze względu na tematykę, niż choćby "Good Will Hunting" czy "Elephant" Gusa Van Santa. Dramat społeczny o jednym z największych gejowskich działaczy XX wieku, któremu udało się dotrzeć do szerokiej publiki. Genialnie zagrane (oklaski dla Seana Penna!), świetnie zmontowane i wyreżyserowane (nastrój!), ale reszta - taka sobie. Może to ze względu na specyfikę tematu, wszak to film biograficzny, może ze względu na wrażenie, że chodzi głównie o poprawność polityczną. Film - bardzo dobry, ale w skali 1-6 daję 4. Nie pachnie Oscarem.




2.


I znowu zupełnie coś innego, bowiem mamy reżysera, który nakręcił "The Beach" i "Trainspotting", a tu nagle pojawia się niemalże bollywoodzka stylistyka. Ba, nawet nie "niemalże", wszak akcja dzieje się w Indiach, a w filmie pojawia sie nawet fazia z "Kabhi Khushi..." (kto widział, ten wie, jakim jest idolem) - Amitabh Bachchan (zresztą scena, w której wystepuje jego motyw, jest jedną z najgenialniejszych w filmie). Ogółem - wszyscy wiedzą, o co chodzi. Osiemnastolatek Jamal, mieszkaniec slumsów w Bombaju pracujący jako herbaciarz w filmie telemarketingowej, chłopak, który wychowywał się na ulicy (dosłownie) i doświadczył prawie każdej możliwej tragedii i nieszczęścia, bierze udział w hinduskiej wersji teleturnieju "Milionerzy", jednak przed ostatnim pytaniem zostaje zaaresztowany i brutalnie przesłuchany przez policję. Jak to bowiem możliwe, że chłopak z ulicy, który wiele lat był bezdomny, tak wiele wie? Jamal opowiada niesamowita historię życia, które dało mu wiedzę większą niż jakakolwiek szkoła.

No dobrze, od razu mówię - dla mnie 5/6. Część opisująca dzieciństwo Jamala i jego brata - niesamowita, potem pojawiają się lekkie dłużyzny. Świetny montaż i doskonale dobrana muzyka, wciągająca historia i dobre aktorstwo. Dla mnie bomba, ale na drugim miejscu.


3.


O "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona" już pisałam, nie będę więc się powtarzać. Jedno spostrzeżenie - film tak bardzo nie Fincherowski, że trudno uwierzyć, iż został nakręcony przez człowieka od "Se7en" i "Fight Club". Dla mnie zdecydowany faworyt. 6/6.














4.


Najnudniejszy z całej piątki "The Reader" (czyli "Lektor") nie jest moim zdaniem filmem oscarowym w w kategorii "najlepszy film". Historia kilkunastoletniego Michaela, który w Berlinie lat pięćdziesiątych wdaje się w romans z kilkanaście lat starszą od siebie kobietą (genialna rola Kate Winslet). Ta ma dziwne hobby - każe Michaelowi czytać sobie na głos ksiązki i jest w stanie słuchać tego godzinami. Chłopak uzależnia się od niej, kobieta postanawia więc zniknąć bez uprzedzenia z jego życia. Po kilku latach chłopak, który uczestniczy w seminarium badającym zbrodnie wojenne, dowiaduje się, iż jego dawna kochanka jest oskarżona o uczestniczenie w jednej z nich.

Kilka zastrzeżeń - dłużyzny, David Kross w roli młodego Michaela i zbyt długie wprowadzenie. Wiem, pewnie nie można było tego zrobić inaczej, ale dla mnie "clue" filmu pojawia się zbyt późno i ... i tak naprawdę cały sens się wtedy rozmywa. Film dobry, ale nie powiedziałabym, że nawet na nominację. Jeżeli już, to Oscar dla wspomnianej już genialnej Kate Winslet w roli Hanny Schmitz. 3/6 (w czym jeden za Kate)


5.


Jeden z lepszych, jakie widziałam, dramatów politycznych (może dlatego, że nie widziałam wiele), świetnie zagrany (ogromnie podobał mi się Michael Sheen w roli Davida Frosta, a Langella zagrał rewelacyjnie; szacunek także dla ekipy Frosta, czyli Sama Rockwella i Olivera Platta), ale niewiele ponad to. Największym moim zarzutem do filmu jest zbytnie rozciągnięcie przygotowań do wywiadu i cięcia, jakie zastosowano w samym wywiadzie, który - owszem, stał się punktem kulminacyjnym, ale i tak był zbyt mało wyrazisty. Bez szału. Znowu wkracza poprawnośc polityczna. 4/6






W klasyfikacji generalnej laury zbiera "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" i on też, naszym zdaniem, był z tych filmów najlepszy. I mozna gadać, że "pusta wydmuszka", et caetera, ale zdania nie zmienię. Każdy z tych filmów można uznać - w różnych kategoriach - za bardzo dobry, ale moim zdaniem tylko David Fincher stworzył arcydzieło filmowe.

Impreza u bogacza

Wczorajsze pączkowanie było jako ta impreza u bogacza z przypowieści, który naspraszał i naspraszał się gości na ucztę, a w końcu musiał spraszać biedotę. Z tą tylko różnicą, iż u nas nawet biedaków do spraszania zabrakło.

Pączków za to i chrustów fura była. Płaczcie o wy, którym nie dane było spróbować!



"Ciekawy Przypadek Benjamina Buttona"

, , ,

Chciałabym coś napisać, ale słowa uciekają mi spod palców. Nie umiem pisać o filmach, ale tym razem czuję głęboką, mocna potrzebę.

Bowiem dawno żaden film mnie tak nie skopał, jak ten.

Nie ma chyba sensu pisać zbyt wiele o czym jest film, bo to chyba wszyscy wiedzą. W skrócie - Benjamin Button z niewyjaśnionych przyczyn rodzi się w dzień zakończenia I Wojny Światowej jako starzec, co powoduje, że jego przerażony ojciec podrzuca go do domu starców. Zaopiekuje się nim czarnoskóra Queenie niemogąca mieć dzieci. Benjamin, choć ciało ma stare, umysł ma dziecięcy - i zamiast fizycznie dorastać - z biegiem filmu staje się coraz młodszy... Nietrudno się domyślić, że przeżywane na odwrót życie pełne będzie niesamowitych wrażeń, ale przede wszystkim - cierpień. Jak bowiem patrzeć na świat stając się coraz młodszym, a jednocześnie coraz dojrzalszym i bardziej doświadczonym, podczas, gdy wszyscy bliscy powoli starzeją się i odchodzą?

Ten film nie jest dla mnie czymś na miarę Oskara, bo stał się czymś więcej. Nie na miarę pięciu gwiazdek w Wyborczej czy na ocenę "Lektura obowiązkowa!". Pewnie także dzięki niesamowitej grze Pitta, wspaniałej charakteryzacji, nieuchwytnemu nastrojowi, cudownym zdjęciom i misteryjnym magicznym sensom "Ciekawy przypadek..." jest czymś więcej, niż tylko obejrzanym filmem. Jest przede wszystkim sensem, którego nie da się uchwycić w nagrodach i słowach, niezapomnianym przeżyciem, wzruszeniem i zamyśleniem, refleksją o samotności i śmierci, o dojrzewaniu i odchodzeniu, ale przede wszystkim - o odpowiednim przeżywaniu swojego czasu. Benjamin nie może zmienić upływu czasu, który mija mu tak samo, jak wszystkim ludziom, z tą jedną różnicą, że w drugą stronę... Jedyne, co może zrobić, to postarać się wykorzystać ten czas, a przez to - podejmować wybory, które częściej będą się wiązały z cierpieniem i rozstaniami, niż ze szczęśliwym zakończeniem.

A jednak, pomimo wszystkiego, pozostaje w tym filmie nadzieja i pewna mała nauka, która pojawia się po dłuższym czasie. Wracamy do domu i w nocy, przed zaśnięciem, wtulam się w ramiona Wojtka i zaczynam płakać. I tak bardzo uderzają wtedy słowa Gandalfa, tak idealnie pasujące do tego wszystkiego, co czuję.

"Nie do nas należy decydowanie o czasie. Jedyne, co możemy zrobić, to jak najlepiej wykorzystać czas, który został nam dany".