Skip navigation.

Log in | Sign up

Smakuję świat

...a w środku parskam śmiechem

Posts tagged with "myśli"

Potrzebujemy tragedii

, , , ...

To takie zabawne, jak ogromna większość bajek bazuje na stereotypach, ale jeszcze dziwniejsze jest to, że jeszcze większa większość bajek przeznaczonych dla dzieci kończy się dobrze, albo co najmniej pomyślnie. Zło zostaje poskromione, a dobro triumfuje, chociaż najpierw musi stoczyć ciężką walkę o przetrwanie. Zakochani pozostają zakochanymi wiecznie i żyją długo i szczęśliwie, i chociaż muszą przejść przez kilka trudności, w pewnym momencie wszystkie problemy znikają i ich życie jest jak w bajce. No właśnie.

Read more...

Rosłomiłości

, , , ...

Nagle trzeba znaleźć na wszystko nowe słowa. Bardziej pojemne, pękate niczym białe filiżanki falujące jak łódeczki na błękitnych obrusach, szerokie jak ramiona Wojtka, kiedy mnie przytula, długie jak moja droga do domu, kiedy przyciskam nos do wilgotnej szyby w pociągu, rozległe jak łąki, wody i lasy z moich marzeń, wysokie jak niebo, do którego nie dosięgam ręką ani wzrokiem, płynne jak srebrzysty strumień bieszczadzkiej rzeki, z której wiele lat temu nabierałam wody w niecierpliwe dłonie, przejrzyste jak jego oczy, kiedy przygląda mi się przed zaśnięciem, kiedy chowam się w jego ramionach, nieskończone jak troska o moich bliskich, radosne jak uśmiech mojej Mamy, kiedy widzi mnie w końcu po wielu tygodniach.

Nagle trzeba znaleźć na wszystko nowe słowa, wymykające się ukradkowym uśmiechom i łzom, niedobrym duchom, przemykającym między firankami. Szukam ich rozgarniając wspomnienia od moich najmłodszych lat aż po ten dzień, w którym zaczynam rozumieć, że jestem dorosłą kobietą, że dojrzałam do miłości, na którą się czeka czasem nawet dziesiątkami lat. Przecież to takie proste. Dorosłość nie ma w sobie ani zła, ani strachu, to my je jej przypisujemy. Dorosłość daje nam możliwość kochania tych, którzy przychodzą do naszego życia i patrzenia na wszystko ze zrozumieniem i tą piękną powagą, do której tęsknimy, kiedy jesteśmy dziećmi.

Myślę, że dorosłość jest odkrywaniem życia naprawdę.

Marzenie

, ,

Podczas czytania ostatnio po raz kolejny "Pokalania" Czerwińskiego uderzyła mnie trafność myśli "Colę w puszkach można było dostać tylko za dolary w sklepach, gdzie wszystko było za dolary, chociaż nikt w tym kraju nie zarabiał w dolarach". Pamiętam Peweksy i pamiętam jeszcze, że w latach osiemdziesiątych, zanim upadł komunizm, było mi dobrze (chociaż pewnie dzisiaj nie powinnam tego pisać). Miałam tatę w Ameryce, który przysyłał dolary, co pozwalało na zakupy w Peweksach. Do dzisiaj pamiętam ten niesamowity asortyment. Pierwsza PRAWDZIWA czekolada, czyli Toblerone, była kupowana właśnie tam, poza tym gwiżdzące lizaki w tekturowych pociągach, które dostawaliśmy od mamy na Mikołaja. Z Peweksu miałam pierwszą lalkę Barbie (pożal się Boże! Naprawdę podobały mi się takie klimaty!), w różowych szortach w czarne grochy i jakiejś koszulce. Moim marzeniem jednak zawsze była inna lalka, taka jasnowłosa w wielkiej, złotej, balowej sukni. Jak dzisiaj o tym myślę, to z perspektywy czasu cieszę się, że jej nie dostałam. Byłam i tak wystarczająco rozpuszczonym bachorem, żeby dodatkowo jeszcze dostawać lalki Barbie w złotych sukniach. Aż dziw bierze, że mama nigdy mi nie przylała, kiedy zaczynałam się awanturować. Z Peweksu mój brat miał pierwsze klocki Lego, nie pamiętam, jakie były te pierwsze, pamiętam jednak, że największy zestaw, jaki dostał, to był wielki, żółty samolot, który bardzo mi się podobał. Ja zawsze marzyłam cichutko o klockach Duplo, byłam smarkulą, miałam jakieś trzy-cztery lata jak mama wzięła mnie pierwszy raz, abym poczuła ten "orzeźwiający powiew Zachodu" i pamiętam, że od razu zachwyciły mnie te duże okrągłe ludziki, domki, samochodziki czy co tam jeszcze było, oczywiście kolorowe i wesołe. Nigdy nie powiedziałam mamie, że chciałabym mieć Duplo. Dopiero po wielu, wielu latach, kiedy bliżej mi było do dorosłości, niż dziecięctwa, kiedy wspominałyśmy sobie dzieciństwo moje i brata powiedziałam, że zawsze jako dziecko chciałam mieć Duplo. "Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś?" spytała Mama."Bo bałam się, że mi nie kupisz" odpowiedziałam. Te klocki Duplo ciągną się za mną od dzieciństwa, jednak po upadku komunizmu, kiedy zaczęłam życ w kraju, w którym stopniowo w sklepach pojawiało się wszystko, przestały być sensacją, nie stanowiły już celu i obiektu pożądania. Nigdy ich sobie nie kupiłam, nie tylko dlatego, że urosłam i mogłam bawic się innymi rzeczami, także dlatego, że posiadanie ich w kraju, w którym można mieć wszystko, nie sprawiało już takiej radości. Do dzisiaj jednak zawsze, kiedy jestem w sklepie z zabawkami, oglądam Duplo. I myślę, że te głupowate klocki, o których marzyłam całe dzieciństwo, stały się dla mnie czymś niesamowicie ważnym. Symbolem marzenia. Bo jak się nad tym zastanowić, to w rzeczywistości nigdy nie chodziło o to, żeby te klocki mieć, zawsze chodziło o to, że one były czymś, czego MOŻNA PRAGNĄĆ! To jest ta siła moich marzeń - nie chodzi o to, żeby coś dostać, chodzi o to, żeby móc o tym marzyć, a jeżeli kiedyś się to zdobędzie, będzie tym większym, lepszym, cudowniejszym osiągnięciem. Co to by było za życie, gdyby wszystko na pewno można było dostać? Wyrosłam już z klocków Duplo, gdybym dzisiaj je sobie kupiła, moje marzenie straciłoby sens. Ale jest mnóstwo innych rzeczy, które w sobie mam - dziesiątki, setki marzeń, które teraz pierwszy raz od dawna zaczęły przybierać realny kształt, o których zaczęłam myśleć, że nie tylko mogą się spełnić, ale -przede wszystkim, że mogę o nich mówić. Że nie popełnię po raz kolejny tego błędu, że nie powiem o czym marzę, jak zrobiła ta kilkuletnia dziewczynka marząca o klockach. Może dlatego, że nie jestem już kilkuletnią dziewczynką. A może dlatego, że właśnie zrozumiałam, że mogę mieć to, o czym marzę, że nie muszę się bać, że "ktoś mi tego nie kupi". I chciałabym powiedzieć, co mi daje taką pewność, ale nie powiem.


Piszę to wszystko słonecznym, niedzielnym, koszalińskim popołudniem, kiedy nie marzę o niczym innym poza tym, żeby znaleźć się jakieś tysiąc kilometrów stąd w kierunku południowo-wschodnim. Są jednak rzeczy, które trzeba odłożyć w czasie (tak więc Natki duch gdzieś tylko tam chwilami błądzi). Kunieczko zlądował dzisiaj we Lwowie. "Ileż to ja bym dał, żebyś zobaczyła to, co ja - cały Lwów ze szczytu wysokiego zamku!" napisał mi około południa.

Tego Lwowa to na pewno sobie nie daruję pewnego dnia, choć nigdy o Lwowie do tej pory nie myślałam. I chociaż wiem, że zaczynać powinnam raczej od rzeczy sto tysięcy razy mniejszych, to juz teraz chciałam zapowiedzieć - Lwów będzie! Kiedyś... Tak, jak cała reszta.

No i miało być o realiach, a wyszło mi wspomnieniowo i marzeniowo. Może innym razem.