Sunday, 15. June 2008, 08:44:07
Nie śpię. I nic się nie dzieje złego. Po prostu czas udowodnił mi kolejny raz, że sekundy, minuty, godziny są za krótkie i nie potrafię wszystkiego w nich umieścić. A bardzo, bardzo dużo tego umieszczania ostatnio.
Praca magisterska - ostatnia prosta, dzisiaj poprawiam to, co zostało do poprawienia, a jutro drukuję, nagrywam, oddaję i... I obrona w następną środę, 25 czerwca, o godzinie 13:00. Z dziwnym zdumieniem, a trochę z niepokojem zauważyłam, że termin obrony zawsze był tak bardzo odległy.
Pamiętam pierwszy dzień na uczelni, przecież to było tak niedawno! Każdy rok z ubiegłych pięciu miał w sobie coś niesamowitego, czego nigdy nie zapomnę, ale ciężko mi uwierzyć, że to wszystko minęło tak szybko. Żadnych wielkich przyjaźni, ale kilku cudownych ludzi, którzy pomogli mi bardziej niż niejedna osoba deklarująca wielką przyjaźń. Kilka niesamowitych osób, które w chwilach załamania umiały mi pokazać, że świat nie jest tak naprawdę AŻ TAK zły żeby od niego uciekać. I zawsze, od kilku już lat, to są i będą te same osoby. Gdyby nie Natka i Krzysztof niektórych ważnych i dobrych decyzji bym nie podjęła. Gdyby nie moja Pani Promotor, z niektórych dołów bym nie wyszła.
To było pięć lat szaleństwa, ale nie takiego, jakie sobie zawsze wcześniej wyobrażałam. Z wielkimi nadziejami, ale z jeszcze większymi rozczarowaniami. Bez wielkich, studenckich imprez, ale z kilkoma małymi, które zapamiętam na długo, może na zawsze. I - przez długi czas, przecinany, przerywany, z tym uczuciem, z tą małą pewnością i nieodpartym wrażeniem (Maga, Maga, to od Ciebie to sformułowanie, po prostu tak mi pasuje doskonale...), że jestem taka tylko na chwilę i nigdy na dłużej, że się nie nadaję i nie umiem tak na dłużej, na stałe, kochać, być. I nagle, z samego końca marca, z początków kwietnia, z nasypów nad Wartą i przeziębień weekendowych, z pomarańczy i bananów, ze śmiechów i Behemotha i z tych tak małych, drobnych rzeczy, nad którymi się nie panuje ("Będę cię kochać nawet, jeśli..." - choć do dzisiaj nie pamiętam jak dokładnie brzmiało to zdanie z pociągu) wyrosło mi coś, co z wielkim, słonecznym uśmiechem zostaje, co z różową miłością spod warg sie pojawia. Ty.
Zmarnowałam za dużo dni, nie zauważyłam zbyt wielu rzeczy w ciągu tych pięciu lat, jednak gdybym miała to teraz rozpamiętywać, nie pozostałoby mi nic innego, jak utopić się w smutku niedokonanych rzeczy. A one wszystkie nagle zaczęły wychodzić z zakamarków, uśmiechów, palców, spod powiek, wyrastać z trawą i wiązać się wraz z owocami na drzewach. I są, i będą, i takie to wszystko proste się staje, choć wydawało mi się, że nic się już nie uda.
Wiem, że to już dwa tygodnie minęły, ale nic to:
To z Mamą moją, absolutoryjnie, dzień pełen takiej słodyczy, uśmiechu i zapomnienia, że żałowałam, że się kończył.
Dziecięta absolutoryjne, czyli Natka (Zwana również Panią Krasnalową!) z Kunieczką swoim.
I rodzinnie tak troszkę, z mamą i ciotką, czyli dzień ten sam, obok Mickiewicza, a potem na Rynku, nad Wartą, w słońcu.
Skoro zaczyna się coś całkowicie nowego, już za tydzień i troszkę, czas zostawić tylko to, co z lekkością mości się w moim życiu.
Mamo, dziękuję za wszystko.