Skip navigation.

Log in | Sign up

Smakuję świat

...a w środku parskam śmiechem

Posts tagged with "studia"

Nosowszczyzna - Grand Finale

, , , ...

Po wielu miesiącach oczekiwania (i pewnych obaw, że nic z tego nie wyjdzie) "Projekt Nosowska", nad którym, większa część seminarium męczyła się przez ponad rok (w tym Skrzatka Natka i Dzielny Krasnal wraz z innymi kulturopopularnymi specami) w końcu się ukazuje! :D

Duma, duma, duma nas rospera, bo to NASZA, nasza książka :D




A TU ZAPRASZAMY WSZYSTKICH, KTÓRZY CHCĄ WIEDZIEĆ, O CO CHODZI :wink:

Od nowa, u siebie

, , , ...

Tytuł magistra nie chroni przed zapaleniem gardła.
Niemalże bezsenna noc - moja z powodu potwornego bólu gardła i przewracania się z boku na bok oraz zatkanych uszu, Kunieczki w powodu ogromnego zmartwienia spowodowanego moim bólem gardła i zatkanymi uszami (do tego stopnia, że rano zmusił Panią Aptekarkę do wcześniejszego otworzenia apteki aby móc kupić mi Coldrex i witaminę c przed wyjściem do pracy).
I siedzę - leżę - w mieszkaniu i piję gorący Coldrex, podczas gdy za oknem 30 stopni i tylko lekki wiater przez okna się wdziera...

Koszalin był, magiczny, cudowny, inny niż zwykle, z Tobą, jak to możliwe? A kiedy przyjechaliśmy do Poznania, całkiem oczekiwanie udało nam się zostać BARDZO DOBRYMI magistrami (Kunieczko miał głupawkę, ja panikowałam jakby istniała możliwość nieobronienia się, jakież to dziwne, jakież to dziwne...). A potem - szalona przeprowadzka, niesamowity bal na ostatkach sił (i to Kunieczki złoszczenie się na Natkę, która za wszelką cenę stara się dominować w tańcu, chociaż ona to naprawdę nieświadomie robi, naprawdę!). I dzień rozpakowywania, sprzątania.

Po wszystkim - wakacje pierwsze, wojnowicki wyjazd pachnący miodem i beztroskim uśmiechem spod porannej kołdry, a sześć os, które Kunieczkę zaatakowały, octem pokąsania zawinięte chociaż lekko kłujące, ale w końcu śmiejące się wspomnienia pozostawiają.

I książki, książki od nowa, od początku, odkrywanie radości z czytania tego, co się chce, ze śmiechu nad zapachem papieru, z zadumania.


I tylko nadal zdumiewam się, jak to ciągle tak samo niesamowite jest wystawiać głowę spod kołdry obok Ciebie rano, kiedy słońce grzeje przez ledwo przymknięte okna, każdego dnia na nowo, od nowa, u siebie.






A tak wyglądają dwa szczęśliwe magistry na wakacjach :smile:

Ps. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki i powodzenia życzyli i wierzyli, że się uda - to dało tak wiele wiary w siebie, że zliczyć się nie da.

Z dni minionych

, , ,

Nie śpię. I nic się nie dzieje złego. Po prostu czas udowodnił mi kolejny raz, że sekundy, minuty, godziny są za krótkie i nie potrafię wszystkiego w nich umieścić. A bardzo, bardzo dużo tego umieszczania ostatnio.

Praca magisterska - ostatnia prosta, dzisiaj poprawiam to, co zostało do poprawienia, a jutro drukuję, nagrywam, oddaję i... I obrona w następną środę, 25 czerwca, o godzinie 13:00. Z dziwnym zdumieniem, a trochę z niepokojem zauważyłam, że termin obrony zawsze był tak bardzo odległy.

Pamiętam pierwszy dzień na uczelni, przecież to było tak niedawno! Każdy rok z ubiegłych pięciu miał w sobie coś niesamowitego, czego nigdy nie zapomnę, ale ciężko mi uwierzyć, że to wszystko minęło tak szybko. Żadnych wielkich przyjaźni, ale kilku cudownych ludzi, którzy pomogli mi bardziej niż niejedna osoba deklarująca wielką przyjaźń. Kilka niesamowitych osób, które w chwilach załamania umiały mi pokazać, że świat nie jest tak naprawdę AŻ TAK zły żeby od niego uciekać. I zawsze, od kilku już lat, to są i będą te same osoby. Gdyby nie Natka i Krzysztof niektórych ważnych i dobrych decyzji bym nie podjęła. Gdyby nie moja Pani Promotor, z niektórych dołów bym nie wyszła.

To było pięć lat szaleństwa, ale nie takiego, jakie sobie zawsze wcześniej wyobrażałam. Z wielkimi nadziejami, ale z jeszcze większymi rozczarowaniami. Bez wielkich, studenckich imprez, ale z kilkoma małymi, które zapamiętam na długo, może na zawsze. I - przez długi czas, przecinany, przerywany, z tym uczuciem, z tą małą pewnością i nieodpartym wrażeniem (Maga, Maga, to od Ciebie to sformułowanie, po prostu tak mi pasuje doskonale...), że jestem taka tylko na chwilę i nigdy na dłużej, że się nie nadaję i nie umiem tak na dłużej, na stałe, kochać, być. I nagle, z samego końca marca, z początków kwietnia, z nasypów nad Wartą i przeziębień weekendowych, z pomarańczy i bananów, ze śmiechów i Behemotha i z tych tak małych, drobnych rzeczy, nad którymi się nie panuje ("Będę cię kochać nawet, jeśli..." - choć do dzisiaj nie pamiętam jak dokładnie brzmiało to zdanie z pociągu) wyrosło mi coś, co z wielkim, słonecznym uśmiechem zostaje, co z różową miłością spod warg sie pojawia. Ty.

Zmarnowałam za dużo dni, nie zauważyłam zbyt wielu rzeczy w ciągu tych pięciu lat, jednak gdybym miała to teraz rozpamiętywać, nie pozostałoby mi nic innego, jak utopić się w smutku niedokonanych rzeczy. A one wszystkie nagle zaczęły wychodzić z zakamarków, uśmiechów, palców, spod powiek, wyrastać z trawą i wiązać się wraz z owocami na drzewach. I są, i będą, i takie to wszystko proste się staje, choć wydawało mi się, że nic się już nie uda.

Wiem, że to już dwa tygodnie minęły, ale nic to:


To z Mamą moją, absolutoryjnie, dzień pełen takiej słodyczy, uśmiechu i zapomnienia, że żałowałam, że się kończył.


Dziecięta absolutoryjne, czyli Natka (Zwana również Panią Krasnalową!) z Kunieczką swoim.


I rodzinnie tak troszkę, z mamą i ciotką, czyli dzień ten sam, obok Mickiewicza, a potem na Rynku, nad Wartą, w słońcu.

Skoro zaczyna się coś całkowicie nowego, już za tydzień i troszkę, czas zostawić tylko to, co z lekkością mości się w moim życiu.


Mamo, dziękuję za wszystko.