Potrzebujemy tragedii
Wednesday, 17. June 2009, 09:49:02
To takie zabawne, jak ogromna większość bajek bazuje na stereotypach, ale jeszcze dziwniejsze jest to, że jeszcze większa większość bajek przeznaczonych dla dzieci kończy się dobrze, albo co najmniej pomyślnie. Zło zostaje poskromione, a dobro triumfuje, chociaż najpierw musi stoczyć ciężką walkę o przetrwanie. Zakochani pozostają zakochanymi wiecznie i żyją długo i szczęśliwie, i chociaż muszą przejść przez kilka trudności, w pewnym momencie wszystkie problemy znikają i ich życie jest jak w bajce. No właśnie.
Co jednak jest jeszcze dziwniejsze, na tych samych schematach bazuje niewiarygodna ilość normalnych filmów, nie będących bajkami ani nawet nie aspirującymi do tego miana. To przerażające, jak wielu ludzi także w dorosłym życiu karmi się popularną papką szczęśliwego życia, które na nich czeka, a robi to tylko dlatego, że wyniosło takie przekonanie z dzieciństwa. Naoglądawszy i naczytawszy się dobrych bajeczek utwierdzili się w przekonaniu, że skoro dzieciństwo karmi nas pozytywną papką nie mającą nic wspólnego z prawdziwym życiem, tak samo będzie w dorosłym życiu. I dlatego sięgamy po filmy i książki, które kończą się dobrze.
Swego czasu, kiedy nie miałam co robić, a musiałam zapełnić czymś czas żeby nie zwariować, oglądałam mnóstwo filmów. Tak, wiem, że film filmowi nierówny, ale ze wszystkich historii, które poznałam, fabuła niewielu odbiegała od stereotypowego toku zdarzeń. „Irina Palm”, „Juno”, „P.S. Kocham Cię”, „Holiday”. Wszystkie bazujące na pewnego rodzaju stereotypie – przy czym w „Irinie Palm” jest to widoczne w najmniejszym stopniu, w „Holiday”- wali po oczach. Każdy z tych czterech filmów ukazuje historię jakiegoś problemu, bardziej lub mniej poważnego (ciężka choroba wnuka, ciąża szesnastolatki, śmierć ukochanego męża czy niemożność uwolnienia się od toksycznego mężczyzny). Traktująca o bezrobotnej, nieposiadającej żadnych umiejętności Maggie (rewelacyjna Marianne Faithfull!) „Irina Palm” opowiada historię około sześćdziesięcioletniej kobiety, która aby zebrać pieniądze na leczenie swojego śmiertelnie chorego wnuka, decyduje się rozpocząć pracę jako kobieta, która zaspokaja seksualne potrzeby mężczyzn masturbując ich przez dziurę w ścianie. Sztuka tego filmu polega na tym, że do ostatniej chwili nie wiemy, jak Maggie zniesie potępienie społeczeństwa, które w końcu dowie się o jej sposobie zarobkowania, czy uda jej się uratować wnuka i czy będzie w końcu z właścicielem nocnego klubu, z którym zdecydowanie mają się ku sobie od połowy filmu. Zakończenie oczywiście rozwiewa wszystkie nasze wątpliwości, Maggie bowiem dzielnie znosi upokorzenie, wnuk leci z rodzicami do Australii na kosztowne leczenie, a bohaterka wraca do mężczyzny, który dał jej coś więcej, niż pracę. „Juno”, czyli film o podtytule „Jak zachować się w przypadku niechcianej ciąży nastoletniej dziewczyny?” całe szczęście, podobnie jak „Irina Palm”, łamie niektóre stereotypy – Juno (Ellen Page) bowiem nie decyduje się jednak zatrzymać dziecka, oddaje je do adopcji (chociaż fakt ten bardzo nas rozczarowuje, bowiem do ostatniej chwili liczymy na to, że jednak zmieni zdanie), nie ma tu żadnej tragedii, rodzice okazują się cudownie wyrozumiali, chłopak niedojrzały, a jednak dziewczyna decyduje się w końcu na szczęśliwy związek z nim. Takie to jednak wszystko… Słodkie i dobre, wyrozumiałe i kochane. Chwilami ocieka miodem, chociaż nie jest źle i film ogląda się dobrze.
Najgorzej jednak jest z dwoma ostatnimi filmami: „P.S. Kocham Cię” to historia młodej wdowy, Holly (Hilary Swank), która stara się ułożyć sobie życie po śmierci męża, Gerry'ego (Gerard Butler). Ilość retrospekcji, stereotypów, banałów i sucharów przekracza tu ludzkie pojęcie (o dłużyznach nie wspominając). Silne kobiety, głupi faceci, opuszczona matka, kolega zmarłego męża, trzydziestoletnie przyjaciółki zachowujące się jak trzynastolatki (czy kobiety po trzydziestce naprawdę się tak zachowują???). No i najgorsze ze wszystkiego: makabryczny pomysł listów, przesyłek i prezentów od zmarłego męża… Śmierdzi rozkładającym się nieboszczykiem, a w konsekwencji okazuje się, że za wszystkim stoi opuszczona przez męża mamusia naszej wdowy (Kathy Bates), która co prawda rzeczonego denata nie cierpiała, ale spełniła jego ostatnią prośbę i dostarczała swojej córce przesyłki od niego. Jak można się domyślić, wszystko kończy się dobrze, Holly godzi się z życiem, jedzie do Irlandii z mamusią, tak spotyka kumpla męża, z którym spędziła jakiś czas wcześniej noc, a mamusia spotyka tatusia owego kolegi i… wiadomo.
Inaczej, choć równie źle, jest w „Holiday” – dwie – z różnych powodów nieszczęśliwe – kobiety, Amanda (Cameron Diaz – cały czas myślę, że jedynym dobrym filmem, w którym zagrała, były „Gangi Nowego Jorku”) z Kalifornii, Iris (Kate Winslet) z niewielkiej angielskiej, podlondyńskiej wioski decydują się na wakacyjną zamianę domów. Bajecznie bogata Amerykanka właśnie rozstała się z chłopakiem, jest pracocholiczką i potrzebuje odreagowania, angielska dziennikarka stara się uwolnić od myśli o ukochanym, który właśnie się zaręczył, ale nadal ją zwodzi, a ona – jak to głupia kobieta – mimo wszystko go kocha. Oczywiście łatwo się domyślić, jak cała historia się kończy – Amanda poznaje brata Iris, Grahama (Jude Law) w którym zakochuje się z wzajemnością, Iris z kolei zaprzyjaźnia się z kilkorgiem starszych filmowców z Hollywood, pomaga w organizowaniu przyjęcia jubileuszowego jednego z nich, Arthura (Eli Wallach), poznaje Miles'a (Jack Black), który właśnie rozstaje się ze złą kobietą, znajduje w sobie siłę, aby zerwać z byłym-niedoszłym Jasperem (scena zerwania jest najbardziej żenującą sceną zagraną kiedykolwiek przez Kate Winslet, myślę, że powinniśmy o tej scenie zapomnieć). Film kończy się sceną, w której cała czwórka + bonus, czyli dwie kilkuletnie córki Grahama spędzają razem Sylwestra w Anglii i radośnie tańczą w kółeczku dookoła pokoju. Ilość gówniarskich zachowań głównych bohaterek świadczy chyba o tym, że wiecznie chcielibyśmy być nastolatkami. Żenada.
Ktoś mi powie, że ślizgam się po powierzchni problemu, że spłycam zagadnienie. Nie mogę jednak powstrzymać się przed myślą, że całe życie karmimy się bajkami, katując się na siłę i próbując sobie udowodnić, że życie jest takie, jak w filmach, które kończą się dobrze, jak w bajkach o Śpiącej Królewnie, Pięknej i Bestii czy Kopciuszku, jak w Shreku, Wallie’m, jak w historiach o uśmiechniętych, malowanych twarzach, zdrowych ciałach, osobach silnych i radzących sobie ze wszystkimi przeciwnościami albo chociaż robiących wszystko, żeby je przezwyciężyć. Zdumiewa mnie to, chociaż wiem przecież, dlaczego tak jest i jak to działa. Bo lubimy patrzeć na życie, jakie chcielibyśmy mieć, bo lubimy myśleć, że skoro „ci w filmach” wychodzą ze wszystkich kłopotów, mają siłę i zdecydowanie, to my też możemy je mieć, bo chcemy wierzyć, że nasze życie, tak, jak film, skończy się dobrze. I że będziemy żyli długo i szczęśliwie. Problem tylko jest taki, że w ten sposób uciekamy i przed prawdziwym życiem i przed doświadczeniem. Tak, wiem, że to wszystko po to, żeby rozświetlić szarą codzienność, zobaczyć lepsze życie, nabrać pewności, że nam się uda tak samo, jak „im”. Ale to złudna papka.


Mona # 17. June 2009, 12:28
Wracam do oglądania Kompanii Braci. Jeden odcinek dziennie trzepie mózg.
Słoneczna # 18. June 2009, 10:25
A my właśnie skończyliśmy oglądać "IT Crowd i... smutek nas ogarnia, że tak niewiele odcinków było. Teraz powoli wkręcamy się w dzieciństwo, bowiem zaczęliśmy "7 życzeń". Rademenes rulez!
Mona # 18. June 2009, 11:44
7 Życzeń mnie średnio kręcilo, choć kicia, przyznam, rozkoszna. Ja dziś podziwiam młodego Kevina Bacona w 'Footloose'.
czasem tam mam ;P
Anonymous # 24. June 2009, 13:53
połóżmy się zatem przykryjmy trawką i czekajmy na koniec w końcu życie takie złe okrutne itp itd. Każdy ma życie, które sobie wybrał i tylko od tego kogoś zależy czy podniesie dumnie głowę i zacznie coś ze swoim życiem robić czy też spuści ją w dobie "kryzysu" medialnego i będzie tylko narzekał. Takie to typowe dla nas Polaków...
Mona # 24. June 2009, 14:18
Słoneczna # 2. July 2009, 11:24
Anonymous # 21. July 2009, 16:14
Nie widziałam żadnego z filmów o których piszesz i pewnie nigdy ich nie zobaczę :) w ogóle nie znoszę wszelkiego rodzaju głupich komedii romantycznych, filmów o ufo i innych "głębokich" produkcji ale nawet ja czasem CHCĘ żeby film się dobrze skończył, nie można się ciągle dołować.
A to że filmy o których piszesz powstały i wiele innych im podobnych jeszcze powstanie świadczy tylko o tym, że jest zapotrzebowanie. Kasa i jeszcze raz kasa. Takie filmy tworzy się dla ludzi, którzy rozumieją tylko te najprostsze i najbardziej toporne w formie przesłania. Pozostaje nam się cieszyć, że rozumieją jakiekolwiek.
W chwili gdy to pisałam przyszła moją współlokatorka i włączyła tv żeby pooglądać polskie telenowele. Jakie to urocze...