Wednesday, 21. October 2009, 01:01:01
mały książę, oz, dorotka, alicja
...
Działo się to tak dawno temu, że Twoje serce zatrzymałoby się od wrzasku rodzącego się Czasu, a kijanki, które miały stać się Przedwiecznymi, pływały dopiero w stygnących bajorach lawy. Daleko zaś tak, że za siedmioma górami i siedmioma lasami nie znajdziesz nawet drogowskazu i zgubisz się wnet, i pożrą cię bestie. Przestań więc szukać i posłuchaj tej historii.
***
Nadtopiona Królowa Śniegu, nie pytając o zdanie, zalewała Karła strugami niechcianej rozkoszy. Blaszany Drwal dawno zardzewiał gdzieś pod sofą, zapomniany, nie odzyskawszy niczego. Kot porzucił zabawę motkiem włóczki i sfajdał się na okruchy pękniętego lustra. Tristan właśnie zdradził Izoldę ze swoim panem i wraz z pozostałą dwójką, paląc w lekkim zażenowaniu papierosy bez filtra, próbował sprzedać swoją opowieść młodemu, lecz utalentowanemu poecie. Wiadomo, co ostatecznie z tego wyszło - jak to zwykle ze zdradą bywa, skorzystał na niej tylko ktoś w awanturę niezamieszany.
Młodziutki kruk siedział na jednym z konarów suchej sosny, obserwując bacznie dobijającego targu poetę. Tego dnia postanowił wybrać sobie człowieka, bo uznał że nadszedł już właściwy czas. Wtem, po spokojnej okolicy poniósł się głośny trzask, poprzedzony przeciągłym przekleństwem. Kruk odleciał, spłoszony, zdążywszy jedynie wykrakać zduszone "Nevermore!", a poeta niemal utracił w ten sposób szansę na nieśmiertelność.
Stumilowy Las przestał na chwilę szumieć i odwrócił się, zaskoczony, w kierunku, z którego dobiegły go dźwięki gramolenia oraz siarczyste wiązanki. Zachrypły głosik należał do dziewczynki, ubranej w podniszczoną nieco, staromodną sukienkę. Dziewczynka na imię miała...
***
Alicja, wygrzebawszy się ze sterty suchych liści, która bezceremonialnie przerwała jej lot, popędziła ile sił w kościstych nogach, błagając głośno Białego Królika o natychmiastowe rozszarpanie i pożarcie. Ten zniknął jednak, jakby zapadł się pod ziemię. Zatrzymała się.
Rozejrzała się wokół, jej uwagę skupiły odgłosy dyskusji, dobiegające zza pobliskich zarośli. Przedarła się przez nie, a były tak gęste, że niemal przewróciła stojący za nimi stół, na który niezgrabnie wpadła.
- O - powiedziała niemądrze, rumieniąc się.
- O - równie niemądrze odpowiedział jej Szalony Kapelusznik, udając, że wyciera rozlaną herbatę, aby pokryć zaskoczenie.
Na leśnej polanie stało łóżko (dostrzegła na nim skulonego Susła), nieco dalej - rzeźbiona, dębowa komoda oraz stół. U szczytu stołu siedział olbrzymich rozmiarów zając, Kapelusznik zajmował miejsce po jego lewej stronie. Był on całkowicie różny od jej wyobrażenia o Szalonych Kapelusznikach. Nigdy wcześniej zresztą żadnego nie spotkała, jedynie słyszała o kilku, i to ze źródła całkiem niegodnego zaufania; niemal każde dziecko wie przecież, że Szalony Kapelusznik jest tylko jeden, kropka. I wszyscy dobrze wiedzą, jak wygląda. Alicja aż do tej pory nie wiedziała, być może dlatego, że dzieckiem nigdy nie była.
- Yyyy... witaj, kimkolwiek jesteś. Grzankę? - zapytał.
- Nie, dziękuję - odparła szybko - rzygałam już dzisiaj, doprawdy, trzeba było mnie widzieć... Usiądę za to chętnie, mam chyba drzazgę w dłoni, a tak trudno wyjmuje się je stojąc, sam pan rozumie. To już szósta dzisiaj.
- Tttak, oczywiście - wystękał Kapelusznik - proszę jednak ponownie rozważyć tę propozycję, grzanki są... och... Gdzie właściwie są grzanki? - zapytał Marcowego Zająca, marszcząc gniewnie brew.
- Tu nigdy nie było żadnych grzanek, idioto. To tylko jedna z tych twoich głupawych gierek, zapomniałeś już? - odburknął Zając, bacznie obserwując biust Alicji. - Najwyraźniej mamy za to co innego, he, he, mogę? - podniósł się z krzesła, podszedł i zaczął ją obmacywać. Górował nad nią wzrostem; w wielkich łapach wydawała się jeszcze mniejsza, niż w rzeczywistości. Pociągnął ją w stronę łóżka.
- Czy możesz mnie rozszarpać i pożreć? - zapytała z nadzieją.
- Pożreć? A skądże! A zresztą, chodź, czasu szkoda. Won! - wrzasnął, zamaszystym kopniakiem zrzucając z łóżka Susła, który nie zareagował. Prawdę powiedziawszy, był martwy, od dawna.
- Poproszę herbatę - rzuciła przez ramię do Szalonego Kapelusznika, który na te słowa zerwał się jak oparzony i zaczął przetrząsać puszki, kartoniki, pojemniczki, słoje i pudełka w poszukiwaniu herbaty.
- Nie mam herbaty - smutno rzekł po chwili bezowocnych poszukiwań i spuścił głowę.
- Cóż, nie szkodzi - odpowiedziała mu Alicja spod Marcowego Zająca. Szalony Kapelusznik z głębokim westchnięciem opadł na swoje krzesło i odwrócił się od łóżka plecami. W trawie zobaczył granatowego żuka, który z mozołem toczył przed siebie kulkę nawozu. Schylił się nad nim i zabrał mu ją. Kilka razy obrócił ją w palcach, zgniótł lekko i rzucił okiem na żuka, który bezradnie poruszał odnóżami w powietrzu, poszukując zguby. Zamyślił się na dłuższą chwilę, po czym odłożył nieco spłaszczoną kulkę tuż przed owadem. Żuk obwąchał ją nieufnie, ominął szerokim łukiem i ruszył przed siebie. Szalony Kapelusznik posmutniał jeszcze bardziej i odwrócił się z powrotem do stołu. Najwyraźniej to, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło, bo zobaczył, że Alicja siedzi na brzegu i właśnie kończy dopinać sukienkę. Marcowy Zając chrapał w łóżku.
- Wiesz, gdzie mogę zastać Białego Królika? - zapytała, zeskakując.
- A dlaczego go szukasz? - odpowiedział pytaniem przestraszony Kapelusznik - to niebezpieczne...
- Wiem. - ucięła. - W każdym razie, mam taką nadzieję. - powiedziała z przekonaniem i podeszła do niego. - Więc? Gdzie?
Szalony Kapelusznik zawahał się. - O tej porze powinien być u Królowej Kier, jak sądzę. Choć nie mogę za niego ręczyć. Wiesz... on... nie jest zupełnie... normalny... - powiedział z trudem.
Alicja podeszła bardzo blisko; stał sparaliżowany, gdy powoli wspięła się na czubki palców, a jej usta poczęły zbliżać się ku niemu.
- Dziękuję - wyszeptała mu do ucha. Odważył się wtedy spojrzeć wprost na nią i w tej właśnie chwili popełnił swój największy błąd - zapamiętał, jaki kolor mają jej oczy. Nawet nie zauważył, gdy odeszła; stał tak, otępiały, milczący i bezsilny. Zdawał sobie jednak sprawę, że pewne rzeczy zaszły już za daleko, a jego spokój nieodwracalnie zburzono. Musiał działać. Wyjął spod stołu pakunek, którego niedawno przyrzekł sobie więcej nie dotykać.
***
Alicja nie miała żalu do Marcowego Zająca, że potraktował ją tak obcesowo - wszak o to jej w gruncie rzeczy chodziło, a niesmak pojawił się spóźniony. Postanowiła poszukać Królowej Kier. Śmiałym krokiem weszła pomiędzy drzewa skraju Stumilowego Lasu, zgrabnie przeskakując nad na wpół rozłożonymi zwłokami, odzianymi w resztki różowego, pasiastego ubranka. Odwróciła się i pochyliła nad nimi, ale nie potrafiła rozpoznać, do kogo należały - zauważyła jedynie, że oprócz smrodu zgnilizny, zioną silnym aromatem pieprzu. Rozejrzała się za patykiem - zobaczyła, że kilka płynie strumykiem opodal, zupełnie jakby ktoś wrzucił je specjalnie dla niej.
Szalony Kapelusznik, choć dobrze ukryty, ledwie zdążył umknąć za śpiące drzewo.
Pochylając się nad wodą, w jej zniekształconej wirami tafli ujrzała swoje odbicie - i poczęła strofować Alicję pod drugiej stronie wody za to, że jest tak obrzydliwie tłusta. Ta obiecała poprawę i wzięła do ręki patyk; zanim jednak podała go Prawdziwej Alicji, wydłubała sobie pokryte sadzą oko. Uśmiechnęła się jeszcze nieśmiało na pożegnanie, krwawiąc obficie z oczodołu, ale została zignorowana. Po chwili pozostała po niej jedynie czerwona smuga, którą żarłocznie pochłonął skłębiony nurt. Alicja wstała i wyszła z wody.
Wróciła do truchła, leżącego na skraju lasu i pochyliła się nad nim ponownie. Grzebiąc patykiem w toczonym przez robactwo ciele, nagle usłyszała za sobą trzask gałązki, podskoczyła i pisnęła ze strachu. Stał za nią mokry Karzeł, tocząc pianę z wypełnionych spróchniałymi zębami ust. Złapał Alicję w potężnym uścisku, przywarł ciałem i przewrócił, wprost w kałużę wypełnionej robakami zgnilizny. Poddała mu się, bez nadziei na wyswobodzenie. Szarpnęła tylko lekko głową, gdy zadzierał jej sukienkę, ale siarczysty policzek, który otrzymała, sprawił, że całkiem opadła z i tak wątłych sił.
Po wszystkim, Karzeł wstał i odszedł w swoją stronę, rzucając Alicji spojrzenie pełne pogardy. Trwało to o wiele krócej, niż się obawiała, wstała więc, gdy tylko Karzeł zniknął za drzewami, wygładziła zmiętą sukienkę i poszła do strumyka, aby zmyć ohydną ciecz. Nie była pewna, czy pochodzi ona z padliny, czy też raczej z wijącego się na niej przed chwilą Karła. Możliwości było zresztą więcej, ale nie myślała o nich.
Weszła po pas do lodowatej wody i szła dalej, pragnąc przedostać się na drugą stronę. Żwawy, pełen wirów i piany nurt, szybko zmył z niej brud; wyszła na brzeg, ociekając. Dłonią przeczesała włosy, poprawiła przemoczone całkiem buciki i dopiero gdy się wyprostowała, spostrzegła Białego Królika.
Siedział ze skrzyżowanymi nogami na wielkim, płaskim kamieniu. Kamień ten był pęknięty w połowie, a wokół walało się sporo złotej sierści, pomiędzy którą bielały maleńkie kosteczki. Opodal, w trawie, leżały spróchniałe szczątki czegoś, co kiedyś mogło być całkiem solidną szafą. Odwróciła się szybko od nich, bo odniosła wrażenie, że kości, które z niej wystają są dużo większe od rozrzuconych wokół kamienia. A nawet, że mogły to być kości takiej jak ona, dziewczynki - lub dwóch.
- Dlaczego wciąż podążasz za mną? - zapytał Biały Królik.
- Pragnę cię - odpowiedziała - pragnę z całych sił, odkąd sięgam pamięcią! - powiedziała z zapałem Alicja.
- A czy nie ostrzeżono cię, że moje kły niosą śmierć, a spojrzeniem samym potrafię wyssać życie z każdej istoty? - wstał i podszedł do niej, zza pasa wyjmując długi, zagięty nóż.
- Tak, właśnie tak, wiem nawet o wiele więcej! To ty zabrałeś Róży klosz, nauczyłeś Lisa słodkiego kłamstwa, to ty dałeś Żmii jad i rozdwojony język. Gdy ciemną nocą odwiedza mnie Strach, ty wpuszczasz go do mojego domu. Dałeś ludziom Krwawe Księgi, z których czerpią wiedzę o tym, jak nawzajem pieścić swe ciała stalą i ogniem. To ciebie, i tylko ciebie ko...
- Dość! - krzyknął Biały Królik. Alicja umilkła.
Uśmiechnął się, odsłaniając paszczę, pełną rzędów ostrych jak haki zębów. Pozwolił, by nóż wysunął mu się z dłoni i upadł u jej stóp.
- Czy przyjmiesz mnie takim, jakim jestem? - szepnął. Twarz Alicji rozjaśniła się.
- Tak! - wykrzyknęła, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz.
- Tak - dodała cicho. - Właśnie takiego cię chcę.
Westchnęła.
Biały Królik uniósł dłonie. Alicja zobaczyła, że zamiast palców ma połyskujące złowrogo szpony, którymi zaczął gwałtownie szarpać i drzeć swoje ciało. Patrzyła z niemą fascynacją, jak po krótkiej chwili, spośród bryzgających strumieni krwi i fragmentów rozrywanego ciała, wyłania się postać. Rozpoznała ją natychmiast, nie wierząc własnym oczom.
- W takim razie, chodź ze mną - powiedział Szalony Kapelusznik, strzepując z zakrwawionego ronda ostatni kawałeczek mięsa - Zaprowadzę cię poza ten las, w miejsce, gdzie znajdziemy czarne ziarno tak aromatyczne, że zechcesz tam pozostać. Tam nie ma dwóch takich samych poranków; tam zrozumiesz, że śniłaś tylko cudze koszmary. Stamtąd pochodzi i Róża, i Lis, i nawet Żmija. I dalej cię zaprowadzę! Poza horyzont, poza czas, zobaczysz niebo tak czyste, że aż trudno uwierzyć, i gwiazdy ci pokażę, a jakże, i poznasz tysiące historii, które rozbawią cię do łez - bo wiedz, że one tam rosną wprost na drzewach, rozparte na gałęziach, świeże i soczyste, czekają tylko by ktoś je zerwał i opowiedział. A kiedy poczujesz zmęczenie, położymy się nad brzegiem morza i zasłuchani w szum fal, rozbijających się u naszych stóp, wtuleni w siebie, poczekamy na nadejście sztormu, jakiego świat nie widział, a który zmyje i odmieni tę krainę dla nas; tylko po to, byśmy mogli ruszyć dalej na spotkanie nowych cudów! Czyż nie tego chcesz?
Szalony Kapelusznik umilkł i patrzył, jak Alicja - najwyraźniej niepewna decyzji - chce dać sobie jeszcze chwilę na odpowiedź i pochyla się, aby zasznurować rozwiązany bucik. Ukradzione ze sterty zardzewiałej blachy serce biło jak oszalałe. Być może dlatego nie spostrzegł, że podniosła z ziemi jego nóż i gdy się wyprostowała, schowała go za plecami.
- A jak to daleko? - zapytała.
- Wystarczą dwa słowa - dwa ode mnie, dwa od ciebie, to niewiele... I kilka kroków, kilka, naprawdę. Szalony Kapelusznik wyciągnął do niej rękę. - Chodź... proszę... - spuścił głowę.
- Zbyt długo mieszkałem tam sam - dodał ze łzami w oczach. Zadrżał i odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć.
- Wierzę ci. - Alicja uśmiechnęła się. - I wiem teraz, że tego właśnie chcę. Chodźmy.
Z rozciętej ręki spłynęła na zdeptaną trawę ostatnia kropla jej krwi.
Tuesday, 20. October 2009, 20:40:50
kobieta, stary park, driada, obietnica
Zobaczyłem ją, kiedy wychodziła z pubu. Była ładna - raczej niestandardowo. Większości mężczyzn nie odpowiada zwiewna uroda, która zdaje się zanikać w oczach. Jej odpowiadała.
Bawiła się dziś świetnie - przynajmniej tak to miało wyglądać. Śmiała się, tańczyła, rozmawiała o rzeczach ważnych i mniej ważnych, słowem - była taka sama, jak zawsze. Coś ją jednak od pewnego czasu trapiło i problem polegał na tym, że nie była nawet w stanie dokładnie opisać dziwnego, nieukierunkowanego lęku, który od pewnego czasu ją prześladował. Nie mogła odnaleźć źródła niepokoju, a to dodawało mu tylko sił.
Wciąż spoglądała przez ramię. Czuła blisko siebie drażniącą obecność, istnienie czegoś, co widać tylko na samej granicy pola widzenia, gdy umyka - raczej przekornie iż panicznie - przed prostym spojrzeniem. Postanowiła wcześniej wrócić do domu i pożegnała się ze zdziwioną gromadą znajomych. Kierując się do wyjścia, strofowała samą siebie za emocje, którym coraz mocniej się poddawała. Poszedłem za nią.
Na zewnątrz zaczął padać wątły deszczyk.
Tego jeszcze brakowało. Mogłam wziąć parasol. Cały dzień się chmurzyło.
pomyślała, spoglądając w czarne niebo.
A o tej porze, w tym mieście o taksówce nie ma nawet co marzyć.
Miała rację. Wiedziała jednak, że sytuacja wcale nie przedstawiała się źle - do domu było niedaleko, miasteczko było bardzo spokojne, a w razie kłopotów mocno wierzyła w spray z gazem w torebce. Może dlatego, że jeszcze nigdy nie miała okazji go użyć.
Droga do domu wiodła przez stary park, gdzie przebawiła pół swojego dzieciństwa - nadal go uwielbiała. Kilka tak dobrze znanych uliczek dookoła, przy których wciąż mocno śpią wiekowe kamienice, niezmiennie budziło mnóstwo sympatycznych wspomnień... wiele całkiem świeżych. A leniwy deszczyk był ciepły i bardzo lipcowy.
Gdy weszła do parku, zwolniła kroku. Zatrzymałem się.
Wyraźnie była wrażliwa na magię nocy; teraz idąc, chłonęła ją całą sobą. Liście drzew, zasłaniające blade światło rzędów latarni, poruszał delikatny wiatr, ożywiając legiony cieni. Mrok zdawał się oddychać w wolnym rytmie jej kroków. Każdy oddech niósł ze sobą tysiąc tajemniczych zapachów. Każdy dźwięk rósł do rozmiarów niemal hałasu pośród wszechogarniającej ciszy. Każde spojrzenie - tysiąc pastelowych kolorów ciemności, przez co świat - niespodziewanie mały - wyglądał jak paleta szalonego malarza. Miasto spało głęboko.
Deszcz przestał padać równie szybko, jak zaczął. Cichnące podmuchy delikatnego wiatru odsłoniły kawałek nieba. Księżyc zmierzał nieuchronnie ku pełni.
Jak obietnica...
pomyślała, dziwiąc się samej sobie.
Na moment zniknęła mi z oczu, ale po chwili ujrzałem ją, idącą wzdłuż alejki. Miała nieobecny wzrok, poruszała się jak lunatyczka. Bardzo powoli szła w kierunku kamiennej figury driady, lejącej wodę z dawno wyschniętego dzbana. Z jej pięknej twarzy, o nieludzko ostrych rysach, można było wyczytać pełen rezygnacji smutek; wrażenie potęgowały dotknięcia księżycowej poświaty.
Rzeźba biła chłodem. W ciągu dnia zawsze oblężona przez szepczące matki i wrzeszczącą, wiecznie uspokajaną dzieciarnię, teraz - samotna i tonąca w nieruchomych oparach mgły. Dziewczyna podeszła i dotknęła dłoni o nienaturalnie długich palcach.
Posąg drgnął i driada zeszła z postumentu, kierując w jej stronę spojrzenie jednolitych, marmurowych oczu. Na twarzy dziewczyny odmalował się senny spokój. Nie cofnęła się. Patrząc, poddawała się obcej rozkoszy, która objęła we władanie jej drżące ciało. Ostatni obłoczek pary opuścił jej usta i zniknął.
Z cienia drzew wynurzyły się postacie podobne do tej, która szła z dzbanem, bardziej jednak zwiewne i nierzeczywiste. Ich pozbawione źrenic oczy ziały czarną, bezgraniczną pustką. Dziewczyna spojrzała nieco przytomniej i chyba nawet wyglądała na przestraszoną... lecz tylko przez moment.
Krąg wokół niej zamknął się i driady zaczęły cicho śpiewać, krążąc w zawiłym tańcu. Postać
...rzeźba...?
trzymająca dzban uniosła go nieco, kierując w stronę ust dziewczyny
...czy...?
Pozbawiona zrozumiałych słów pieśń stawała się coraz żywsza i głośniejsza, dźwięki - wyższe, a taniec - bardziej szalony. Kontury poszczególnych tancerek poczęły się rozmazywać, tworząc mglisty cyklon, w którego oku nieruchomo stały - dziewczyna i driada. Patrzyłem na to, całkowicie oniemiały, a ich piękno wyciskało mi łzy z oczu.
Te... kolory... wokół... Nie znam ich...
pomyślała dziewczyna, sięgając spokojnie i pewnie po dzban, podawany przez widmo. Jej oczy, wpatrzone w nicość oczu ducha, zapełniła czerń. Pieśń osiągnęła szczyt, gdy blednące ręce dotknęły naczynia i podniosły je do ust
Tak lekko... Tak...
Kilka kropel błyszczącego jak rtęć płynu umknęło z kącika ust i pociekło po brodzie.
Driada nie różniła się już od pozostałych tancerek. Na twarzy, uwolnionej od smutku i kamienia, zakwitł uśmiech. Po chwili wir wessał ją; w centrum pozostała tylko dziewczyna; jej ciało zadrżało, by po chwili ukształtować się na nowo.
Na podobieństwo reszty istot, wirujących w szalonym tańcu.
Pieśń wciąż rosła, potężniała, a ja w panice próbowałem zatkać uszy, tylko po to, by z przerażeniem odkryć, że nic to nie dawało. Dziewczyna weszła na postument. W bezkresnej eksplozji nieludzkiego dźwięku, który chyba tylko ja słyszałem, rozległ się przeciągły, pełen cierpienia krzyk; potem wszystko ucichło.
Straciłem wtedy przytomność, czego po dziś dzień szczerze żałuję.
***
Fontanna w parku nadal nie działa. Figura driady z dzbanem, pełnym teraz jesiennych liści także stoi, a na jej twarzy wciąż gości smutek. Baczny obserwator spostrzegłby, że jej rysy są nieco... inne, niż były latem. Różnica jest niewielka, ale... Pewnie zauważyłby również, że zupełnie blisko rzeźby stoi wiekowe, omszałe drzewo, którego tutaj jeszcze niedawno... nie było?
To przecież niemożliwe. Z resztą, co tam - w starym parku i tak nie zjawiają się baczni obserwatorzy, a jedynie szepczące matki ze swoimi wrzeszczącymi, wiecznie uspokajanymi dziećmi... Jedno z nich właśnie patrzy na rzeźbę. To dziewczynka.
Ta pani jest taka ładna... i taka smutna. Ciekawe dlaczego? Kiedyś, kiedy będzie już duża i mamusia ją puści, przyjdzie tu sama. W nocy. Wtedy się dowie - teraz jeszcze nie może - ale pani jej przecież obiecała. Powiedziała jeszcze, że zawsze dotrzymuje obietnic. Więc poczeka.
Obie nie mogą się doczekać.
Showing posts 1 -
3 of 9.