Te wakacje naprawdę nie są takie złe. Siedzę sobie na wygodnym łóżku albo leżę na nim cały czas, trochę kołysze łódką ale to nawet ciekawe, gdy ma się na sobie ślizgające się, mokre skarpetki, a podłoga do stawiających im opór nie należy. Dobrze, że prąd jest, dobrze, że jedzenie też bardzo ok. Pochwalę się nawet, że dzisiaj sam, własnoręcznie, sterowałem jachtem, trzymając jego ster. Bez problemu przepłynęliśmy wówczas 2 jeziora i tyleż samo kanałów, co wprawiło mnie w niezłe samopoczucie.Do słabszych części obozu należą na pewno ogniska, które po prostu nie spełniają swojej integracyjnej roli. Mnie nie wciagają tym bardziej, że nie znam słów śpiewanych piosenek, a śpiewników brakuje. Mogę śpiewać 'Why don't you get a job' albo refren 'Baranka' bo to znam trochę, ale tamto nie bardzo. Wcale w sumie. I komary gryzą jak wściekłe. Kończę bo jest późno, a jutro nie będę już miał smsów do wszystkich sieci, nad czym niezmiernie ubolewam...
Leżę sobie właśnie na jachcie, na wygodnym łóżku, które pewnie, jak wszystko tutaj, ma swoją specjalistyczną nazwę. Żagle nie są pełne wiatru, za to leje dosyć często. Aktualnie też. Śmieszne w perspektywie ogniska wieczorem... Mam sześcioosobowa ekipę, plus sternik oczywiście. Miejsca w środku trochę mało, ale dajemy radę. No i własnoręcznie przyrządzony obiad lepszy o niebo od tego ze stołówki. Tyle na dziś. Mam nadzieję, że ten mms dojdzie, bo kończy mi się promocja z wiadomościami za grosz do każdej sieci. Ahoj, czy jakoś tak...
O takiej pogodzie jak dziś zwykło się mówić hica. Słońce na zewnątrz grzeje równo. Ja za to siedzę sobie w cieniu z bananowym Oskarem w ręce. O, akurat się skończył. To chyba znak, że mogę wyjść spod dachu bytomskiego przystanku, pod którym już 20 minut czekam na autobus. Przede mną jeszcze kolejne 10... W sam raz by sie trochę opalić. I napisać ładnego posta z telefonu. A propos - udało mi sie go wczoraj naprawić. Wymagało to ode mnie pewnego nakładu pracy, ale liczy sie przecież efekt. A ten jest. Ba, jak można zauważyć, dzięki powrotowi do Motoroli, mogę pisać z polskimi znakami. Kolejny sukces i triumf mojej ulubionej marki nad tandetą spod szyldu Sony Ericsson. Tylko z tytułami jest dalej problem, ale przynajmniej widać co dodaję z telefonu. Przeczytałem to co jest powyżej, siedząc już w autobusie, i stwierdziłem, że brzmi sztucznie, a miejscami nawet komercyjnie. Nie było to moim zamiarem, jakoś wyszło... Hm... Nie napisałem zasadniczo co robiłem w Bytomiu. Byłem na zakupach. Wracam z nich nie do końca zadowolony, bo nie kupiłem wszystkiego, co chciałem. Nie kupiłem ładnej czapki i teraz żałuję... A nie wrócę już raczej po nią, bo nie będę miał kiedy. Nie kupiłem doładowania - zapomniałem. Ale za to mam bilet autobusowy, jego, w drodze wyjątku, sobie dzisiaj nabyłem. Koniec. A na koniec dowód działania apartu.
Siedzę sobie właśnie w moim Sanktuarium, gdzie zawsze czeka na mnie wolne miejsce, i rozmyślam. Dziesiątki wspomnień, związanych z tą oazą lub nie, przelatuja mi przez głowę. Porządkuję myśli i wyciszam się. Mój spokój zburzył jednak przed chwilą fakt, że uwaliłem wczoraj sterownik w telefonie, o czym przekonałem się przed chwilą, próbując zrobić zdjęcie... Ale mniejsza o. Wszystko da się naprawić. To nie może zniszczyć nirvany do jakiej w tej chwili dążę w samotności.
Nie pisałem ostatnio, chociaż właściwie miałem o czym. Osłabł mój zapał, tak to ujmę. Nie chciało mi się po prostu. Mogłem napisać o retro, dobrych filmach, wstawaniu o 13 i babraniu się w gipsie, ale zawsze w ostatnim momencie coś odbierało mi chęć.
Powoli szykuję się do obozu. Wczoraj przyszedł pocztą plecak i, o zgrozo, stwierdziłem, że dosyć mały jest. Mały to pojęcie względne, oczywiście to nie mikroskopijny plecaczek, tylko duży... (tu sięgam po otrzymany za pracę w samorządzie klasowym słownik wyrazów bliskoznacznych, by się nie powtarzać. Niestety, nie ma w nim słowa 'plecak') Wór na szelkach (? - własna inwencja). Zwał jak zwał, w każdym razie nie wyobrażam sobie, że spakuję do niego wszystko to, co miałem zamiar. I będzie dramat... No, ale tym przejmował się będę dopiero w piątek.
Co jeszcze? Chyba nic... Nie mam zapału. A, nie. Ściąłem sobie dzisiaj trochę włosów z głowy przed lustrem. Ot, prawie profesjonalna robota. Nie powiem, że wyszło perfekcyjnie. Raczej znośnie, ale daje radę.
Dzisiaj naszła mnie taka refleksja... Dlaczego Mistrzostwa Europy sposnorują głównie: McDonald's, Hyundai, JVC i inne, nieeuropejskie firmy? Łe, jak zwykle wartość materialna... No, to tak gwoli wstępu.
Zobaczyłem sobie 2 filmy. Najpierw poszedł na ruszt "Turok: Son of Stone". Ehm. Sam tytuł wywołał pewien uśmiech na mojej twarzy. A obraz raczej marny, taki tylko dla fanów gry. Pooglądać można, ale na szczęście nie trzeba.
Zupełnie inaczej z "Be Kind Rewind". Naprawdę bardzo dobry film, godny obejrzenia. Zabawny, na końcu ciepły. Przyjemny i pozytywny.
Przypomniała mi się miła przeszłość, dosyć dawna, ale na pewno niezapomniana. I uśmiechnąłem się trochę do tych wspomnień. Sporo czasu minęło. Mimo wszystko było wtedy przyjemnie.
Poza tym wpadłem na dobry pomysł, by przesłuchać jednej piosenki Guano Apes. I aż ściągnąłem sobie całą dyskografię. I dzięki temu przypomniałem sobie też o "You can't stop me". Utwór naprawdę z dawnych lat... Ale dalej go lubię. Szczególnie początek. I końcówka, chociaż mam problem ze słowami. Znalazłem już trzy wersje zakończenia i dalej nie wiem, co śpiewa piękna i nieprzeciętna blondynka na wokalu.
Właściwie to i w końcówce, i w połowie. Refren, no...