Zachorowałem. Ciężko dość. Ale konieczność zmierzenia się ze służbą zdrowia była dla mnie jeszcze trudniejsza, naprawdę. Trafiłem na wybitnych specjalistów...
Ale mniejsza o. Dziś rano, po trzech ciężkich nocach, w końcu obudziłem się w miarę wyspany, w miarę wypoczęty i - co najlepsze - gardło nie zachowywało się tak, jakby karało mnie za połykanie czegokolwiek. Medycyna czyni cuda.
W każdym razie obudziłem się we wspaniałym humorze. Oprócz tego, że doszedłem do stanu używalności, to załatwiłem chyba wszystkie sprawy, które ciążyły mi na sumieniu. I cieszy mnie to. W ogóle humor miałem z samego rana bardzo ok.
A wieczorem, w ramach walki z nudą, robiłem Meli tapetę do pokoju. <3 Wyszła mi strona A4 + 2 strony A3, czyli sporo, jak na osobę z tak nędznym talentem plastycznym, jak ja.
Nie pisałem ostatnio, fakt. Nie, żebym nie miał czasu. Po prostu nie czułem potrzeby. I w sumie nie czuję dalej, ale co tam. Parę zdań sklecić na szybko każdy potrafi.
Przeziębiony jestem. Zmęczony i przytłoczony nadmiarem niespełnianych obowiązków. I to na tyle. Na lekcjach raczej się nudzę, bawię, jem, piszę (nie mam na myśli prowadzenia zeszytu) i wszystko inne, niż zajmuję jej tokiem. Doszedłem do wniosku, że to chyba takie... Takie na wskroś. Bo skoro sam nie odczuwam potrzeby realizacji obowiązku, którego brak realizacji nie prowadzi do specjalnych konsekwencji, to po co mam go realizować? Sytuacja, jak z Kościołem.
Doszedłem do wniosku, że wczorajszy wpis powstał na kanwie nagłego powiewu sentymentalizmu. O znaczeniu tego ostatniego słowa dowiedziałem się dziś w trakcie sprawdzianu z polskiego. Oczywiście miałem pewne przypuszczenia co do znaczenia terminu, jednak nie były one poparte żadną konkretną wiedzą. Całe moje przygotowanie oparte było właściwie na braku wiedzy. Nawet tej elementarnej. I ch. Napisałem dobrze, będzie dobrze.
Co do wczorajszego - phi, podpisuję się pod tym nadal. Chociaż nie jest to introdukcja do nowego stylu piśmienniczego ani zwiastun rewolucji. Po prostu naszła mnie chętka, to dałem jej upust.
/ umiem przegrywać. Ostatnio miałem sporo okazji, by się w tym podszkolić...
Chyba nigdy nie zdarzyło mi się tutaj wspomnieć o zespole KNoW. Do niedawna domniemywałem, że to band stricte zagraniczny. Ale się pomyliłem, chłopaki z Polski są. Dawno temu zaszokowali mnie kawałkiem "Mad Poetry", a dzisiaj rozłożyli na łopatki utworem "It's gonna happen". Ogólnie rzecz biorąc, to najlepszy jest początek, ale dalej też daje radę. Zamieszczę wideo może...
Słusznieś Humanie zauważył, męki me owe Werterowe przypominać zwykły... Ale mniejsza o. Cierpię duchowo od czasu do czasu, mimo to nie jest źle.
W szkole poszło prawie jak po maśle. Sprawdzian z maty... Haha. No, bez komentarza. Lekcja polskiego i PO? Zdominowały ją wojna na papierki/tabletki do ssania i Buzz Astral! Ten ostatni w wykonaniu klasowego artysty. Pobierzcie sobie, dowiecie się, czym zajmują się poważni, niemal dorośli uczniowie ZSO. http://www.sendspace.com/file/37c1a4
Poza tym... Jutro ostatni dzień tygodnia roboczego. I jakoś nie mam ochoty żeby teraz dzielić się głębszymi przemyśleniami. Po prostu jestem zmęczony.
Szczęśliw jestem. Do pełni szczęścia brak mi tylko jednego. Tutaj przypomina mi się sinusoida, o której wspominałem w jakimś z wpisów. Ale dochodzę do wniosku, że już dawno nie udało mi się osiągnąć szczytu dodatniego. A szczyty ujemne (doliny?) stają się coraz głębsze. Teraz znajduję się w drodze na szczyt '+', ale - co w matematyce miejsca raczej nie ma - zanim dojdę do końca, zacznę spadać.
To takie denne, nudne dywagacje, ale akurat miałem czas, szansę i chęć je tu umieścić.
W porównaniu do poprzednich, dzisiejszy dzień był wybitnie średni. Przez długi czas miałem wrażenie, graniczące wręcz z pewnością, że coś się spartoli. Ostatecznie nic bardzo złego się nie stało, nawet miało miejsce parę przyjemnych wydarzeń, ale jednak wolałbym uniknąć takich przykrych przeczuć...
Zaczęło się właściwie od rana i złej pogody. Nie spałem u siebie, więc dostęp do swoich rzeczy miałem ograniczony do paru najpotrzebniejszych artykułów, które w niedzielę wieczorem spakowałem wraz z książkami do mego, niezbyt zresztą dużego, plecaka. Nie przewidziałem opcji "będzie zimno + deszcz", więc miałem do dyspozycji dwie koszulki + szorty. Ehm... Chwała memu gospodarzowi za użyczenie kurtki. Odkryliśmy przy okazji, że daje ona +10 do siły i pewności siebie, to tak na marginesie.
Szkołę jakoś przeżyłem, fizykę napisałem, zdaje mi się, pomyślnie. Za to późniejsze zakupy, na które wybrałem się wieczorem, nie udały mi się zupełnie. Jestem rozczarowany z tego powodu nieco. Mniejsza o.
Rozglądając się po pokoju stwierdziłem właśnie (nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich tygodni), że panuje tu straszny bałagan. Właściwie to nawet bajzel, żeby nie powiedzieć dosadniej. Niestety, nie mam na tyle silnej woli/wolnego czasu/chęci/motywacji (itd.), by cokolwiek z tym zrobić. Czyli rozwiązania nie ma.
Ogólnie... To chcę już jutra. A jeszcze bardziej pragnę weekendu.