Skip navigation.

exploreopera

| Help

Sign up | Help

testowy blog Tomka P.

zobaczmy, jak wygląda funkcjonalność

Wściekła baba czyli crime story<br/>

Ktoś miał problem. Kupił nowy komputer, z zainstalowanym Linuksem. Chciał postawić na nim Windowsa, miał płytę instalacyjną, nie potrafił sprawić, by sprzęt bootnął z tej płyty. Zadzwonił do Przyjaznej Pomocy Komputerowej - czyli do mnie. Umówiliśmy się na 30 zlotych.
Przyjechałem, wlazłem do BIOSa, zmieniłem kolejność szukania systemu... minuta roboty. Wytłumaczyłem, co zrobiłem, jak i dlaczego, bo jestem miły. Jestem miły, więc zapytałem, czy pomóc w instalacji systemu - człowiek stwierdził, ze sobie poradzi. Skasowałem od jego żony swoje 30 złotych i wyszedłem.

Po dziesięciu minutach telefon. Pytanie, gdzie jestem. Byłem 100 metrów stamtad, piłem piwo. Stwierdzenie, że mąż sobie nie moze poradzić. OK, wracam.
Tym razem zajęło to jakies trzy godziny. Najpierw się męczyłem z jego Windowsem XP Pirated Edition, który nie potrafił sobie poradzić z partycjami linuksowymi. Stwierdzał, że nie widzi dysku i kończy instalację. Nie dał się przekonać do zabrania sie za partycjonowanie.
Byłem przygotowany, miałem dyskietkę startową Windowsa 98 z FDISK-iem, który jednak miał kłopoty z rozpoznaniem nowych filesystemowych wynalazków Linuksa.
W końcu przyszło olśnienie, na powierzchnię zwojów mózgowych wyszła kwestia "dlaczego jego Windows sobie nie radzi".
Wyjąłem swoją płytę Windowsa XP, który zrobił wszystko bez problemów i protestów. Dokończyliśmy instalację, zainstalowaliśmy wszystkie sterowniki, a także Nero, którym skopiowaliśmy moją płytę Windowsa. Ogólnie, było miło i przyjemnie. Do czasu, gdy nie wstałem i nie poprosiłem o 20 złotych (tak!, za 3 godziny roboty! Wspominałem, ze jestem miły?).
I wtedy baba zaczęła stroić fochy. Cóż, stanęło na tym, że usiadłem i powiedziałem, że się w takim razie nie ruszę. Usłyszałem trochę wyzwisk, trochę pogróżek, że kogo-to-ona-nie-zna na tym osiedlu, wychodzenie z dziećmi z mieszkania ("zrób coś z tym facetem, bo ja będę nocować w samochodzie"), udawanie, że dzwoni na policję... Nie byłem już miły, tylko spokojny i niewzruszony.
W końcu zadzwoniła na policję. Po godzinie przyjechał radiowóz, moja wersja, ich wersja, oczywiście stanęło na tym, że bez zbędnych protestów (i bez 20PLN) wyszedłem z mieszkania wraz z sugestią od "organów", żebym sobie cywilnie pozwał moich klientów do sądu.
Na parterze okazało się, że z klatki schodowej zniknął mój rower. Oczywiście, wytłumaczyłem panom władzom, że tego rzęcha nikt nie mógł ukraść i zasugerowałem, kogo podejrzewam o jego zniknięcie. Wywiązała się dłuższa rozmowa, policjanci stwierdzili, że gdy wchodzili do budynku, roweru nie było. Sąsiad, który zaciekawiony się przyplątał, oświadczył po konsultacji z żoną, że pól godziny wcześniej tam stał. Dowiedziałem się, że ja nie mam świadków, którzy mogli by moje sugestie co do sprawcy potwierdzić lub uprawdopodobnić i w związku z tym policja nic nie może, poza udzieleniem mi rady. Rada brzmiała: niech pan złoży zawiadomienie o przestępstwie, prokurator się tym zajmie. Pośmialiśmy się wszyscy z tej rady, zwłaszcza, że rower nie był wart nawet stówę. Stary był. Ale jeździł.
Ponieważ wracali w stronę centrum, zabrałem się z nimi. I polazłem na komisariat. Było już po północy. Odczekawszy swoje, dowiedziałem się, że ten sąsiad wyszedł z psem, pochodził po okolicy, zadzwonił na policję i powiedział, gdzie znalazł rower. Wsiadłem w nocny autobus, wróciłem na miejsce zbrodni i go zabrałem. Już o drugiej w nocy byłem w domu.

Komentarze? Nie chce mi się.

Talk Talk tak naprawdę mój blog jest na...

Write a comment

You must be logged in to write a comment. if you're not a registered member, please sign up.

October 2008
SMTWTFS
September 2008November 2008
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031