To, że dziś nie nastąpił koniec świata to nie świadczy jeszcze, że budowana w trudzie i znoju
piekielna maszyneria jest bezpieczna dla naszej rzeczywistości. Jak na razie w ukrytym głeboko we wnętrznościach ziemi tunelu pedziła tylko jedna wiązka. Nie bardzo się miała nawet z czym zderzyć i uzewnętrznić swą diableską moc.
Co z tego, że jajogłowi mędrkowie
zapewniają, żę nic złego stać się nie może. Ostatnio zakazali im nawet używać terminu "bardzo mało prawdopodobne". My jednak, jako ludzie obdarzeni wyobraźnią i doceniający fabuły, w których dramatyczne zdarzenia prowadzą do
nieprzewidzianych konsekwencji, powinniśmy zachować wszelką ostrożność.
Kwantowe czarne dziury nie wyglądają na przeciwnika z którym można dyskutować, a i
dziwadełka też raczej nie będą miały skrupułów.
Musimy być czujni tym bardziej, że pojawiły się niepokojące poszaki. Niedowno jeden z komentujcych na
blogu WO znalazł
dowód, że przy LHC pracuje niejaki Gordon Freeman. Czybżby więc tragiczne wydarzenia w
Black Mesa okazały się oparte na faktach? Czy aby to co uznaliśmy za
produkt czysto rozrywkowy nie było tak naprawdę proroctwem i materiałem instruktarzowo-szkoleniowym w jednym? Oczywiście - wiele szczegółów się nie zgadza, ale czy mała firma borykająca się z trudnościami z wydaniem swojego ambitnego (i tak ważnego dla przetrwania ludzkości!) dzieła odważyła by się na zaryzykowanie niechybnego procesu z CERNem, który jest wszechpotężnym państwem w państwach?
Może lepiej rozejżyjcie się za jakimś dobrym łomem. Trzymajcie go blisko i śledźcie
wieści z linii frontu. Niewiele możemy zrobić by powstrzymać apokalipsę, ale możemy być gotowi i wiemy już co mamy robić gdy już nastąpi. Zostaliśmy dobrze przeszkoleni. A już niedługo zaczną się tam dziać najprawde groźne rzeczy. Nie jakieś tam bezcelowe ganianie w kółko protonami. Bedzie moża zacząć się bać. Zwłaszcza, że dobrze wiemy jak
kończą się nieodpowiedzielne zabawy z akceleratorami.