7:00 rano - slysze ten cholerny budzik. Na szczescie Igor juz wie jak sprawy stoja i przestawia go na "czuwanie". Po jakims czasie slysze glos: "Ulachen, wstawaj, juz 7:30, zaspalismy!". Jak zwykle w takich momentach reaguje standardowo - "O kurwa!!!". W 5 minut ubralam sie, umylam zeby, uczesalam, zrobilam jako taki makijaz, znalazlam podanie, ktore do jutra musze zlozyc na uczelni, spakowalam je w pierwsza lepsza koperte, nakleilam znaczek, ubralam buty, torba w reke, na rower i w droge. Pelna nienawisci, ze ten cholerny poranek zaczal sie wlasnie w taki cholerny ekspresowy sposob wsiadlam do pociagu.
8:00 rano - siedze w pociagu. Aby choc przez chwile sie wyluzowac wlaczam muze na uszy. Oko mi sie przymyka, ale przez 22 lata zycia w Polsce wlacza mi sie "kontrola", czy aby moj rower stoi tam gdzie ma stac, a torebka tam gdzie powinna lezec. Wszystko ok. Muzyka mnie odpreza, jest git.
8:28 - slysze jakis glos. Aaaaa! To tylko konduktor - kontrola biletow, pelen luz, chociaz w sumie to zawsze mam jakiegos tam stresa, ze sie przyczepi, ze czegos tam brakuje. Poszlo lajtowo. Oko znowu mi opada, muzyka w uszach. Nie minela minuta, a tu znowu slysze jakis glos. To znow "kanar". Zoladek mi sie skurczyl, koszulka przykleila sie do plecow:
8:29
- "Czy to Pani rower?"
- "Tak...?" ("O co chodzi")
- "To poprosze bilet na rower"
- "Bilet na rower??????" (Jaki kurwa bilet?)
- "Dokladnie, bilet na rower"
- "A co to za bilet, pierwszy raz o czyms takim slysze a jezdze juz tym pociagiem od ponad pol roku i nie raz juz mialam kontrole" (co on pieprzy, jaki bilet!)
- "Prosze Pani, to dodatkowy bilet na rower. Mianowicie w dni robocze od 6:00 do 9:00 przewoz rowerow jest platny"
- "Pierwsze slysze, nigdy na automacie nie widzialam takiej opcji jak "bilet na rower", poza tym pytalam juz tylu ludzi i nikt nigdy nie powiedzial, ze przewoz rowerow pociagiem regionalnym jest platny" (ladny wcisk)
- "Przykro mi, ze jestem pierwsza osoba, ktora mowi Pani o czyms takim"
- "Jak wiec wysoka jest kara?" (zabije go zaraz!)
- "bedzie to 40€"
(Zajebiscie!)
11:12 - droga powrotna. Prawie sie spoznilam na pociag, bo zagadalam sie z Aska, ale luz, dalam rade. Wsiadam. Ale goraco!!! Zaraz sie roztopie. Oczywiscie przedzial na rowery zawalony. Dostawilam wiec moje maszyne do innych z mysla, ze mam ja na oku i poszlam klapnac na jakies wolne miejsce.
11:13 - pociag rusza z Germersheim. Rzut okiem na rower, ok, muza na uszy.
Sondernheim - ktos tam wsiada - rzucam okiem, czy moj rower nie tarasuje przejscia, jest ok, jedziemy.
Bellheim - luz, nikt nie wsiada.
Rülzheim - w sumie nie wiem co sie dzialo, bo zajelam sie czytaniem mojej pracy egzaminacyjnej, ktora wlasnie dostalam z ocena pozytywna
Rheinzabern - ooo, a co tam tak pusto w tym przedziale na rowery?! hmmm...pewnie ludzie wysiedli i przestawili moj rower pod okno. Luz. hmmmmmm... jakas babka wsiada z wozkiem...
Jockgrim - nic sie nie dzieje.
11:40 Wörth - tu wysiadam. Wylaczam wiec muze, zakladam okulary, ide w kierunku wyjscia przygotowac rower do wysiadki.
Ide...
EEEEEEEEEEEE?????????? Gdzie jest moj rower??????????!!!!!!!!!!!!!
Jakas laska pyta jak wygladal, jaki kolor, czy damka....
KURWA! Gdzie jest moj rower????????
Serce w gardle.
Ide do kierowcy.
- "Prosze pana, nie ma mojego roweru, Boze, nic Pan nie widzial???"
- "Prosze Pani, ja nie moge wszystkiego widziec, a co sie dokladnie stalo, gdzie Pani wsiadla, jak to bylo?"
- "No wsiadlam w Germersheim, przedzial na rowery byl zastawiony wiec po prostu dostawilam moj rower do innych, Boze!!! gdzie on jest???!!!!"
- "No wie Pani, ci chlopacy co tutaj byli z rowerami, to wysiedli w Rülzheim"
- "Prosze Pana, prosze mi pomoc, co ja mam zrobic (panika na maxa), juz dzis rano dostalam kare za rower, a teraz ktos go ukradl! No nie, ja musze tam wrocic, o ktorej Pan wraca do Germersheim?"
"Za pol godziny"
"Boze, to juz po rowerze, przeciez nikt go tak po prostu nie wystawil, zajebal, jestem pewna!!!!! No nic, czekam tu na pana i wracam"
Oczywiscie w momencie oczekiwania na odjazd rozsialam panike, rozlalam lzy i te cala nienawisc dzisiejszego dnia na biednego Igora.
12:18
- "Prosze Pana kierowcy, czy jest Pan pewien, ze ci chlopacy wysiadali w Rülzheim? Czy bylby Pan tak mily i na kazdej stacji poczekal pare sekund az sprawdze czy gdzies tam moj rower nie stoi i ewentualnie wsiade spowrotem?"
- "Oczywiscie!"
Odjazd.
Ale mam stresa. Rodzice mnie zabija. To nowy rower i nie jeden wieszal na nim oko, to jakim niby cudem mialby go ktos tak po prostu wystawic z pociagu i zostawic w tej cholernej wiosce!!!!??? Cholerne wiesniaki! Ale ja glupia jestem, czemu go nie zapielam!!!!!
Juz siedze w kabinie kierowcy i oboje patrzymy na kazdej stacji czy nie ma roweru - idiotyczne co?

Jockgrim - Rheinzabern - "no bardzo Pani wspolczuje, taki dzien, kara, ten rower...no pech!" Facet podciagnal zaluzje sloneczna abym lepiej widziala. Ludzie nie czaja o co chodzi, ja czerwona od placzu. RÜLZHEIM sie zbliza.
- "No wie Pani co, takiej historii to ja nigdy nie przezylem... ludzie gubia rozne rzeczy - telefony, notesy, portfele, czasem zapomna bagazu, no a rower, nawet Pani ubezpieczenie nie zaplaci, bo rower nie byl zapiety, no chyba, ze Pani posluzy sie tzw. "klamstwem koniecznym"

, bo jak Pani szczerze powie jak to bylo, to nic Pani nie dostanie."
Pociag pedzi, "kolejna stacja Rülzheim, prosze wysiadac na prawo do kierunku jazdy, dziekuje" - zapodal do mikrofonu kierowca. Bierzemy zakret, juz widac budynki, maly dworzec, chodnik, oczekujacych ludzi...
- "Cos tam widze, to rower... stoi po lewej, widzi Pani? To ten?"
- "Bozeeeeee!!! To moj rower. Stoi taki samotny na pieprzonym malym zapuszczonym dworcu w tej pieprzonej wiosce! Nie wierze! Rower za 1300 zl stoi sobie tam tak po prostu?????????"
- "Nooo, to sie nazywa szczescie w nieszczesciu!

, niech Pani leci po niego i jedziemy do Germersheim"
Nie wiem czy znacie takie ogromne, gigantyczne uczucie ulgi, jak taki ogromny kamien spada z serca, ze az cie skreca w zoladku, taki potezny banan na twarzy!
To wszystko wydarzylo sie dzisiaj miedzy 8:00 a 12:00.
Teraz jest 17:00 i tak z perspektywy czasu widze, jak bardzo zmalal problem kary w porownaniu do "uprowadzenia" roweru

Dopiero teraz zdalam sobie sprawe, jakie ja mam bycze szczescie!!!
Najbardziej utkwily mi w pamieci slowa pozegnania tego maszynisty kiedy wysiadajac dziekowalam:
"To niesamowita historia i wie Pani co, to takie fajne uczucie moc uszczesliwic jakas osobe. Dzis bede mogl dobrze spac, bo wiem, ze zrobilem cos dobrego

Napewno opowiem dzis o tym mojej rodzinie. Do widzenia, byc moze jeszcze kiedys sie spotkamy

"