Skip navigation.

uniq

Blogi są głupie. Wszyscy, którzy to czytacie, bierzecie udział w tym szaleństwie.

me

Założyłem sobie ostatnio konto na "fejsie". Wchodzę tam teraz raz na jakiś czas, żeby kontemplować własną osobę i karmić samouwielbienie aktywnością swoich znajomych na mojej ścianie chwały (kto ma konto na facebooku, ten wie co mam na myśli). Wspomniana aktywność nie jest co prawda zbyt duża, żeby nie powiedzieć, że jest znikoma, ale fizyka tego serwisu potęguje najbardziej nawet błahe zachowania, często pojedyncze kliknięcia ludzi, którzy nie są w rzeczywistości moimi przyjaciółmi i może widziałem ich raz lub dwa razy, a może wcale ich nigdy nie widziałem i tylko przez przypadek mieli mnie w swojej książce adresowej. Bo nie w tym sens, żeby utrzymywać kontakt z osobami, które i tak regularnie się widuje, lecz z takimi, których wcale się nie widuje i być może nawet się ich nie zna. Serwis każdą ich aktywność prześwietla, bada i wykorzystuje na moją chwałę.
O serwisie facebook, jego społeczności i moim w niej uczestnictwie jeszcze napiszę. Na razie trapi mnie to, że facebookowa społeczność wymaga ode mnie też pewnej konkretnej aktywności. To sprawiedliwe, i nie w tym rzecz, że chcę się wykręcić od odpowiedzialności, co to, to nie. Nie przeciągając, wyjaśniam, że chodzi tu o mój profil - a dokładniej rzecz ujmując - społeczność domaga się mojego zdjęcia. Problem polega na tym, że ja nie mam wcale pamięci do twarzy i w ogóle twarze mnie nie interesują, zdjęcia twarzy są bez sensu, bo przecież wszyscy wiedzą, że istotne w człowieku jest coś zupełnie innego, a nie chcę przecież, żeby nieznani mi ludzie podejmowali o mnie pochopne (choć zapewne pozytywne, bo jestem śliczny) wnioski na podstawie mojego zdjęcia. Jak widzicie, mógłbym się przed ową aktywnością bronić, ale tu pojawia się kolejny problem, bo jak w ogóle rozprawiać o czymś tak banalnym? Otóż mam rozwiązanie na banał: sztuka konceptualna. Musicie wiedzieć, że im bardziej jest ona banalna, tym jest lepsza, bo umożliwia lepszy dyskurs poznawczy. Sztuka konceptualna ma też inne zalety - potrafi ją zrealizować nawet całkowite beztalencie, a jej przygotowanie zajmuje mało czasu. Moje profilowe zdjęcie jest więc już gotowe:

Capcha


2 kilo czego?

Bileciki do kontroli

Jak już wiecie, postanowiłem udać się do Dublina. Irlandia okazała się wyspą (nie - nie zaskoczyło mnie to), trzeba więc było kupić sobie bilet lotniczy. Zacząłem swoje poszukiwania od tanich linii lotniczych. I tutaj pierwsze ździwko - znalazłem bilet za 0 zł. Niedrogo, pomyślałem i ucieszony wykonałem wstępne akcje mające na celu kupno tegoż biletu. W procesie jego rezerwacji szybko przekonałem się, że linia lotnicza nie gwarantuje miejsca na pokładzie po zakupie biletu - można jedynie dokupić pierwszeństwo w wejściu na pokład, co także nie daje takiej gwarancji. Nie chcąc kupować kota w worku rozpocząłem proces kupna biletu u konkurencji. Koszt biletu podany przez przewoźnika nie był wysoki - 80 zł w obie strony. Szybko okazało się jednak, że przylot na miejsce odbędzie się o 1:00 w nocy. No - chyba że się dopłaci kolejne 80 zł. Postanowiłem dopłacić i tym samym przeszedłem do następnego etapu rezerwacji, podczas którego dowiedziałem się, że cena obejmuje tylko jeden bilet, mimo iż w formularzu zaznaczyłem, że pasażerów będzie dwóch. 320 zł to ciągle akceptowalna cena, więc przeszedłem do następnego kroku rezerwacji, w którym dowiedziałem się o opłatach lotniskowych i podatkach. Nie wynosiły one tak dużo, raptem 30 - jak się później okazało - euro. W następnym etapie dowiedziałem się o opłacie za odprawę, która nie była brana pod uwagę w dotychczasowych rachunkach. Nie odprawię się przecież sam pomyślałem i kliknąłem Dalej. Pojawiło się pytanie, czy będę miał dodatkowy bagaż. Postanowiłem na wszelki wypadek sprawdzić w regulaminie, ile mogę wziąć ze sobą bagażu bez dopłacania. Okazało się, że w ogóle, co szczerze mówiąc wcale mnie nie zaskoczyło. Następnie przyszła pora na płatność. Oczywiście część opłat wzrosła na tym etapie dwukrotnie, ponieważ muszę przecież jeszcze kiedyś wrócić. Okazało się także, że za samą płatność także trzeba dopłacić, a cena zależy od formy płatności. Zaraz potem wyszły na jaw ceny dodatkowych usług, które nie są objęte w standardzie, takie jak: ubezpieczenie bagażu, ubezpieczenie biletu, prawdę mówiąc byłem poważnie zaniepokojony tym, że nie trzeba było dopłacić za miejsce siedzące. Przyszło mi do głowy, że może w ogóle nie ma miejsc siedzących - w końcu to taki tani bilet ... zaraz, zaraz ... jedyne 1600zł. Pomyślałem, że lepiej nie ryzykować.
Rozpocząłem poszukiwania od początku. Tym razem nie ograniczałem się do tanich linii - wybrałem te droższe: Lufthansa i Swiss, razem 1650zł, wliczony bagaż, wszystkie podatki, drobna przekąska i wino. Co być może najbardziej w tym wszystkim dziwne, przez chwilę się zastanawiałem...


PS Na powyższym obrazku widzimy darmowy bilet. Poniżej dokładniejsza informacja. Zawiera w sobie opłaty ... nie licząc opłaty.

Hotel w Lądynie

,



Postanowiliśmy (ja i Śruba) udać się do jakiegoś anglojęzycznego kraju celem podkształcenia swojego angielskiego. Nie mogę sobie teraz przypomnieć dlaczego, ale w pierwszym odruchu język angielski skojarzył nam się z Anglią. Znaleźliśmy więc - na tyle na ile to możliwe - tanią szkołę językową i hotel w Londynie. Ponieważ bardzo zależy nam na dostępie do internetu w hotelu, a już raz daliśmy się naciąć na fałszywe informacje propagowane za pomocą oficjalnych stron internetowych, Śruba postanowiła zadzwonić do hotelu celem upewnienia się, że tym razem wszystko będzie w porządku.


Śruba - Hello!
Telefon - Hello!
Śruba - I'm going to book a room in your hotel but first I want to make certain the internet connection is available in room.
Telefon - ...What?
Śruba - Is there internet connection in your hotel?
Telefon - Yes.Yes.
Śruba - Is it available in the room? What kind of connection is this, wireless or cable?
Telefon - You can email or Skype us.
Śruba - No, no. If I was your guest and wished to use the internet, should I use a cable?
Telefon - I don't understand.
Śruba - Is there internet plug in a room or maybe I don't need one?
Telefon - ...you can use skype, or
Śruba - Where are you from?
Telefon - Poland.
Śruba - Czy w Waszym hotelu jest dostęp do internetu?
Telefon - Aaaaa. Tak, tak. Jest.


Sprawdziliśmy później opinie gości na stronie booking.com. Jeden komentarz powtarzał sie wielokrotnie:
staff doesn't speak English...
Postanowiliśmy, ze nie pojedziemy uczyć się angielskiego do Londynu, ponieważ wszyscy tam już mówią po polsku, postanowiliśmy ... pojechać do Irlandii.

Irish government asked a question to its citizens:
Is the Polish immigration a serious problem?
35% respondents said: Yes, it is a serious problem!
65% respondents said: Absolutnie żaden!

Read more...

łechTOUCHka

Zauważyłem, że od dawna nie umieszczałem wpisów z dialogami. Postanowiłem więc nawiązać dzisiaj do tego starego stylu, z którego wywodzi się ten blog.

Dialog, którego będziecie po części świadkami, odbywał się w bardzo intymnej sytuacji, popularnie zwanej palcówką, więc możecie sobie wyobrazić, że piszę to z wypiekami na twarzy i mam nadzieję, że wy także macie wypieki, kiedy to czytacie:


Luba ma: Tak! O tak! Nie! Nie tak! Przesuwaj, a nie naciskaj!
Ja: Tak dobrze?
Luba ma: Tak! O tak! Nie! Nie! Źle! Za bardzo naciskasz!
Ja: Teraz dobrze?
Luba ma: Tak! Tak! Nie! Nie!
...wreszcie się zorientowała, że ma do czynienia z informatykiem ...
Luba ma: Posłuchaj! Nie jak TrackPoint, tylko jak Touchpad, OK?!



I co ja poradzę na to, że zwykle używam tylko klawiatury?

Ciemność! Ciemność widzę!

Ostatnio w ogóle nie mam czasu na pisanie bloga. Wpisy czekają więc długo na swoją kolej i gdy się ukazują nie są pozbawione śladów odleżyn - takich, jak choćby data wydarzenia, o którym będzie teraz mowa, a którą można odnaleźć już w URLu http://rastergallery.blogspot.com/2009/07/czarna-korekta.html, na który musicie kliknąć, przed przeczytaniem tego wpisu. Co więcej, wpisy są coraz mniejsze - kurczą się z braku czasu, są wyraźnie niezadbane, a większość pracy zrzucana jest na inne serwisy i wykorzystywana w postaci hipertekstowych odniesień. Dlatego powiem teraz wprost, bez przydługiego i niepotrzebnego wstępu, bez wprowadzenia i w zasadzie od razu zmierzając do finałowej puenty - to, co zrobił Matecki jest po prostu słabe. Po pierwsze - wybór płótna... dżizas... FFFUUUUUUU! Nie mógł tego na jakimś Rembrandcie machnąć? Dobre tworzywo to podstawa udanego dzieła! Po drugie, jest to plagiat, co od razu rzuca się w oczy każdemu, kto choć trochę zna się na sztuce. Jest to praca, którą Matecki - powiem otwarcie - ZERŻNĄŁ (ach!) z mojej pracy, którą uczciwie i pełen dobrych chęci zerżnąłem z pracy Sasnala, a o której pisałem wcześniej na tym blogu. Możecie zresztą ocenić to sami, porównując obrazy mój i Mateckiego (mój to ten bardziej staranny):
Potem wszystko potoczyło się zgodnie z moimi przewidywaniami. Rozpoczął się wielki ruch naśladownictwa mojego obrazu. Ostatnio temat stał się tak modny, że Mirosławowi Bałce udało się wnieść do Tate Modern (!!! respect) duży kontener interaktywnej czarności, który jest oczywiście trójwymiarową wersją mojego obrazu. Miło jest mi aktywnie uczestniczyć w sztuce, przez duże SZT! Poniżej jeden z wielu filmów dotyczących tej wystawy, który polecam, ze względu na próbę interpretacji (inne serwisy się o to nie siliły), a którą można w streścić w zdaniu Jest ciemno: W nadziei, że podchodzicie do tego z takim samym dystansem jak ja, gaszę światło i idę kontemplować ciemność, a skoro faktycznie idę spać, to kończę ten wpis i nie zamierzam go nawet czytać i mam nadzieję, że wy też go nie czytaliście, bo to strata czasu.

Surykatki

,

Film słaby, nie przemyślany do końca. Analiza psychologiczna postaci przeprowadzona została bardzo wybiórczo. Efekty specjalne ok, ale akcji nie ma zbyt dużo (nie, żebym narzekał na jej brak - po prostu stwierdzam fakt). Jak zwykle: SF dla SF. Daję 2.5/5pkt.

A teraz - dla wszystkich, których zdołałem zniechęcić - SPOILER:
W świecie, w którym 98% ludzkości nie wychodzi z domu, a pozostałe 2% to - stroniący od technologii bardziej skomplikowanej niż dubeltówka - amisze (i jeden grubas z serwerowni), szalony naukowiec postanawia zabić pierwszą grupę wirusem komputerowym przesyłanym za pomocą latarki strzelającej piorunami. Bruce Willis wciela się w postać policjanta i tylko on może ocalić ludzkość.

Przejście dla pieszych

Zebra - przydatna rzecz.


PS: Są takie zdjęcia, do których po prostu nie trzeba pisać komentarza.

Wizyta u fryziera

Po raz pierwszy od ponad roku byłem u fryzjera. Długo zbierałem się na odwagę, aż w końcu luba ma nie wytrzymała i sama zapisała mnie na wizytę. Co więcej stworzyła wokół tego incydentu tak miłą atmosferę, że niemal nie mogłem się tej wizyty doczekać. Śpieszę z wyjaśnieniem, że nie boję się nożyczek, ale wizyta u fryzjera to egzamin, na który nie jestem przygotowany, jako że w sprawach fryzury jestem prawdziwym dyletantem - fryzjer zadaje mi ciągle jakieś pytania, na które nie potrafię odpowiedzieć, ale muszę to zrobić, a każda moja próba ma olbrzymie znaczenie, ponieważ to od niej zależny, ile pytań zada mi jeszcze fryzjer. Tak jest zawsze i wiedziałem, że tym razem będzie tak samo.

Kiedy już porządnie zestresowany dotarłem do fryzjera, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zanim się zorientowałem, ktoś mi umył włosy i posadził na krześle. Pan Tomek (co poznałem po plakietce na jego piersiach) z miną dobrego profesora - takiego, co to chce przepuścić każdego studenta - zadał mi pierwsze pytanie. Nie pamiętam jak brzmiało, to było coś w stylu "Długo, czy krótko?", a może "Czeszemy na bok?", w każdym razie musiałem udzielić wyjątkowo niepoprawnej odpowiedzi, bo Pan Tomek spojrzał na mnie w taki sposób, jakby chciał mnie zabić wzrokiem.. "No to koniec", pomyślałem, "Na pewno zaraz odetnie mi ucho, albo przynajmniej ogoli na łyso.". Fryzjer nie zadawał mi więcej pytań. W zasadzie, powinienem być szczęśliwy - w końcu to odpowiadanie na pytania zawsze było dla mnie męczące, ale w rzeczywistości źle się z tym czułem, ponieważ zrozumiałem, że ta seria pytań i odpowiedzi jest jedyną formą konwersacji, jaką prowadzę z fryzjerami. Wymyśliłem nawet pojęcie syndrom włoskiego interlokutora, który polega na tym, że człowiek nie może rozmawiać, jeżeli nie może gestykulować rękami (a u fryzjera jest to rzecz jasna utrudnione). Cisza była wyjątkowo niezręczna. Zrobiło mi się głupio, że swoją niekompetencją obraziłem fryzjera. Po niespełna 10 minutach Pan Tomek pokazał mi lusterko i zapytał oschle "Podoba się?". Wzdrygnąłem się, bo na głowie miałem tę samą fryzurę, z którą do niego przyszedłem, ale w jakimś strasznym nieładzie, tak, że wyglądała 100 razy gorzej, choć - jak się później okazało - była o 60 złotych więcej warta od poprzedniej. Nie chcąc urazić fryzjera wydusiłem z siebie potwierdzające "mhm". "No to ja to Panu utrwalę" powiedział, po czym spryskał mi włosy czymś, co spowodowało, że posklejały się w obrzydliwe strąki.

Kiedy luba ma mnie zobaczyła, zapytała "Czy ty już się ostrzygłeś?". Kiedy ze smutkiem przytaknąłem, powiedziała pocieszająco "Nie martw się", przytuliła mnie, pogłaskała po głowie, po czym powiedziała "W zasadzie to wyglądasz tak, jak dawniej, tylko jakby Ci ktoś włosy obrzygał i nie udało Ci się ich do końca domyć".
No i efekt jest taki, że znowu muszę iść do fryzjera. To takie męczące...

Ścieżka rowerowa

Znajoma już ponad miesiąc temu dała mi zdjęcie, które zrobiła podczas rowerowej przejażdżki po Warszawie, z propozycją, żebym umieścił je na swoim blogu. Do tej pory tego nie zrobiłem ze względu na brak czasu i pracochłonność tego zajęcia. Postanowiłem jednak zadośćuczynić tej propozycji:



... bo tak naprawę, to nie ma tu zbyt dużo do wyjaśniania.

Jak w masło

,


Nigdy nie lubiłem filmów Tarantino. No bo co on niby wyreżyserował? Wiem co powiecie, ale ja wam odpowiem, że to było 15 lat temu i równie dobrze mogło się trafić ślepej kurze ziarno, co Quentinowi Pulp Fiction. A ja Was się pytam, co Tarantino zrobił przez te piętnaście lat: jeden z Czterech pokoi, Jackie Brown, Kill Billa ... no soooory, ale ja tego po prostu nie kupuję, nie śledzę i w ogóle mnie to nie interesuje. No bo weźmy tego Kill Billa - bodajże najlepszy jego film przez te półtorej dekady. Niby fajna idea - pomieszanie kiczu azjatyckiego i amerykańskiego kina akcji, mogło doprowadzić do powstania nowego oblicza campu. Pewnie by się tak stało, gdyby wspomniane gatunki kiczu były ortogonalne. W rzeczywistości znosiły się nawzajem, pozostawiając widzowi nagą akcję. Mój werdykt: pomysł niewykorzystany, film dobry, ocena 3.5/5pkt. Dużo, ale nie wybitnie, czym tu sobie zawracać głowę?


Ostatnio zdarzyło się, że obejrzałem całkiem przypadkiem Death Proof. Jakby mi ktoś przywalił. Całkowicie antybanalny pomysł połączenia amerykańskich exploitation movie z kinem klasy A i tematyką wyzwolonych femme fatale. Jaki chory umysł mógł coś takiego wymyślić: pokiereszowany obraz i rozjechana ścieżka dźwiękowa w połączeniu z efektami komputerowymi rozlatujących się samochodów, świat z lat siedemdziesiątych z odtwarzaczami mp3 i komórkami, jednym słowem połączenie multiplex z grindhouse. To się nie trzyma kupy. Ale kiedy rozlega się muzyczka z Kill Billa w telefonie komórkowym ofiary, kiedy scenariusz filmu zaczyna się łamać, dopiero wtedy okazuje się, że wszystko do siebie pasuje, bo właśnie brak spójności stanowi o spójności tego filmu. Więc kiedy oceniłem film Tarantino na 4.0/5pkt, co jest bardzo, ale to bardzo dobrą oceną, tym bardziej że tematyka filmu jest banalna, bo o wyzwoleniu kobiet nakręcono nie jeden film,


nie mogłem nie kupić nowego Nazi exploitation movie w wydaniu Tarantina. I powiem wam tylko tyle, że się nie zawiodłem. W Inglourious Basterds (Bękarty wojny) wszystkie sceny, postacie, dialogi dopracowane są do samego końca. Mam wrażenie, że Tarantino od dawna czekał na czasy, w których tak odważny temat będzie można pokazać w kinie i mądrze ten okres wykorzystał. Nie będę spoilował, ale kiedy bohater w ostatniej scenie mówi "Wyszło mi arcydzieło" brzmi to tak, jakby sam Tarantino wypowiadał się o swoim filmie - tym bardziej, że odwołań do kinematografii jest w tym filmie tak dużo, że nie sposób tego nie zauważyć - i powiem wam, że ma rację: wyszło mu arcydzieło. Daję 4.5/5pkt. Camp jest najlepszy wtedy, gdy wchodzi jak w masło. Po prostu trzeba obejrzeć!

Małe sekrety

,

Dawno nie pisałem na blogu. Blogi są głupie. Nie zamierzam przykładać więc do tego dużej wagi. Byłem jednak ostatnio w kinie, postanowiłem więc podzielić się krótką recenzją.

Małe sekrety (Výlet) to poprzeplatany papierem toaletowym czeski film drogi. Opowiada o rodzinie, która - rzecz już oczywista - wyrusza w podróż. Powód tej podróży nie ma znaczenia i naprawdę nie wiem, dlaczego Cię to interesuje. Rodzina porusza się w stadzie, zabierając wszędzie ze sobą rzeczony papier toaletowy i swoje sekrety (małe i duże), które wcześniej czy później wychodzą na jaw - prezentują się i pozwalają nam ocenić efekty swoich działań. Innymi słowy jest to wzorcowy przykład swojego gatunku: prosty i przyjemny, tylko troszkę smutny i tylko troszkę wesoły. Udziela odpowiedzi na wszystkie zadane przez siebie pytania. Sprząta po sobie, wyciera pupcię papierkiem, a papierek wyrzuca. Widz nie wychodzi z kina z nowymi problemami. Warto się wybrać do kina. Moja ocena, to 4.0/5pkt.

Realizm magiczny

Owszem, byłem lekko zaskoczony. W centrum miasta, na środku ulicy, zobaczyłem, jak piękna brunetka ubrana w czarny, skórzany uniform, siedzi na sedesie.

Bliższa perspektywa ujawnia, że kobieta jest pochłonięta lekturą.

Interpretacja nasuwa się sama - wiadomo jakie potrzeby fizjologiczne załatwia protagonistka.
Przyjrzyjmy się bliżej - jakaż to lektura pozwala się jej tak rozluźnić?

Sto lat samotności... Ot i realizm magiczny.

toalety

Ostatnio mój znajomy zauważył, że toalety w naszej pracy nie są podzielone według płci. Całkiem słusznie. Żyjemy bowiem w epoce gender i nie ma jasnego podziału płci. Toalety warto dzielić więc za pomocą innych zasad. Na przykład według zdolności psychoruchowych. Mamy więc:

ludzi niepełnosprawnych, poruszających się o wózkach


ludzi o przeciętnych możliwościach


super-bohaterów z pelerynami

Ketchup po polsku

Nie jestem purystą językowym. Rzekłbym wręcz, że jestem dyletantem. O tym jak na język polski tłumaczy się Tomato Ketchup dowiedziałem się z nalepki:


Tyle, że teraz nie wiem jak z ketchupu skorzystać. Instrukcja umieszczona na tej samej nalepce dotyczy "keczapu".