Thursday, 17. September 2009, 23:15:31

Nigdy nie lubiłem filmów Tarantino. No bo co on niby wyreżyserował? Wiem co powiecie, ale ja wam odpowiem, że to było 15 lat temu i równie dobrze mogło się trafić ślepej kurze ziarno, co Quentinowi
Pulp Fiction. A ja Was się pytam, co Tarantino zrobił przez te piętnaście lat: jeden z
Czterech pokoi,
Jackie Brown,
Kill Billa ... no soooory, ale ja tego po prostu nie kupuję, nie śledzę i w ogóle mnie to nie interesuje. No bo weźmy tego
Kill Billa - bodajże najlepszy jego film przez te półtorej dekady. Niby fajna idea - pomieszanie kiczu azjatyckiego i amerykańskiego kina akcji, mogło doprowadzić do powstania nowego oblicza campu. Pewnie by się tak stało, gdyby wspomniane gatunki kiczu były ortogonalne. W rzeczywistości znosiły się nawzajem, pozostawiając widzowi nagą akcję. Mój werdykt: pomysł niewykorzystany, film dobry, ocena
3.5/5pkt. Dużo, ale nie wybitnie, czym tu sobie zawracać głowę?

Ostatnio zdarzyło się, że obejrzałem całkiem przypadkiem
Death Proof. Jakby mi ktoś przywalił. Całkowicie antybanalny pomysł połączenia amerykańskich
exploitation movie z kinem klasy A i tematyką wyzwolonych femme fatale. Jaki chory umysł mógł coś takiego wymyślić: pokiereszowany obraz i rozjechana ścieżka dźwiękowa w połączeniu z efektami komputerowymi rozlatujących się samochodów, świat z lat siedemdziesiątych z odtwarzaczami mp3 i komórkami, jednym słowem połączenie multiplex z grindhouse. To się nie trzyma kupy. Ale kiedy rozlega się muzyczka z Kill Billa w telefonie komórkowym ofiary, kiedy scenariusz filmu zaczyna się łamać, dopiero wtedy okazuje się, że wszystko do siebie pasuje, bo właśnie brak spójności stanowi o spójności tego filmu. Więc kiedy oceniłem film Tarantino na
4.0/5pkt, co jest bardzo, ale to bardzo dobrą oceną, tym bardziej że tematyka filmu jest banalna, bo o wyzwoleniu kobiet nakręcono nie jeden film,

nie mogłem nie kupić nowego
Nazi exploitation movie w wydaniu Tarantina. I powiem wam tylko tyle, że się nie zawiodłem. W
Inglourious Basterds (
Bękarty wojny) wszystkie sceny, postacie, dialogi dopracowane są do samego końca. Mam wrażenie, że Tarantino od dawna czekał na czasy, w których tak odważny temat będzie można pokazać w kinie i mądrze ten okres wykorzystał. Nie będę
spoilował, ale kiedy bohater w ostatniej scenie mówi "Wyszło mi arcydzieło" brzmi to tak, jakby sam Tarantino wypowiadał się o swoim filmie - tym bardziej, że odwołań do kinematografii jest w tym filmie tak dużo, że nie sposób tego nie zauważyć - i powiem wam, że ma rację: wyszło mu arcydzieło. Daję
4.5/5pkt. Camp jest najlepszy wtedy, gdy wchodzi jak w masło. Po prostu trzeba obejrzeć!