Saturday, April 23, 2011 7:55:45 PM
życie, nudy
Od dość dawna nosiłem się z zamiarem opisania jednego z najmroczniejszych wydarzeń w moim życiu. Ta historia ścina krew w żyłach, więc osoby o słabych nerwach powinny w tym momencie przerwać czytanie. Będzie to bowiem opowieść o odwiedzinach lokalu
<groul>Metal Cave</groul>.
Zastanawiacie się zapewne, czemu zdecydowałem się uczestniczyć w takim wydarzeniu. Śpieszę z wyjaśnieniem: chciałem poznać subkulturę metalową od wewnątrz ... no i zostałem tam zaproszony przez moich znajomych na piwo.
Ponieważ nigdy wcześniej nie byłem w klubie metalowym, co wynika zapewne z faktu, że nie jestem fanem groulu i screamingu, miałem wizję ciemnych lochów, dziecięcych ciał wywieszonych na hakach, kiepskiego piwa i syntetycznego krzyku wydobywającego się z przetworników elektroakustycznych JBL Serii JRX 100 zasilanych dwoma końcówkami mocy CROWN XLS 602
1). Rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania!
Sam nigdy nie odważyłbym się na taką wyprawę. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię się podszyć pod członka subkultury metalowej. Potrzebowałem asysty osoby, która wygląda jak metalowiec i wprowadzi mnie do tego mrocznego światka. Przybyłem więc na miejsce razem z moim towarzyszem i stałym klientem tego lokalu, Zbyszkiem. Było jeszcze widno, ponieważ nie odważyłbym się pojawić się tam w środku nocy. Gdybyście chcieli sami odwiedzić ten szatański przybytek, zamieszczam krótki opis lokalizacyjny. Znajduje się on w najmroczniejszym miejscu w okolicy: na tyłach Biedronki, pod Biblioteką Publiczną. O tym, że jest to biblioteka, informuje nas pomarańczowy napis na szybie, pisany czcionką typu "Najtańsze-samoprzylepne-litery-w-lokalnym-sklepie-papierniczym". Należy kierować się w stronę tychże liter - zaraz pod nimi znajdują się małe schodki prowadzące do piwnicznej czeluści
<groul>Metal Cave</groul>. W naszym przypadku drogę zagradzał nam - jak wytłumaczył mi Zbyszek - właściciel przybytku. Miałem więc niepowtarzalną okazję zobaczyć i opisać typowego właściciela lokalu metalowego w dziennym świetle. Zrobiłem odpowiednie notaki: jest to zadbany, szczupły mężczyzna, bez zarostu, z krótko ostrzyżonymi włosami, w kolorowej bluzce, z książką
<groul>Dana Browna
</groul> pod pachą. Wyjaśnił nam, że
wyszedł na zewnątrz sobie troszkę poczytać, bo tam w środku tak ciemno i nieprzyjemnie się czyta, ale my możemy sobie zejść na dół, on nam jakąś muzyczkę puści (ponieważ jesteście pierwsi, chłopaki), da nam piwo i sobie wyjdzie na zewnątrz czytać dalej.
Wnętrze lokalu okazało się dość przyjemne. Przytulne ściany pomalowane na czarno, na ścianach zdjęcia zakrwawionych i powykręcanych w dziwne pozy ludzi, wspomniane dzieci zwisające z sufitu, jak się okazało, w liczbie sztuk jeden - to wszystko tworzyło swojską atmosferę domowego zacisza. Nabrałem więc humoru, zakupiłem sobie butelkę szatańskiego piwa (spośród imponującego wyboru piw starałem się wybrać te najbardziej mroczne) i usiadłem na kanapie czekając na przybycie warszawskich metalowców. W międzyczasie dyskutowaliśmy o metalowej subkulturze. Dowiedziałem się między innymi, że kolor skarpetek, które założyłem na okoliczność odwiedzin tego lokalu, całkowicie pasuje do tego miejsca, ale nie powinienem głośno używać słowa "różowe" i zamiast niego, powinienem użyć związku frazeologicznego "o kolorze krwi z mlekiem".
Po kilku godzinach, zacząłem tracić nadzieję, że do lokalu przyjdzie jakikolwiek gość, spoza naszych zaproszonych znajomych, kiedy nagle weszło dwóch typków o prawdziwie metalowym wyglądzie: długie włosy, skórzane ubranie, metalowa biżuteria. Usiedli sobie przy małym stoliku i zaczęli dyskusję.
Tak bardzo skupiłem się na obserwacji metalowej subkultury, że nie zauważyłem leżącej na stole butelki piwa. Jak tylko strącona przeze mnie butelka dotknęła ziemi, a szkło i piwo poleciało na wszystkie strony, dwaj przybysze zerwali się na nogi! Pomyślałem sobie "no to koniec - na pewno mnie pobiją za zmarnowanie resztki Ciechana miodowego". Jeden z nich podbiegł do mnie, a drugi pobiegł do łazienki, skąd wrócił ... z wiaderkiem i mopem. Pierwszy pozbierał rozsypane szkło, a drugi starł piwo z podłogi, po czym obaj wrócili do swojego stolika, gdzie zachowywali się jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Reasumując, ze wszystkich rzeczy, które mnie spotkały tego wieczora, zaskoczyło mnie tylko jedno: było całkiem sympatycznie.
1) Nie wiem co dokładnie znaczą te szatańskie oznaczenia, ale znalazłem je na stronie opisywanego lokalu:
http://metalcave.com/
Wednesday, November 17, 2010 4:09:59 PM
dialog
- A: Mam problem z piciem.
- B: Problem z piciem?
- A: Tak ... czasami nie trafiam.
Sunday, October 31, 2010 1:08:25 PM
screenshot
Dzisiaj screenshot wyjątkowy, bo z Opery. Używana przeze mnie domena zobowiązuje do dodania, że była to wersja alpha i błąd jest już naprawiony.

... przynajmniej wiadomo było gdzie szukać pomocy.
Monday, October 25, 2010 9:16:18 PM
zrzut ekranu, nudy
Ostatnio zauważyłem na stronie ISAP, czyli Internetowego Systemu Aktów Prawnych (
http://isap.sejm.gov.pl/), będącego - jak sama nazwa wskazuje - bazą danych aktów prawnych, pewne oświadczenie:
Nie zezwala się na komercyjne używanie, kopiowanie i inne wykorzystywanie danych znajdujących się w bazie danych ISAP.

Przyznam się szczerze, że zawsze coś podejrzewałem...
Monday, October 18, 2010 9:24:50 PM
zdjęcia z komórki, nudy
A podobno to miało być przyjemne...
Jestem prawdziwym mężczyzną, a prawdziwy mężczyzna opowiada o swojej ranie postrzałowej przez całe życie. Moja rana może niedługo całkiem zaniknąć, więc postanowiłem umieścić jej zdjęcie na blogu. W przyszłości pokażę ten wpis swoim dzieciom. Liczba napastników w moim opowiadaniu będzie już wtedy tak duża, że osiągnie stan populacji Warszawy i okolic, a moje bohaterstwo będzie niezrównane.
Rana postrzałowaNie była to pierwsza rozgrywka w paintballa w moim życiu, więc moje doświadczenie w tym temacie uznaję za dostatecznie bogate, żebym z całą pewnością mógł stwierdzić, że paintball nie jest przyjemny.
PS na wypadek, gdyby ktoś miał ochotę na kolejną rozgrywkę, pragnę zauważyć, że ja się nie uczę na błędach.
Thursday, September 23, 2010 9:50:22 PM
screenshot
Facebook leży. Najprawdopodobniej spowoduje to panikę i, o ile strona nie zostanie szybko podniesiona, kolejny kryzys gospodarczy. Na razie w internecie znalazłem przyznanie się do przeprowadzenia DDoSa: jedno ze strony 4chana i jedno ze strony Al-Kaidy (myślicie teraz, że żartuję). Podejrzewam, że oba były zmyślone i to zwykła usterka techniczna, a nie żaden "winrar", czy "epic".
Chciałbym jednak skorzystać z tego, że Facebook nie działa. Dopiero teraz bowiem możecie poczuć na własnej skórze, co czułem, kiedy Facebook, wykrywając, że próbuję dostać się do mojego konta z niestandardowej lokalizacji, postanowił przeprowadzić dodatkową identyfikację. Polegała ona na rozpoznaniu na zdjęciach moich znajomych.
Powiecie pewnie "hola hola - przecież to żaden problem". Otóż w specyficznych warunkach to jest problem.
Po pierwsze, niektórych moich znajomych na Facebooku nigdy w życiu nie spotkałem. Niektórzy z nich nie są nawet ludźmi! Zastanawiacie się, jak coś, co nie jest człowiekiem, zdołało sobie założyć konto na Facebooku? Ja też nie wiem, ale uważam, że takie podmioty zasługują na miejsce wśród moich kontaktów. Prawdę mówiąc, prawie wszyscy, którzy chcą być moimi znajomymi na to zasługują, przez sam fakt, że chcą być moimi znajomymi.
Po drugie, moi znajomi nie są normalni i często umieszczają zdjęcia, na których są - jakby to rzec - trudni do rozpoznania. Nie, że tak troszkę bardziej z profilu, czy w cieniu, albo że niezbyt ostro... zresztą zobaczcie sami:



... zresztą ja i tak nie mam pamięci do twarzy.
Tuesday, September 21, 2010 6:15:42 PM
nudy
Jak już zapewne niektórzy z was poczuli, od jakiegoś czasu wynajmowana przeze mnie wraz z resztą mieszkania dwuotworowa naścienna jednouchwytowa bateria wannowa z zestawem natryskowym była niesprawna.
Prawdę mówiąc miało to swoje dobre strony. Zaoszczędziłem na kąpieli trochę czasu. Zawsze miałem wolne miejsce w autobusie. Nikt nie prosił mnie o drobne na ulicy.
Mimo wszystko doskwierał mi brak wody. Brak kąpieli powodował dyskomfort psychiczny. Musicie wiedzieć, że do siódmego roku życia myślałem, że mam na imię "wyjdź już z tej wanny". Brak wody był dla mojego organizmu szokiem. Co gorsza, coraz częściej spotykałem się z brakiem zrozumienia. Kiedy w końcu przestali mnie obsługiwać w Biedronce, zrozumiałem, że muszę coś zmienić.
Własnoręcznie więc dokonałem wymiany uszkodzonej baterii na nową.
Jak zwykle piszę jednak nie o tym, o czym miałem zamiar napisać. Rzecz bowiem nie w tym, że przez całe cztery dni nie miałem wody, ale w tym, że produktem ubocznym wymiany baterii okazała się radość. Radość w najczystszej postaci. Radość, w postaci ... folii bąbelkowej! Jutro zamierzam dokonać kolejnej wymiany baterii.
Monday, September 20, 2010 11:36:57 PM
zdjęcia z komórki
To skan ulotki, którą znalazłem. Czy wam też się kojarzy?
.jpg)
Dla porównania rysunek znaleziony w necie:
Tuesday, May 25, 2010 8:17:07 PM
w pracy, algorytmy życia codziennego, dialog, nudy
Dzisiaj mam wyjątkowo dobry humor, a na dodatek jestem trzeźwy. Pomyślałem, że to wspaniała okazja do napisania jakiegoś wpisu.
Jak wiecie, hasło przewodnie tej strony brzmi "blogi są głupie". Jest jednak jeden nieliczny wyjątek - blogi techniczne, a pisząc
blogi techniczne, mam na myśli blogi, które zamiast głupich postów o niczym, zawierają praktyczne porady, przykłady i opisy z dziedziny IT. Zazdroszcząc trochę autorom takich blogów, postanowiłem także napisać jeden taki post.
Na ruszt wziąłem metodologię prowadzenia projektu informatycznego, a dokładniej oceny postępu prac, zarówno w wymiarze funkcyjnym biznesowym, jak i technicznym, w najbardziej popularnym modelu prowadzenia projektu, czyli takim, w którym fazy analizy, projektowania i developmentu są jednoczesne, co pozwala nie tracić niepotrzebnie czasu. Nie jest to mój autorski projekt - wszystkiego nauczyłem się od kolegi z zespołu, który pewnego dnia przyniósł do pracy kasztan. Wydawało mi się, że to zwykły kasztan, ale myliłem się:
- ja: Czy to kasztan?
- on: Nie. To zaawansowane narzędzie oceny postępu prac w projekcie.
- ja: Jak działa?
-
on: To wbrew pozorom całkiem proste. Musisz wziąć go w obie ręce, potrząsnąć nim, a potem rzucić na stół, dokładnie tak, jakbyś rzucał kostką do gry.
[rzuca]
- ja: I co wyszło?
- on: Kasztan.
Początkowo miałem pewne wątpliwości związane z kasztanem, ale - muszę to przyznać - narzędzie to sprawdzało się bardzo dobrze przez te kilka miesięcy, które spędziliśmy nad czterotygodniowym projektem.
Kasztan, dobrze się też sprawdzał jako narzędzie diagnostyczne. Niestety, nie wspomagał on wszystkich zadań związanych z prowadzeniem projektu. Wiedząc o tym, postarałem się o zdobycie dodatkowych narzędzi, służących głównie do wspomagania decyzji, które znacząco poprawiły konkurencyjkność naszych produktów. Zawsze mamy więc pod ręką:
- kostki do gry, w kształcie wszystkich możliwych brył foremnych i dwie o dziesięciu ścianach (na wszelki wypadek)
- Magic 8-Ball w kształcie uśmiechniętej żółtej twarzy, znanej jako Smiley (potrafi odpowiedzieć na każde pytanie, na które odpowiedzią jest tak lub nie - dla zainteresowanych zamieszczam link do dokumentacji)
- trzy rodzaje łamigłówek, o różnych stopniach trudności i klocki do zabawy (pozwalają się łatwiej skupić i skoncentrować nad problemem)
- zapasy słodyczy (zasoby te trzeba niestety regularnie uzupełniać)
Praca z tymi narzędziami okazuje się znacznie prostsza i - co najważniejsze - ciekawsza.
PrzykładZa przykład niech posłuży wsparcie procedury GoLive (pierwsze produkcyjne uruchomienie produktu), w którym ostatnio uczestniczyłem. Ponieważ odbywało się ono w środku nocy, wiedziałem, że dostępność do różnych zasobów, takich jak światło dzienne, trzeźwe myślenie, czy kontakt z innymi odpowiedzialnymi za projekt członkami zespołu, może być ograniczona. Chciałem więc upewnić się zawczasu, że wszystko pójdzie jak po maśle. Z dostępnych mi narzędzi wybrałem więc
Smiley. Zapytałem, udając, że nie wiem, że szansa na odpowiedź negatywną wynosi 0.25, a pozytywną 0.5:
- ja: Czy GoLive będzie udany?
Smiley z uśmiechem odpowiedział:
- Smiley: Don't count on it!
Postanowiłem zapobiegawczo zwiększyć zasoby słodyczy (ich ilość i typ określiłem za pomocą kostek do gry). I całe szczęście! Kiedy po całej stresującej nocy nie dostałem informacji o jakimkolwiek problemie, co się zazwyczaj nie zdarza, pomyślałem sobie, że Smiley się pomylił i około 8:00 poszedłem do domu spać.
Jak łatwo się domyślić o 14:00 obudził mnie telefon. System działał 100x wolniej, niż się spodziewaliśmy. Czas działał na naszą niekorzyść, ponieważ ilość komunikatów, których system nie zdążył przetworzyć, zwiększała się drastycznie. Przez następny tydzień wszyscy członkowie zespołu spali dwie godziny dziennie, żeby wszystko zoptymalizować, zanim okazało się, że ktoś włączył dodatkowe logowanie, które nie dość, że spowalniało cały system, to na dodatek nie działało.
Saturday, March 20, 2010 2:05:38 PM
nudy
Postanowiłem iść do dentysty. Ha! Od razu przywaliłem wam z grubej rury. Część z was pewnie aż podskoczyła na krześle z wrażenia. Teraz pewnie podskoczycie jeszcze raz, kiedy dowiecie się, że postanowiłem skorzystać w tym celu z usług NFZ. Nie przejmujcie się, nie będę opisywał krwawych i bolesnych zabiegów dentystycznych. Prawdę mówiąc, zabieg był wykonany profesjonalnie i bezboleśnie. Oczywiście musiałem za niego zapłacić, ponieważ ubezpieczenie obejmuje tylko zęby od jedynek do czwórek, co mnie troszkę nawet zdziwiło. Przyszło mi bowiem do głowy, że ubezpieczenie powinno obejmować jedynie zęby niezbędne go spożywania, czyli po jednej parze siekaczy, kłów i zębów (przed)trzonowych. Dentysta mógłby wtedy interweniować dopiero wtedy, gdy zagrożona jest ostatnia komplementarna para zębów dowolnej z tych klas abstrakcji. No ale nie zagłębiajmy się w to za bardzo. Moja historia dotyczy bowiem nie tyle wizyty u dentysty, co prześwietlania zęba.
Ze skierowaniem w garści dziarskim krokiem wszedłem do przychodni NFZ polecanej mi przez moją dentystkę. Strzałki na ścianach wskazały mi drogę do rejestracji. Zobaczyłem w okienku dwie schludne panie, a przed okienkiem początek kolejki. Kolejka zakręcała dwa razy zajmując większość tego dość obszernego pomieszczenia, po czym wbijała się w jeden z korytarzy. Drugiego końca kolejki nie widziałem, ale już ten wystarczał, żeby ocenić moje szanse. Prawdę mówiąc przybyłem całkowicie nieprzygotowany. Nie miałem nawet prowiantu. Nie ma się co porywać z motyką na księżyc. Wyszedłem, by po chwili wrócić z ładnie zapakowanymi w przezroczystą folię spożywczą kaloriami i rozpocząłem podróż wzdłuż kolejki.
Kolejka wiła się korytarzami w różne strony. Przyznam się, że zanim dotarłem do jej drugiego końca skończyły mi się zapasy żywności, tak, że gdy w końcu go odnalazłem, ostało mi się jedynie pół soczku owocowego i pusta folia spożywcza. Nie zająłem jednak swojego miejsca w kolejce. Wiem, że jesteście zaskoczeni, ale ja już śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż, przede mną, na końcu ciemnego korytarza, w którym kończyła się kolejka, lśniły białym światłem jarzeniówek drzwi z napisem PRACOWNIA RTG.
Przez chwile wydawało mi się, że mam do czynienia z fatamorganą, marą senną, bądź objawieniem. Podszedłem i drżącymi rękoma popchnąłem szklane drzwi. Ustąpiły mi z dużym oporem. Gdzie są trzy wiedźmy? Gdzie biała dama? Gdzie światło w tunelu? Nic z tych rzeczy. W środku znalazłem ... kolejkę do rejestracji. Zarówno rejestracja jak i kolejka były jednak bardziej lokalne, a przez to bardziej przyjazne, ciepłe i miłe... przede wszystkim kolejka była dużo krótsza. Nie mając już jedzenia, musiałem zaryzykować, nawet, jeżeli po dojściu do okienka miałem się dowiedzieć, że powinienem był najpierw stanąć w kolejce ogólnej.
Podczas czekania w zasadzie nic ciekawego się nie wydarzyło. No, może za wyjątkiem jednej pani, która wepchnęła się przede mną w kolejkę, gdy stałem już przy samym okienku, żeby zapytać, czy nie ma tu jej zdjęcia rentgenowskiego. Recepcjonistka długo przeszukiwała wszystkie blaty, szafeczki, gablotki, po czym powiedziała, że nie, że nie może znaleźć, i czy ona nie brała już tego zdjęcia, na co tamta odparła, że tak, że owszem, że pamięta, że brała, ale potem zgubiła, ale lekarz jej powiedział, niech Pani pójdzie do recepcji i niech się tam Pani zapyta, bo może zapomniała Pani je stamtąd zabrać, więc ona przychodzi i się pyta, tak jak jej ten lekarz kazał, bo lekarz jest przecież wykształcony i wie co mówi. Recepcjonistka się zezłościła i zaczęła wyrażać werbalnie swoje pretensje, a mi się żal zrobiło tej pani bez zdjęcia, i tego, że nie potrafiłem jej pomóc. Zaraz potem nadeszła jednak moja kolej.
Przekazałem pani z okienka moje skierowanie, a ona je bardzo dokładnie obejrzała. Potem odwróciła je na drugą stronę, która była całkiem pusta, a potem jeszcze raz je odwróciła, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Obejrzała je bardzo dokładnie z każdej strony, po czym powiedziała z pretensją w głosie, najwyraźniej ciągle zirytowana tym incydentem ze zdjęciem: "Ale tu przecież nie jest nigdzie napisane, że to pilne jest przecież". Nastała niezręczna cisza. Zacząłem nerwowo szukać wzrokiem jakiejś informacji, kartki, napisu, które wyjaśniłyby mi, że na przykład w tej rejestracji przyjmuje się jedynie skierowania w trybie pilnym. Nic takiego jednak nie znalazłem, więc postanowiłem zachęcić panią do kontynuowania wątku. Z wrodzoną sobie elokwencją, powiedziałem więc "No i?". "No przecież przed dwunastą przyjmuję jedynie pilne skierowania przecież". Zrozumiałem nagle krótkość kolejki, przeprosiłem, wyszedłem.
Wiem. Wiem co myślicie. "Ach! Ta państwowa służba zdrowia! Człowiek może umrzeć! Jak nie dopłaci z własnej kieszeni, to nic mu nie pomogą!" ...hola, hola! Potraktujcie to jako przeciwwagę: będę teraz bronił dobrego imienia naszej służby zdrowia! Po pierwsze: ubezpieczyciele prywatni nie obejmują swoim zakresem usług tego, co NFZ. Po drugie: 300zł miesięcznie za ubezpieczenie zdrowotne, to jednak nie jest takie nic, i może placówki NFZ nie są dzięki temu bogate, ale ich zasięg jest ogromny. Po trzecie ... sami zresztą zaraz przeczytacie.
"Ach! Ta państwowa służba zdrowia! Człowiek może umrzeć! Jak nie dopłaci z własnej kieszeni, to nic mu nie pomogą!", pomyślałem. Ponieważ godzina była już odpowiednia, żeby pojawić się w pracy, postanowiłem udać się do przychodni prywatnej mieszczącej się vis-à-vis mojej pracy. Ogromny drapacz chmur, fontanna na parterze, zero kolejki, więcej obsługi niż pacjentów. Francja-elegancja. Czysty Wersal. Przepych i bogactwo. Przemiły pan w rejestracji zapisał mnie na popołudniową wizytę i zabrał za to 70 zł. Pomyślałem, że to całkiem dużo, jak za prześwietlenie zęba, ale marmur na podłodze, halogeny na suficie, kanapy pod ścianą... O wskazanej godzinie, nie spodziewając się żadnych niespodzianek, pojawiłem się przed gabinetem rentgenowskim. Pani z przyklejonym uśmiechem na ustach zaprowadziła mnie do środka, posadziła na krześle, wzięła ode mnie skierowanie i powiedziała "To jest przecież skierowanie na prześwietlenie jednego zęba". No i znowu nastała ta niezręczna cisza. "No i?", zapytałem? "My nie prześwietlamy pojedynczych zębów. Nie mamy takiej aparatury. Mamy jedynie pantomograf. Możemy zrobić prześwietlenie całej szczęki. Ale nie mogę zrobić Panu prześwietlenia całej szczęki, ponieważ nie ma Pan skierowania na pantomogram, tylko na prześwietlenie jednego zęba.", "Ale recepcjonista, który mnie przyjmował, zapewniał, że przeprowadzacie prześwietlenia pojedynczych zębów. Oglądał też moje skierowanie.", "Najwyraźniej się pomylił.".
No i ładnie. Było już późne popołudnie, zdjęcia potrzebowałem na następny poranek, a wróciłem do punktu wyjścia. A dokładniej do recepcji, gdzie - tym razem pani - wyraziła ogromne zdziwienie, że jej poprzednik przyjął ode mnie to skierowanie. Kazałem odnaleźć sobie jakiś punkt, w którym będę mógł przeprowadzić tę skomplikowaną operację. Biedaczka dzwoniła po różnych informacjach i konkurencyjnych placówkach, aż w końcu znalazła. Podała mi kartkę z adresem i nazwą MediCośtam1. Wyszedłem.
Adres odnalazłem dość szybko, ale budynek okazał się zbiorem około trzydziestu różnych mini-zakładów, mini-sklepów, mini-biur. Długo więc błądziłem, zanim odnalazłem dużą pustą szybę z naklejoną na scotcha od wewnątrz kartką papieru formatu A4, na której ktoś bez specjalnego talentu kaligraficznego napisał różowym markerem MEDICOŚTAM. "Będzie słabo", pomyślałem, i wszedłem do środka. Nic z tych rzeczy. Pani co prawda uparcie twierdziła, że ząb który pokazuję to nie jest ten sam, co na skierowaniu, bo na skierowaniu jest zaznaczona górna szóstka, a nie dolna. Kiedy ją przekonałem, przystąpiliśmy do robienia zdjęcia. Za pierwszym razem nie trafiła w ząb, więc musieliśmy ponowić procedurę. Mimo wszystko się udało i byłem bardzo zadowolony. Kiedy po wypełnieniu kanałów musiałem jeszcze raz prześwietlić ząb, udałem się od razu do MediCośtam. Wszystko odbyło się dokładnie tak samo. Pani twierdziła, że na skierowaniu jest zaznaczona szóstka z prawej strony, a nie z lewej, a potem nie trafiła w ząb. Mimo podwójnej dawki promieniowania X, którą wchłonął mój organizm, jestem bardzo zadowolony z obsługi. A może promienie X spowodowały mutacje, dzięki której będę teraz szczęśliwszy?
1) Wyjaśniam: Firma MediCośtam faktycznie miała przedrostek "Medi", ale nie była to znana firma, o której wszyscy, którzy przebrnęli przez ten długi tekst, pewnie pomyśleli. Zbieżność ta jest całkowicie przypadkowa.
Tuesday, March 2, 2010 10:39:09 PM
nudy
A i owszem, byłem na nartach. Mogę wam się skrycie przyznać, że nawet nie po raz pierwszy. Jazda na nartach jest świetna, jest niepowtarzalna, jest ... całkowicie bezsensowna. To niewiarygodne, że człowiek może włożyć tyle wysiłku, ryzykować swoje zdrowie i wydać tyle pieniędzy, żeby na koniec znaleźć się w tym samym miejscu, z którego zaczynał jazdę na nartach - u podnóża góry. Na domiar złego, zjazd, który jest przyjemniejszą częścią tego przedsięwzięcia, zajmuje zdecydowanie mniej czasu, niż wjazd wyciągiem na szczyt. Co więc można robić, siedząc w wyciągu krzesełkowym?
Obok mnie, jako że krzesełka były czteroosobowe, siedzieli dwaj dwunastoletni chłopcy (jako wszystkowiedzący narrator wiem, że mieli dokładnie 12 lat). Nie wdawałem się z konwersacje i z nudów zacząłem obserwować mijające nas, powracające na dół krzesełka. Zauważyłem, że wszystkie one miały widoczny numerek, a numerki te, były ułożone kolejno. Pomyślałem, że skoro mija mnie krzesełko o numerze x, na następnym dostrzegam numer x+1, a ja sam jadę na krzesełku o numerze y oraz y>x, to nie będę mijać krzesełka z najwyższym numerem, więc nie dowiem się ile jest wszystkich krzesełek na wyciągu. Nie przyznałbym się przed nikim, ale moc zbioru krzesełek stała się dla mnie w tej chwili wyjątkowo interesująca, żeby nie powiedzieć, że wręcz istotna. Zrobiło mi się niewygodnie, zacząłem się nawet trochę wiercić, aż nagle zauważyłem, że słupy, na którym są zawieszone liny, także są numerowane! Skoro więc mijam słup o numerze z, a przede mną są jeszcze 2 słupy, to - przy założeniu, że słupy są równo rozstawione, ilość wszystkich krzesełek wynosi (y-x)*(z+2)/2, a skoro jadę na krzesełku o numerze 29, a w momencie mijania ósmego słupa zrównałem się z krzesełkiem o numerze 12, to krzesełek jest 85. Zastanawiałem się właśnie nad błędem pomiaru i błędem całego układu, gdy chłopak obok mnie powiedział:
- Zobacz, mijamy krzesełko o numerze 18. Jechaliśmy już krzesełkiem o numerze 18. Jeżeli zsumujemy numery krzesełek, na których do tej pory jechaliśmy, to wyjdzie 119. Jechaliśmy trzy razy, więc...
- O co Ci chodzi? - przerwał mu kolega
- A ... o nic - speszył się chłopak.
Spojrzałem na niego ze współczuciem. Pomyślałem przez chwilę, że może udałoby mi się go adoptować. Myślicie, że byłbym dobrym tatą?
PS jako wszystkowiedzący narrator wiem, że krzesełek było dokładnie 84
Thursday, February 11, 2010 12:50:44 AM
dialog
Proszę się nie oburzać. Ja tylko cytuję!
- Słyszałeś, że jakiś pedofil gwałcił swoją własną córkę, a jak urodziła mu dziecko, to zostawili je w szpitalu?
- Zaszła w ciążę? To znaczy że była za stara!
- Może wolał starsze. Inaczej nie zostawiałby dziecka w szpitalu!
Sunday, February 7, 2010 3:24:14 PM
dialog
- Jazda na łyżwach jest super!
- Człowiek ryzykuje życiem, żeby kręcić się w kółko w jedynym śliskim miejscu w okolicy. Co w tym może być przyjemnego?
- Moment, w którym zdejmujesz łyżwy!
[/LIST]
Wednesday, January 20, 2010 1:45:38 AM
algorytmy życia codziennego, nudy
Nie jestem purystą i naprawdę nie wiem
dlaczego raziło mnie nagminne używanie przez moich współpracowników
zwrotu włanczać. Otóż muszę was powiadomić o moim sukcesie,
jako że od dość dawna moi towarzysze broni włączają
swoje komputery. Piszę o sukcesie, ponieważ dokonałem tego nie
poprzez niegrzeczne pouczenia, lecz – choć brzmi to jak utopia
- poprzez dawanie dobrego przykładu. Nie pisałbym jednak tego, gdyby
to był koniec tej historii. Otóż, niestety, moja wiedza językowa się
szerzyła, a wraz z nią szerzył się zakres moich wymagań. Po
włanczaniu, przyszła kolej na w każdym bądź razie,
odnośnie czegoś a
ostatnio na najmniejszą linię oporu
Ponieważ świecenie przykładem przestało dawać widoczne rezultaty,
zmieniły się też moje metody – zacząłem być uszczypliwy, a
nawet złośliwy, ale z tym już koniec! Ich zakres jest bowiem i tak
zbyt ograniczony (mają one wpływ jedynie na garstkę osób) oraz –
jak łatwo się domyślić – nie przynoszą mi popularności.
Postanowiłem więc pójść do linii najmniejszego oporu, a nawet –
uwaga – po najmniejszej linii oporu.
Weźmy bowiem zbiór wszystkich
linii prostych w przestrzeni Rn - dajmy na to, że
zapiszemy je w postaci równania parametrycznego:
.
Jest to interesujący zbiór, ponieważ rozważane przez nas linie oporu
do tego zbioru z pewnością należą. Spróbujmy jednoznacznie zapisać
dowolną prostą daną w tej postaci. Najpierw punkt A – weźmy
taki punkt, który jest przecięciem się prostej z płaszczyzną
{x:x=a[1,0,0,...,0]T dla
}.
Jeżeli nie da się takiego punktu wyznaczyć jednoznacznie (prosta jest
równoległa do płaszczyzny), to wypróbujmy płaszczyznę
a[0,1,0,...,0]T, potem a[0,0,1,0,...,0]T, itd.
Wcześniej czy później trafimy na płaszczyznę, dzięki której
wyznaczymy jednoznacznie punkt A. Teraz kolej na wektor α.
Pierwsze, co przychodzi do głowy, to unormowanie go (można to zrobić,
ponieważ jest różny od zera). Ciągle pozostaną nam dwa pasujące
wektory. Z dwóch wektorów α1=[a1,a2,...,an]
i α2=[-a1,-a2,...,-an]
weźmy α1,
jeżeli a1 > 0,
α2,
jeżeli a1 < 0.
Jeżeli a1 = 0,
sprawdźmy a2,
jeżeli ono też jest równe 0, to a3,
itd.
Sukces!
Możemy dla każdej linii jednoznacznie wyznaczyć
i
,
a więc możemy wyznaczyć iniekcję zbioru linii prostych w Rn
na zbiór R2n
- oznaczmy ją
.
Zaraz okaże się, do czego jest nam ona potrzebna.
Niech
oznacza
porządek leksykograficzny. Za pomocą naszej iniekcji zdefiniujmy
relację
taką, że:
- wtedy relacja ta jest relacją porządku liniowego! Rozumiecie, co to
oznacza? Nazwijmy tę relację relacją mniejszości na zbiorze linii
prostych w przestrzeni
.
Możemy teraz wyznaczyć najmniejszą, z interesującego nas zbioru linii
oporów, a następnie działać – i to całkiem legalnie - po
najmniejszej linii oporu! Tak jak ja w tej chwili.
Thursday, December 24, 2009 2:13:40 AM
nudy
Dzisiaj chciałbym podzielić się z wami doświadczeniem, którego pewnie nigdy nie doświadczycie (śruba - ty jesteś wyjątkiem), więc wasze doświadczenie czytania wpisu o moim doświadczeniu będzie dla was całkowicie nieprzydatne. Mianowicie, chciałbym wam napisać, jakie są zalety brania rozwodu w wigilię. Pod tym pojęciem rozumiem czynność dość długą i niedokonaną, zaczynającą się przed wigilią i kończącą się po wigilii (zapewne gdzieś na początku stycznia, ponieważ harmonogram końca grudnia jest zwykle mocno napięty) - samo podpisanie papierka nie jest tu przecież najważniejsze.
Branie rozwodu, jest naprawdę męczącym procesem, a nikt, kto rozwód bierze, nie przyjedzie do rodziny swojego byłego partnera na wigilię. Tu pojawia się pierwsza zaleta. Okres wigilijny daje chwilę wytchnienia w tym męczącym procesie, i chodzi tu nie tyle o odpoczynek od drugiej osoby, ile od samego procesu.
Czas ten jest jeszcze cięższy, gdy wcześniej zostało się porzuconym i zdradzonym, czyli - że tak to ujmę - nie było się stroną inicjującą. W takiej sytuacji stres daje się we znaki i nie pozostaje bez wpływu na zdrowie. Wigilia jest jednak okresem, w którym stół rodzinny jest suto zastawiony, co daje możliwość odzyskania utraconych sił i kilogramów (w moim przypadku było ich osiem, więc mam także nadzieję na sutego sylwestra). Mamy więc kolejną zaletę przemawiającą na korzyść rozwodu przed wigilią, ale na tym nie koniec.
Ten okres z pewnością wpływa bowiem także negatywnie na pracę, ponieważ ciężko się uczestnikom omawianego procesu na czymkolwiek skupić. Zresztą chodzi nie tylko o skupienie, ale także o sen. Zapewniam was, że rozwód nie jest środkiem nasennym, a jeżeli już nawet się zasypia po dziewięciu godzinach przewracania się z boku na bok, to oznacza to, że właśnie nadszedł czas na pójście do roboty. Nawet nienormowany czas pracy nie rozwiązuje tak naprawdę tego problemu, ale ... przecież koniec roku jest gęsty od dni wolnych od pracy. Zyskujemy na tym podwójnie, ponieważ możemy się wreszcie wyspać (jak już zaśniemy, to możemy spać ile wlezie) oraz nie denerwujemy naszego pracodawcy stuprocentowym spadkiem wydajności.
Na koniec dorzucę jeszcze całą masę wspierającej nas rodziny.
No i prawie bym zapomniał - w czasie świąt problem braku posiadania wystarczającej ilości mieszkań dla dwóch osób po prostu znika, mieszka się bowiem u rodziny.
Tak więc wigilia jest w zasadzie idealnym momentem na rozwód. Dla was już za późno - pewnie nie zdążycie. No - chyba, że w przyszłym roku, ale musicie się postarać. O sam rozwód nietrudno, ale znajdźcie sobie zawczasu jakieś miejsce, w którym spędzicie sylwestra (i całe święta, albo nawet i cały ten czas, jeżeli tylko macie taką potrzebę) bez byłego partnera. Najlepiej jakieś ciepłe kraje, bo to w Polsce zimny okres. Oczywiście łatwiej jest to zorganizować, będąc stroną inicjującą, więc nie czekajcie na swoich partnerów, bo mogą was przechytrzyć i zorganizować się wcześniej.
1 2 3 4 5 ... 9 Next »